Przeskocz do treści

Staszek, cz.5

25.02.2011
Można powiedzieć, że siły zła zatriumfowały. Ogłaszam publicznie, że “Staszek” oficjalnie przechodzi do kategorii Wielkich Dzieł Nigdy Nienapisanych. Ziarna wiary w potencjał tej historii poleciały mi na łeb niczym ryż na misterną fryzurę panny młodej. Trafiły niestety na podatny grunt i przy tej ich liczbie wykiełkował nie tyle pomysł, co cały ich zagon. Ponieważ “dzieł” niedokończonych mam na koncie milion, postanowiłam jednak “Staszka” doholować do jakiegoś mniej lub bardziej (mniej!) zgodnego z pierwotnym zamierzeniem finiszu. Zatem pobieżność intrygi i opisów wzrośnie, poziom zagmatwania też, a liczba przewidywanych części zmaleje. Aha, nagminnie zaczną też pojawiać się nazwiska osób żyjących kiedyś tam i mniej lub bardziej zasłużonych wszelkim stronom konfliktu. Bez żadnych opisów i wyjaśnień. Zatem drżyjcie i klękajcie narody, nadciąga chaos w czystej postaci.

Moskwa, grudzień 1934 r.
Anton Zagajew stał nad zimnym i sztywnym ciałem Ojca Narodu. Przez chwilę miał wrażenie, że zaciskana do bólu szczęka zaraz mu pęknie. Drgające delikatnie nozdrza były w tej chwili jedynym dowodem jego zdenerwowania. Zdołał wreszcie rozluźnić nieco mięśnie twarzy, by zadać stojącemu w nogach łóżka lekarzowi pytanie:
– Przyczyna zgonu? – Głos miał chłodny, rzeczowy, pozornie nie wróżący niczego złego, a mimo to stojący przy drzwiach Myszkin uśmiechnął się krzywo pod wąsem, ciesząc się, że nie on znajduje się w skórze lekarza.
– Na-naturalna – zająknął się doktor. – Nie ma żadnych śladów na ciele, zresztą nikogo tu nie było od zakończenia przyjęcia, to znaczy od północy…
– Wiem, kiedy skończyło się przyjęcie – warknął Zagajew. – Byłem na nim. Trucizna?
– N-nie wiem. Musielibyśmy zrobić analizy… Możliwości są w zasadzie nieskończo…
– To na co jeszcze czekacie? – Tym razem Zagajew odwrócił się do rozmówcy.
Lekarz pobladł jeszcze bardziej, wyszarpnął z kieszeni nerwowym ruchem ogromną chustkę, która jakiś czas temu była zapewne biała, i przetarł drżącą ręką spocone czoło.
– Ju-już, w tej chwili, towarzyszu… – zaczął bełkotliwie.
Zagajew odprawił go krótkim ruchem dłoni.
– Żenia, zadbaj, by towarzyszowi Suszko dostarczono wszystko, czego zażąda. Wydzielcie jakiś pokój i przenieście tam ciało…
– Trzeba go zabrać do szpitala – wtrącił nieśmiało Suszko. – Do kostnicy, tam mamy…
– Ciało nie może opuścić Kremla – uciął sucho Zagajew. – Przynajmniej do chwili, gdy nie dowiemy się, co tu zaszło. Wy też nie opuścicie kompleksu, dopóki nie udzielicie nam satysfakcjonującej odpowiedzi.
To rzekłszy, wszedł, nie czekając na reakcję przerażonego doktora. Żenia poprowadził słaniającego się ze strachu medyka do sąsiedniego pokoju i z pozazdroszczenia godną cierpliwością pilnował, by ten sporządził listę wszystkich potrzebnych mu sprawunków.
Zagajew tymczasem wyszedł na korytarz i zapalił papierosa. Zaciągnął się głęboko, nim przywołał do siebie szczupłego, niewysokiego bruneta o nieco przetłuszczonych włosach. Czterdziestoletni, odziany w skórzany płaszcz mężczyzna o ziemistej cerze i wydatnym nosie przybliżył się do Zagajewa krokiem przywodzącym na myśl łasicę.
– Tak, Anton Siergiejewicz?
– Misza, posłuchaj mnie uważnie – Zagajew nie uniósł głosu nawet o ton, lecz Michał Fiodorowicz Birkowski wiedział, że jego przełożony ma nerwy napięte niczym postronki. – Mamy może czterdzieści osiem godzin na odnalezienie sprawcy, potem polecą głowy. Moja pierwsza, a wasze chwilę później. Tu nikt nie będzie się z nami cackał, chyba że zdołamy dostarczyć im winnego — imperialistycznego szpiega. Rozumiesz, Misza?
Birkowski skinął nieznacznie głową.
– Niech Natasza sprawdzi wszystkich, którzy byli wczoraj na przyjęciu. Ty zajmij się tymi Anglikami, powinni ciągle być w hotelu.
Misza czekał na dalsze polecenia, lecz te nie nastąpiły. Znał swojego szefa, jednak postanowił zaryzykować:
– A co z Heleną Konstantynowną?
– Sam z nią porozmawiam – odparł głucho Zagajew.

***

W niedużym pokoju moskiewskiego mieszkania paliła się jedynie mała lampka, która stała na okrągłym stoliku koło wysiedzianego, ale nadal wygodnego fotela. Światło padało na karty otwartej książki, oświetlając przy okazji leżącą na zszyciu dłoń. Reszta sylwetki śpiącej w fotelu kobiety kryła się w miękkim półmroku, lecz gdyby ktokolwiek mógł ją teraz obserwować, z pewnością pozazdrościłby błogiego spokoju, jaki odbijał się jej twarzy.
Delikatny uśmiech błąkał się nieśmiało w kącikach ust, a niezmącone troską oblicze promieniowało zadowoleniem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Inka Majewska spała bez lęków. Cały dzisiejszy dzień upłynął jej w przyjemnie leniwej atmosferze, nieskażonej strachem czy potrzebą ciągłego pilnowania się, zważania na każdy gest i krok. Anton Zagajew wyszedł wczesnym rankiem i raczej nie spodziewała się jego powrotu przed nastaniem nocy.
Energiczne trzaśnięcie drzwiami i niewybredna wiązanka rynsztokowych wyzwisk zburzyły ciszę grudniowego wieczoru. Książka zsunęła się z kolan kobiety i z hukiem spadła na podłogę, gdy Inka poderwała się gwałtownie na dźwięk rumoru dochodzącego z korytarza. Chwilę później drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich właściciel mieszkania.
– Nie masz pojęcia, co się dziś wydarzyło – rzucił swobodnie, nieco zbyt swobodnie i natychmiast ruszył w stronę kobiety.
– Piłeś – stwierdziła sucho. Odruchowo uchyliła się, gdy próbował pocałować ją na powitanie.
– To też – przyznał i przyciągnął ją do siebie, nie zważając na protesty i próby oswobodzenia się.
– Zostaw, cuchniesz jak gorzelnia! – wyrwała się z jego uścisku i zaczęła zbierać z dywanu kartki mocno sfatygowanej książki, która przy zderzeniu z podłogą rozsypała się na części.
– Stalin umarł – oświadczył lodowato, przyglądając się z uwagą jej poczynaniom – ale dla ciebie to pewnie żadna różnica.
– Mylisz się – spojrzała mu prosto w oczy. – Gdyby żył, pewnie nie upiłbyś się jak świnia, a ja nie musiałabym zastanawiać się, gdzie spędzić wieczór.
Mówiąc to, skierowała się ku drzwiom. Nie doceniła jednak Zagajewa czy raczej przeceniła poziom jego upojenia alkoholem. Nim zdążyła dotrzeć do wyjścia, chwycił ją za ramię i szarpnięciem przyciągnął do siebie.
– Dokąd to? – zapytał, gdy ich twarze znalazły się w odległości kilku centymetrów od siebie. – Nie myślisz chyba, że pozwolę ci tak wyjść? Musisz odpowiedzieć mi na kilka pytań.
– A co ja mam z tym wspólnego? – zapytała.
– Byłaś wczoraj na przyjęciu, jesteś tak samo podejrzana jak wszyscy inni –zirytował potrzebą tłumaczenia jej oczywistych spraw. – Niech ci się nie wydaje, że zgrabną dupą zapracowałaś sobie na specjalne względy.
Bez zastanowienia wymierzyła mu siarczysty policzek — tak zareagowałaby przecież osoba, jaką starała się odgrywać. Anton Zagajew uniósł w zdumieniu dłoń do piekącej twarzy. Czerwony ślad rysował się na niej tym wyraźniej, że po ledwie przespanej nocy i całym dniu wytężonej pracy mężczyzna był blady niczym kreda.
Cisza, jaka zapadła w pokoju, z każdą chwilą stawała się coraz bardziej namacalna.
Zagajew stał przez chwilę bez ruchu, a potem przeniósł na Majewską wzrok, w którym pogarda walczyła o lepsze z niepohamowaną wściekłością. Dziki, niekontrolowany gniew, wzmagany strachem o własne życie wybuchnął w nim nagle z całą mocą.
Inka cofnęła się odruchowo, już chciała odezwać się, gdy uderzył ją, po męsku, na odlew, nie bacząc na nic. Krzyknęła z bólu, zatoczyła się, próbując odzyskać równowagę, lecz nie zdołała ustać na nogach. Z impetem upadła na podłogę, wydając przy tym jeszcze jeden, tym razem nieco cichszy okrzyk.
– Wy, innoston’cy, myślicie, że wszystko wam wolno – cedził Zagajew powoli, bo wściekłość i wypity alkohol z trudem pozwalały mu panować nad językiem. Zbliżał się do przerażonej kobiety powoli, niczym drapieżnik do ofiary. – Sądzisz, że jesteś taka sprytna…
– O czym ty… – zaczęła, lecz nie zdołała skończyć, bo kolejne uderzenie znów powaliło ją na podłogę.
– Nie przerywaj mi – nie podniósł głosu nawet o jotę. Chwycił ją za ramię i szarpnięciem postawił na nogi. – Wydaje się ci się, że zdołasz mnie przechytrzyć? Już ja ci pokażę, jak bardzo się mylisz. Jeśli wiesz cokolwiek o tej sprawie, powiesz mi to tu i teraz.

***

Olga Siemionowna siedziała w saloniku przylegającym do pracowni, w której od lat ubierały się największe damy moskiewskiej elity, i z niezmąconym spokojem obserwowała kroplę herbaty sunącą niestrudzenie po ściance szklanki. Tuż przed tym jak brązowa ciecz miała zetknąć się z lnianym obrusem, Timochina starła ją serwetką. Obrzuciła krzywym spojrzeniem krzyżówkę, z którą nie mogła uporać się już od kilku dni, po czym pełnym niechęci ruchem zgarnęła gazetę ze stołu.
Choć nad Moskwą od kilku godzin niepodzielnie panowała ciemność, pora była jeszcze dość wczesna, dochodziła zaledwie dziewiąta wieczorem. Krawcowa podniosła się z niejakim trudem — reumatyzm dawał się jej coraz bardziej we znaki — i bez pośpiechu ruszyła w stronę kuchni, by przyrządzić sobie skromną kolację.
W tym właśnie momencie całe pomieszczenie wypełnił krótki, ostry, lecz nie nazbyt głośny dźwięk dzwonka, który urwał się zaledwie po dwóch sekundach. Timochina zamarła, a chwilę później narzuciła na ramiona wełnianą chustę i szybko, nie zważając na ból w stawach, wybiegła truchtem na podwórko.
Śnieg sypał mocno, lecz nie zdołał zakryć jeszcze świeżych śladów opon samochodu, który pojawił się znikąd w otoczonej ze wszystkich stron murami domów studni. Ktokolwiek wjechał w arbacką bramę, zaparkował tak, że pojazd pozostawał zupełnie niewidoczny z ulicy.
Krawcowa zadarła głowę i odruchowo odliczyła okna na trzecim piętrze. Drugie od lewej było ciemne. Gdyby nie dzwonek i obcy samochód nie podejrzewałaby w ogóle, że ktoś nieproszony zawitał do mieszkania, nad którym miała sprawować pieczę.
Natychmiast wróciła do domu i zostawiwszy uchylone drzwi wejściowe, by słyszeć ruch na korytarzu, sięgnęła po słuchawkę telefonu.
– Fiodor Kazancew? Tu Timochina z Arbatu. Proszę przekazać małżonce, że jednak na garsonkę zeszło pół metra więcej. Dziękuję.
Szybko wróciła do niewielkiej poczekalni. Przysiadła na krześle, lecz nie była w stanie uspokoić rozdygotanych nerwów. Zawiadomiła szefa o niezapowiedzianej wizycie, posłużyła się odpowiednim hasłem, dając znak, że u niej nie pojawiły się żadne trudności, teraz zaś powinna czekać cierpliwie na kontakt. Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, co miałaby zrobić, gdyby tajemniczy gość zechciał opuścić kamienicę lub gdyby jednak okazało się, że wpadli, a do jej drzwi zapukaliby agenci bezpieki.
Wreszcie zdecydowała, że nie obejdzie się bez odrobiny czegoś mocniejszego. W niezwykłym jak na siebie tempie wróciła do pokoju i wyciągnęła schowaną w bieliźniarce butelkę z zeszłoroczną nalewką. Krawcowa miała swoje zasady — wypiła jedynie kieliszek, po czym wróciła na posterunek przy drzwiach.
Po mniej więcej godzinie oczekiwania jej wątpliwa cierpliwość została wynagrodzona. Drzwi do pracowni skrzypnęły cicho, a na progu stanął nieznany jej człowiek o nieco gburowatym wyglądzie. Zamarła, myśląc początkowo, że oto przyszli po nią z placu Łubiańskiego, lecz chwilę później padły wyczekiwane podświadomie słowa:
Wieczer, chozajka. Żona przysyła brakującą kwotę za garsonkę. Trzydzieści dwa piętnaście – to mówiąc, wyciągnął w jej kierunku dłoń z odliczoną należnością.
– Nie trzeba było, Fiodor Stiepanowicz. Rozliczyłybyśmy się przy następnej okazji – odparła drżącym głosem Timochina, ciągnąc formułkę dalej.
Nim jednak zdołała skończyć zadnie, za plecami gbura pojawił się wysoki, postawny mężczyzna, z którym miała już kilka razy do czynienia. Zdjął z głowy kapelusz, strzepując z niego śnieg, ściągnął płaszcz i oddał je Timochinie.
– Okolica jest czysta, może się pani nie martwić, Olgo Siemionowna – Witold Kraszewski jak zawsze okazał niezmącony spokój.
– Ten ktoś nadal jest na górze – rzuciła konspiracyjnym szeptem krawcowa. – Przyjechał jakąś godzinę temu i wszedł do mieszkania — wiem, bo włączył się alarm — i od tamtej pory nie wychodził. Auto stoi na podwórku.
– Widzieliśmy. To samochód Zagajewa, ale mieszkanie nie jest pod obserwacją, sprawdziliśmy dokładnie.
– To pewnie ona – mruknął gburowaty towarzysz Kraszewskiego.
– Cholera by wzięła tę babę – Polak nie krył irytacji. – Zaczekaj tu, a panią, Olgo Siemionowna, poproszę o klucze.
– Pójdę z panem. W najgorszym razie będziemy udawać, że chce pan wynająć tę ruderę. Z polecenia pani Heleny ma się rozumieć, wy przecież się znacie – podrzuciła Timochina.
– Dobra myśl – zgodził się Kraszewski.
Poszli na górę, starając się nie robić przy tym zbyt wiele hałasu, choć wyślizgane deski drewnianych schodów nie ułatwiały im zadania. Witold sunął na przedzie, nieco spłoszona Timochina tuż za nim. Dotarli wreszcie na trzecie piętro. Kraszewski wziął klucze i spróbował przekręcić je w zamku, ten jednak okazał się już otwarty.
Mężczyzna wszedł bez wahania i przekręcił kontakt. Całe pomieszczenie utonęło w jasnym świetle żarówki. Mieszkanie przedstawiało sobą widok typowy dla każdego pustostanu. Obdrapane i przykurzone ściany, gołe deski podłogi, niemyte od lat okna nie zachęcały do dłuższego pobytu. Lokalu używano sporadycznie, gdy trzeba było ukryć kogoś lub coś przed czujnym okiem służby bezpieczeństwa. Zawsze jednak robiono to z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności.
– Zgaś to, do jasnej cholery – dobiegło go niewyraźne polecenie wydane po rosyjsku.
– Głupia gęś – warknął Polak. Inka, pozostająca pod ciągłym nadzorem obstawy Zagajewa, w ogóle nie miała prawa zbliżać się do mieszkania na Arbacie. – Kompletna, nieodpowiedzialna idiotka, do tego zupełnie pijana. Dobrze, że mnie pani zawiadomiła, Olgo Siemionowna. Tym razem przeholowała, pora by ktoś coś z tym zrobił.
Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie, by wyjść.
– Niech pan poczeka. – Timochina złapała go za rękaw.
Krawcowa podeszła powoli do zwiniętej w barłogu postaci i delikatnie uniosła ramię, którym kobieta zasłaniała się przed rażącym ją światłem. Natychmiast też odsunęła się wystraszona i przeżegnała trzy razy. Stojący ciągle w drzwiach Witold wciągnął gwałtownie powietrze, widząc opuchniętą i zakrwawioną twarz. Niemal natychmiast znalazł się przy łóżku.
– Cholera, Inka, kto… – zaczął.
– Anton Zagajew, w któżby inny – warknęła krawcowa. – Mówiłam, że tak się to skończy.
– Zdążyłam uciec – w głosie pobitej kobiety pobrzmiewała przedziwna satysfakcja.
Kraszewski nie miał bladego pojęcia o czym mówiły, ale uznał, że to nie pora na rozstrzyganie tego problemu.
– Dasz radę iść sama – zapytał.
– A nie mogę jeszcze poleżeć? – zapytała, po czym stęknęła boleśnie.
Witold nie wdawał się w dyskusję. Chwycił ją na ręce i ruszył ku drzwiom.
– Olgo Siemionowna, zamknie pani?
Krawcowej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko pogasiła światło, zamknęła mieszkanie na cztery spusty i podreptała za Kraszewskim do swojej sutereny. Dotarła tam na tyle szybko, że zdołała jeszcze zobaczyć końcówkę nierównych zmagań Majewskiej z Kraszewskim — kobieta starała się za wszelką cenę dostać do drzwi wyjściowych, w czym skutecznie przeszkadzał jej zagradzający drogę Polak. Jego pomocnik przyglądał się zza stołu całej scenie ze stoickim spokojem.
– Usiądźże, do jasnej cholery – warknął już nieco poirytowany Kraszewski. – Olgo, niech pani przyniesie trochę wody. Trzeba ją doprowadzić do jakiegoś ludzkiego stanu.
– Zostaw. – Inka próbowała opędzić się od niego, nie kryjąc irytacji. – I co ja mu powiem, jak wrócę? Że wpadłam do szpitala, żeby mnie opatrzyli?
– Oszalałaś, kobieto? – Timochina, która przysłuchiwała się ich rozmowie, z niedowierzania złapała się za głowę. – Mało ci jeszcze? Naprawdę chcesz, żeby ten bydlak zatłukł cię na śmierć?
– Ile to trwa? – Witold próbował spojrzeć Majewskiej w oczy, a w zasadzie w jedyne widoczne oko, ale ona z uporem odwracała głowę.
– Od początku – syknęła krawcowa. – Gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy już była posiniaczona. Musi ją pan stąd zabrać, Witoldzie Pawłowiczu.
Witek zaklął pod nosem i zaczął nerwowo przechadzać się po niewielkim pokoju. Prosta interwencja skomplikowała się w jednej chwili — Kraszewski mógł nie lubić Inki, nie pochwalać zachowań, ale nie chciał ryzykować ani jej życia, ani tym bardziej ujawnienia całej moskiewskiej siatki, co prędzej czy później musiało nastąpić, gdyby Majewska pozostała w zasięgu Zagajewa. Witold ani przez chwilę nie wątpił, że w takich warunkach prędzej czy później kobieta musi popełnić jakiś błąd — na cud zakrawało, że nie zdradziła się z niczym do tej pory.
– A ty dokąd? – spytał, widząc jak Majewska niezdarnie stara się pozbierać swoje rzeczy z kanapy. – Wracasz do Polski.
– Witek, zastanów się przez chwilę – odezwała niewyraźnie, z trudem wygłaszając dłuższą przemowę – zgarną cię od razu, jeśli ucieknę. Wszystko, co do tej pory zrobiliśmy, wszystkie informacje stracą jakąkolwiek wartość. Wierz mi, gdyby było jakieś inne wyjście, w ogóle bym się nie zastanawiała…
– Jest inne wyjście. – W oczach Kraszewskiego zapłonął przedziwny blask. Usadził Inkę na kanapie, nie zważając na jej protesty, po czym wywołał na chwilę ponurego typa, z którym pojawił się u krawcowej, do kuchni i przez kilka minut tłumaczył mu coś szeptem.
Kobiety słyszały jedynie urywki słów, Timochina zresztą starała się nie słuchać zbyt intensywnie, a Inka z trudem starała się zachować jako taką przytomność umysłu. Wreszcie obydwaj wrócili do pokoju.
– Niech pani znajdzie dla niej jakieś ciuchy – rozkazał Kraszewski, po czym zwrócił się do Inki: – Oddaj mi wszystko, co ze sobą przyniosłaś, biżuterię, torebkę, ubranie. Wszystko.
Oszołomiona Majewska pozwoliła wyprowadzić się do pracowni, posłusznie oddała Timochinie wszystko, co miała przy sobie i na sobie, po czym przebrana w jakieś nieodebrane przez klientkę ubranie, usiadła na kanapie i z radością przyjęła z rąk Timochiny kieliszek nalewki wiśniowej.
Ponury typ zniknął gdzieś bez śladu z całym jej dobytkiem, Kraszewski natomiast rozmawiał w skupieniu przez telefon, wydając komuś enigmatyczne polecenia.

***

Obudziło go gwałtowne dobijanie się do drzwi o piątej rano. Anton Siergiejewicz uniósł się nieco na łokciu i rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju. Po całej nocy spędzonej na wąskiej kanapie w salonie czuł aż nazbyt dobrze każdą kość i każdy mięsień. Zaklął pod nosem na myśl, że Helena nie zbudziła się przed nim i nie otworzyła jeszcze drzwi. Powoli też zaczynał odczuwać nasilające się coraz bardziej objawy kaca.
Łomotanie nie ustawało, ktoś zaczął wykrzykiwać jego nazwisko, więc Zagajew niechętnie zwlókł się z barłogu i poczłapał otworzyć natrętom. Czuł się niczym trzydniowe zwłoki i tak też wyglądał — w wymiętoszonym, zalanym alkoholem garniturze, z nieogoloną twarzą i workami po oczyma mógł spokojnie konkurować o laur pierwszeństwa z martwym Józefem Wissarionowiczem.
Ta myśl otrzeźwiła go nieco. Nie przypuszczał wprawdzie, aby już wydano na niego wyrok, tym niemniej zmarnował sporo czasu na kłótnię z kochanką, a na jego nadmiar nie mógł teraz narzekać. Przygotował się na długie wyjaśnienia i otworzył drzwi.
Ku własnemu zdumieniu ujrzał na progu dwóch mężczyzn odzianych w ciemne mundury milicji i towarzyszącego im Iwana Pawłowicza z ochrony budynku.
– Anton Siergiejewicz Zagajew? – upewnił się jeden z milicjantów.
Zagajew skinął głową na potwierdzenie.
– Znaleźliśmy wasze służbowe auto. – Zdumienie, jakie odmalowało się w tej chwili na twarzy skacowanego mężczyzny, skłoniło stróża prawa do dalszych wyjaśnień: – Wczoraj w nocy na Sadowom Kolce miał miejsce wypadek. Samochód wpadł w poślizg i uderzył w mur domu, potem zapalił się. Prowadząca go kobieta niestety nie przeżyła.
– Kobieta? – Zagajew nie był w stanie zdobyć się na bardziej rozgarniętą reakcję.
– Nie wiemy, kim była – wyjaśnił usłużnie drugi z milicjantów. – Myśleliśmy, że może wy będziecie w stanie…
Zagajew nie słuchał dalej. W trzech susach dopadł zamkniętych drzwi sypialni kochanki i otworzył je gwałtownie.
– Helena… – okrzyk zamarł mu na ustach, gdy ujrzał puste, niezasłane do snu łóżko.

Diabeł i panna

19.02.2011
Dla wszystkich tych, którym podobały się “Strachy” i którzy zastanawiali się kim, u diabła, jest Mona. :)

– Miłka, gotowaś? – Surowy głos wypełnił wnętrze niewielkiej chaty.
Pytanie spłynęło leniwie z ust mężczyzny siedzącego samotnie przy drewnianym stole, teraz porządnie uprzątniętym po wieczerzy. Mężczyzna zdawał się nie zauważać, że przemawia do pustki. Siedział niewzruszony niczym skała, z jedną dłonią złożoną na wyślizganych deska.jpch stołu, drugą opierając o potężne udo.
Nie był stary, lecz lata młodości miał już za sobą. Spomiędzy popielatych, sięgających ramion włosów coraz gęściej wyzierały pasma siwizny. Choć nadal trzymał się prosto i prezentował nader okazale, próżno było szukać u niego dawnej krzepy. Spacer na wzniesienie, niezbędny, by dostać się do stojącej na skraju lasu chaty, wyczerpał go bardziej niż byłby skłonny przyznać.
Śnieżnobiała, odświętna koszula przykleiła się do szerokich pleców, a skórzany pas uwierał coraz bardziej. Mężczyzna otarł spoconą dłoń o barwione na brąz płótno spodni. Wieczór był nader parny i nic nie zapowiadało, by nadchodzące godziny miały to zmienić.
Bogwied, niegdyś prześwietny myśliwy, dziś najzamożniejszy gospodarz w Lestkowych, niewielkiej wsi w parafii łowickiej, czekał od późnego popołudnia na swoją wychowanicę.
Dziewczyna nie odpowiadała, ale zza przepierzenia dobiegł Bogwieda jej dźwięczny głos i plusk wody. Musiała ciągle szykować się na nadchodzącą ceremonię. Jego zdaniem była to zwyczajna przesada, lecz nie poganiał Miłki — czasu mieli w bród, a jeśli te dodatkowe kilka chwil mogło zapewnić jej spokój ducha, warto było czekać. Inny zapewne wyrzekałby na babskie humory, ale nie Bogwied. Przez lata nauczył się cierpliwości.
Teraz wyciągnął jedynie nogi i rozsiadł się wygodniej na ławie. Czekał. Pokładał w młódce wielkie nadzieje i nie chciał zaprzepaścić szansy na realizację swoich zamiarów przez zwykłą popędliwość.
Z każdym dniem coraz wyraźniej słyszał zew pani Mory, widział też, co kryje się w mgłach przyszłości i nie mógł powiedzieć, by obrazy te napawały go otuchą. Świat zmienił się od czasów jego młodości niemal nie do poznania i zmieniał nadal. Dawne wierzenia odchodziły w niepamięć, a bogowie milczeli, nie odpowiadając już na modły kapłanów.
W Lestkowych nadal jeszcze pamiętano obyczaje ojców, lecz mieszkańcy wsi dawno już nauczyli się nie obnosić z przywiązaniem do starej wiary. Co niedzielę zbierali się pod stojącym na rozstajach krzyżem i oddawali cześć nowemu bogu, a zamożniejsi gospodarze czcili nawet nowe święta w oddalonym o pół dnia jazdy wozem kościele.
Potem zaś wracali do swych chat i szykowali daninę dla starych bóstw, ale z każdym dniem odwracali się od nich coraz bardziej. Dopiero gdy sprawy miały się naprawdę źle, ruszali po pomoc do Staruchy lub Bogwieda, bo tylko oni dwoje żyli jeszcze w zgodzie z dawnym rytmem.
Bogwied od dawna cieszył się łaską Rona, boga losu. Od niepamiętnych dni potrafił wejrzeć za zasłonę mgieł przyszłości i zazwyczaj potrafił wskazać ludziom właściwą drogę. Od lat jednak widział tylko ciemność. Dlatego po naradach ze Staruchą zdecydował się na krok desperacki.
Dwanaście lat temu wybrali wspólnie dziewuszkę, wtedy sześcioletnie dziecko, nakazali chować ją zgodnie z pradawnym zwyczajem, by we właściwej chwili móc przeprowadzić ją przez niemalże zapomniany rytuał. Dziś Miłka, pierwsza od wielu pokoleń panna rodna, miała zostać naznaczona, by później zespolić się z bogiem i dać życie istocie potężniejszej niż jakikolwiek posłannik nowej wiary.
Skrzypnięcie drzwi prowadzących do mniejszej izby wyrwało Bogwieda z zamyślenia. Dziewczyna przystanęła na środku izby i okręciła się kilka razy, by zaprezentować wyniki swoich starań. Wyraźnie czekała na reakcję. Bogwied przyjrzał się jej uważnie po raz pierwszy dostrzegając to, co dotąd wyraźnie mu umykało.
Gdzieś w czasie tych dwunastu lat Miłka przemieniła się w kobietę.
Nie, nie była jeszcze w pełni dojrzała, lecz jej figura nabrała już odpowiednich proporcji. Pod białym giezłem wyraźnie rysowały się krągłe piersi i szerokie biodra. Wprawdzie w minionych latach dziewczyna zajmowała szczególne miejsce w społeczności i każdy mieszkaniec wsi, chciał czy nie chciał, dokładał się do jej utrzymania, lecz musiała przecież zadbać o własne obejście. Ciężka praca nie była jej obca, przeto ramiona miała silne, kształtne, nogi mocne, a twarz jej tryskała energią.
Promienie letniego słońca delikatnie ozłociły jej skórę, nadając nietypowej urodzie jeszcze bardziej egzotycznego posmaku. Pośród jasnowłosych i niebiesko- lub zielonookich mieszkańców łowickiej wsi kasztanowe loki Miłki i jej ciepłe, orzechowe oczy nie mogły pozostać niezauważone. Nic też dziwnego, przodkowie jej ojca pochodzili z odległego, leżącego gdzieś na południu, kraju. To ich cechy zwróciły pierwotnie uwagę Bogwieda, gdy szukał szczególnego, wskazanego przez los dziecka.
Miłka przeczesała nerwowym ruchem ciągle wilgotne włosy, które spływały na plecy wijąc się i skrząc gdzieniegdzie czerwieńszymi odblaskami. Czekała na jego, Bogwieda, opinię. On tymczasem poczuł się jak młokos — na widok tryskającej świeżością panny zapomniał języka w gębie.
– Tak, zacnie – zdołał wreszcie wypowiedzieć pochwałę, która nawet w połowie nie oddawała jego zachwytu nad urokiem stojącej przed nim postaci. – Choć nie wiem, czy aby na pewno takie starania były konieczne. Zamierzasz szykować się tak co noc?
– Co noc i co dzień. – Dziewczyna pokiwała energicznie głową. – Przecież nie wiemy, kiedy on przyjdzie.
Ani czy w ogóle, pomyślał w tej samej chwili, lecz nie wypowiedział swych obaw na głos.
– Dobrze, dziecko, chodźmy już, bo noc zastanie nas w lesie, a tego byśmy nie chcieli.
Wolał zwracać się do niej tak jak zwykle, nieco protekcjonalnie. W ten sposób łatwiej przychodziło mu zapanować nad coraz intensywniejszą żądzą, przez którą krew w jego żyłach zaczęła żywiej krążyć. Bogwied pomyślał bluźnierczo, że jeżeliby Ron nie pokusił się na ten kąsek, byłby łachudrą niegodnym czci.
Miłka owinęła się chustą, by nie ubrudzić odświętnej koszuli, kapłan zaś chwycił sękaty kostur oparty o drewnianą ścianę chaty. Wyszli, gdy słońce stało jeszcze nieco nad horyzontem. Bogwied oceniał, że zdążą powrócić nim zniknie zupełnie pochłonięte przez głodną jego ognia ziemię — mieli przecież najdłuższy dzień w roku.
Ruszyli miarowym tempem ścieżką wydeptaną tysiącem kroków stawianych na niej przez setki nóg tych, co odeszli już do królestwa Mory i tych, co żyli dziś. Dróżka wiła się pomiędzy omszałymi pniami, prowadząc dwójkę wędrowców do skrytego pod baldachimem liści kręgu.
Dwanaście dębów zasadzonych jeszcze w czasach gdy nikomu jeszcze nie śniło się o odejściu od wiary ojców, rosło dumnie w sercu gęstego lasu. Pomiędzy nimi zieleniła się jedynie soczysta trawa — żadne inne drzewo ani żaden krzew nigdy nie zapuściły tam korzeni.
Las zdawał się być rozświetlony własną, zielonkawą poświatą. Ostatnie promienie słońca z trudem przebijały się przez gęsty dach liści, nadając wszystkiemu wokół prawdziwie niecodzienny wygląd. Ciężkie, wilgotne powietrze uderzało do głów zapachem dzikich ziół, świeżej żywicy i leśnych owoców.
Miłka, drepcząca potulnie za Bogwiedem, pogrążyła się w rozmyślaniach na temat czekającej ją przyszłości. Wiedziała, co jest jej przeznaczone, choć jej opiekun niechętnie mówił z nią na ten temat.

***

Zbudziło ją łomotanie do drzwi. Ten, kto dobijał się do jej chaty, musiał być mocno zniecierpliwiony, bo spomiędzy ciasno zbitych desek sypały się drobiny kurzu. Wyprostowała się gwałtownie, natychmiast zresztą żałując tego pośpiechu, gdyż po całej nocy spędzonej z głową na blacie drewnianej ławy ledwo mogła się poruszać.
Starała się przypomnieć sobie, dlaczego spała tu, zamiast położyć się we własnym łóżku, lecz natarczywe głosy dochodzące z zewnątrz nie pozwalały jej zebrać myśli.
– Otwieraj, przeklęta! – Jeden głos wybił się ponad pozostałe. – Wiemy, że tam jesteś, czarci pomiocie!
Drzwi zatrzeszczały niebezpiecznie. Wiedziała, że jeśli ich nie otworzy, prędzej czy później będą musiały ustąpić pod naporem wściekłego tłumu. Wyszła na środek izby, nie wiedząc co dalej czynić, gdy nagle charakter dobiegających ją odgłosów uległ zmianie. Ludzie nadal burzyli się, lecz podniesione głosy cichły, przechodząc stopniowo w gniewne pomruki.
– Otwórz, dziewczyno! – zagrzmiało za drzwiami chropowato.
Wiedziała, kto to. Nikt inny nie używał już tego miana, wołano na nią różnie: przeklęta, diabli pomiot, czarcica i tylko on ciągle zwracał się do niej „dziewczyno”.
– Wejdź – powiedziała, nie ruszając się z miejsca.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Stał niemalże na progu. Ciągle gęsta grzywa włosów opadała na przygarbione wiekiem i zmartwieniami ramiona, lecz od lat już miała kolor śniegu. Głębokie bruzdy poorały jego twarz, a usta prawie nigdy nie wyginały się już w szczerym uśmiechu. Tego żałowała najbardziej, dawniej lubiła patrzeć gdy się uśmiechał, lubiła dawać mu powody do radości.
Dziś Bogwied nie miał ich zbyt wielu.
– Odstąpcie – zwrócił się do szemrzącego znów głośniej tłumu. – Porozmawiam z nią i wyjaśnimy wszystko spokojnie.
– A co tu wyjaśniać, Bogwiedzie – warknął Janko, najstarszy młynarza. – Toć wiadomo, że czarcica wszystkiemu winna. To przez nią tatko…
– Zamilcz. – Bogwied nie musiał unosić głosu, by zyskać posłuch. – Jeśli jest winna, będzie wiedziała, z czym przychodzimy. Odstąpcie.
Tłuszcza zebrana pod drzwiami chaty niechętnie odsunęła się nieco, ale nikt nie ruszył w stronę wsi. Bogwied zmierzył ich niechętnym spojrzeniem, lecz wiedział, że nie uzyska nic więcej. Byli uparci i chcieli stać tu do chwili, gdy sprawy zostaną wyjaśnione. Wzruszył więc ramionami i wszedł do izby.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym łupnięciem.
– Nie lubię, gdy to robisz – stwierdził.
Nie odpowiedziała i nie ruszyła się z miejsca. Tkwiła pośrodku izby niczym posąg, mierząc go wyzbytym wszelkiej nadziei spojrzeniem. Była niemal identyczną kopią swojej matki — te same kasztanowe loki, w których co chwila migały jaśniejsze pasma, taka sama figura, drobna i szczupła, lecz przecież kobieca, rysy twarzy tak podobne do Miłkowych, że czasem odnosił wrażenie jakby jego wychowanica powstała z mar. Tylko spojrzeniu czarnych, bezdennie pustych oczu brakowało tamtego ciepła i łagodności.
Oczy musiała odziedziczyć po ojcu, a Bogwied modlił się w duchu do starych i nowych bogów, by sprawili, żeby pozostały one jedyną cechą, którą przejęła po tym, kto ją spłodził.
Westchnął ciężko i ruszył w stronę swego zwykłego miejsca pod ścianą. Wiele się tu zmieniło od śmierci Staruchy.
W izbie królował brud. Palenisko wygasło zapewne kilka dni temu, lecz nikomu nie było śpieszno, by je rozpalić. Okopciały kociołek z resztkami jedzenia stał na stole zapewne od kilku dni w niezmienionym położeniu. Bogwied czuł wyraźnie, że to, co się w nim znajdowało, dawno już powinno opuścić i naczynie, i izbę.
Na ścianach straszyły smutno kikuty ziół zbieranych jeszcze przez Staruchę, a na klepisku pełno było mysich odchodów, źdźbeł słomy, szmat, które kiedyś pełniły rolę przyodziewku. Tu i ówdzie walały się też skorupy po garnkach i misach, połamane łyżki, porozrzucane noże, słowem wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do życia.
– Po co to robisz? – zapytał wreszcie, choć nie wierzył, by mu odpowiedziała.
Istotnie, początkowo milczała, wpatrując się tylko w niego tępo, ale w końcu zdecydowała się przemówić. Ledwie słyszalny szept brzmiał bełkotliwie, niepewnie, jakby stojąca pośrodku izby dziewczyna nigdy nie nauczyła się mówić.
– To nie ja… – zaczęła nieskładnie.
– Wiesz, dlaczego tu przyszli? – przerwał jej.
Pokręciła tylko głową w milczeniu.
– Młynarz ułożył się z opactwem. Przekazał młyn mnichom w zamian za dożywotnią opiekę. Mówią, że tyś go do tego namówiła.
– Nie byłam we wsi. – Każde słowo spływało z jej ust niechętnie, z ociąganiem.
– Nie łżyj! – Bogwied aż uniósł się z wyślizganej ławy. – Widziałem cię sam trzy dni temu. Rozmawiałaś z młynarzem. Po coś posłała go do opata?
– Nie pamiętam…
Zaskoczyła go. Spodziewał się raczej pokrętnych wyjaśnień, prób usprawiedliwienia, w najgorszym razie wybuchu wściekłości, ale nie takiego wyznania. Pustka w jej spojrzeniu ustąpiła miejsca błaganiu o pomoc. Wpatrywała się w Bogwieda tak intensywnie, że niemalże czuł ciężar jej wzroku na własnej piersi.
– Czego nie pamiętasz? – zapytał już spokojniej.
Nadal tkwiła pośrodku izby, nie poruszywszy się ani o włos, przekrzywiła jedynie nieco głowę, pozwalając by rozczochrane włosy zakryły lewą stronę jej twarzy. Przypominała mu wróbla, który w skupieniu obserwuje zupełnie niezrozumiałe dla niego poczynania ludzi.
– Niczego. Nic już nie mam. Tylko głosy – odparła z rozbrajającą szczerością. – Dzień i noc, Bogwiedzie. Słyszę je nawet we śnie. Szepczą, wyklinają, nawołują. One wiedzą, znają sekrety i pragnienia…
Bogwied zamknął oczy i wciągnął głęboko zatęchłe powietrze izby, mając mimo wszystko nadzieję, że pomoże to w czymkolwiek. Jego najgorsze obawy potwierdzały się z każdą chwilą rozmowy. Dwadzieścia pięć lat temu stworzyli ze Staruchą potwora.
A mimo to nie potrafił jej tak zostawić. Przez te wszystkie lata gdy jej moc pozostawała uśpiona, nie dała mu ani jednego powodu do wstydu. Traktowała jego i Staruchę z szacunkiem należnym opiekunom, uczyła się pilnie wszystkiego, co mogła przekazać jej zielarka i sumiennie wypełniała swoją powinność wobec wsi, gdy Starucha zaniemogła zupełnie. Opiekowała się chorą z oddaniem i nigdy nie skarżyła się na niechęć, z jaką przyjmowano ją w osadzie.
– Odejdź, dziewczyno – przerwał jej tę nieskładną wyliczankę. – Uspokoję ich jakoś, przekonam, by wrócili do domów, ale odejdź stąd jeszcze dziś. Nie ma tu dla ciebie miejsca.

Rozdział 2. Próba

8.02.2011
Oto powrót do korzeni, czyli kolejny odcinek “Mroków”. Przyznam, że nie wiem, po co to ciągnę. Chyba z sentymentu – trudno zabić coś, z czym spędziło się przeszło dekadę :). Nie zachęcam nadmiernie do czytania.

Szare kamienie murów Akademii w Kadree jak co wieczór utonęły w promieniach zachodzącego słońca. Znów przez te kilka minut iluzoryczny płomień zdawał się pląsać po grubo ciosanych głazach. Zmrok nad Kadree oznaczał koniec męczącego dnia zajęć dla blisko setki młodych adeptów tajemnych kunsztów magicznych.
Tłumek podekscytowanych żaków płci obojga wysypał się na krużganek głównego budynku Akademii. Choć żaden z przyszłych magów nie ukończył jeszcze dwudziestego roku życia, to w grupie, która wylewała się z sal wykładowych coraz żwawszymi strumieniami dawało się dostrzec, obok ledwie odrosłych od ziemi malców, także niemal dorosłych młodzieńców i panny.
Pochodzili ze wszystkich zakątków Imperium, ich rodziny wywodziły się ze wszystkich stanów, lecz w Kadree nie miało to żadnego znaczenia, gdyż magika nie wyróżniała nikogo. Każdy, kto stawał się filtrem mocy napędzających wszechświat, tracił swe korzenie i wchodził raz na zawsze do kasty przyjmowanej wszędzie z równą rezerwą co szacunkiem — do grona mistrzów z Kadree. To pierwsza lekcja, jaką młodzi odbierali po przekroczeniu murów Akademii, a w zasadzie po opuszczeniu bezpiecznego schronienia szkoły i zapuszczeniu się w gąszcz krętych uliczek Kadree.
Otoczony kamiennymi murami plac ożywił się nagle echem rozentuzjazmowanych głosów, tak że nawet tupot kilkudziesięciu par pełnych energii nóg zbiegających po wąskich, drewnianych schodach nie był w stanie zagłuszyć tego harmidru. Wczesny jesienny wieczór kusił wszystkich wizją półgodzinnego spaceru w stronę nabrzeża handlowego, gdzie rozbrykana młodzież mogłaby z radością oddać się szturmowi na ostatnie ze stojących jeszcze kramów.
Dwóch ubranych w powłóczyste togi mężczyzn obserwowało cowieczorny rytuał i nieprzystojne zachowania przyszłych mistrzów tajemnych kunsztów z niezachwianym spokojem. Młodszy z nich uśmiechnął się szeroko, gdyż sam jeszcze nie tak dawno miał w zwyczaju wypadać z sali i pędzić na złamanie karku do Kadree, byle szybciej oddać się wieczornemu szaleństwu. Starszy obserwował z równym rozbawieniem uczniów, co swojego młodszego kolegę, zazdroszcząc im niegasnącej ciekawości życia i radości nie zaprawionej jeszcze goryczą spraw, z którymi on zmagał się samotnie od wielu miesięcy.
Gdzie indziej ta para budziłaby zapewne zdumienie, gdyż stanowili zaiste interesujący duet. Starszy górował nad otaczającym go tłumkiem młodzieży i o dobre pół głowy przewyższał stojącego obok młodzieńca. Ciemne włosy, gdzieniegdzie tylko przetykane pasmami siwizny, splatał w ciasny warkocz opadający mu swobodnie na czarną tkaninę togi. Z pociągłej, ogorzałej twarzy zerkały bystro szare oczy o dziwnym dla tego raczej pogodnego oblicza, nieustępliwym wyrazie. Jednak mimo swojego słynnego już w kręgach magów uporu, należący do ścisłej rady Kadree mistrz Mordar cieszył się zasłużoną opinią człowieka szlachetnego serca i niebywałego rozsądku.
Młodzieniec odziany w szarą szatę, jak wszyscy bez wyjątku magowie spoza kręgu dziewięciu z rady, był drobnym blondynem o niemalże chłopięcej twarzy. Patrząc na niego odnosiło się nieodparte wrażenie, że silniejszy podmuch wiatru z pewnością przewróciłby go i roztrzaskał na tysiąc okruchów. Lniane loki spływające miękkimi falami na szczupłe ramiona i intensywnie błękitne oczy skryte zazwyczaj za zasłoną długich i gęstych rzęs w połączeniu z subtelną urodą sprawiały, że niejedna panna w Kadree spędzała bezsenne noce, wzdychając w zaciszu alkowy do bladolicego mistrza Teya.
On tymczasem, chwilowo nad wyraz skutecznie unieruchomiony przez zbiegających jeszcze po schodach uczniów, powrócił w myślach do ostatnich słów mistrza Mordara, ważąc w skupieniu konsekwencje poczynionego przez swego rozmówcę wyznania. Radosny uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jego oblicze, ustąpił wyrazowi głębokiego zatroskania.
– Nie dręcz się tym tak mocno, chłopcze. – Mordar pokręcił głową, wyrzucając sobie, że niepotrzebnie zesłał strapienie na swojego młodego kolegę. – Bywaliśmy już w gorszych opałach.
– Naprawdę, mistrzu? – zapytał z udawaną kpiną Tey. – Nie wyobrażam sobie większego nieszczęścia niż powrotu do obowiązku składania raportów przed urzędnikami Jego Wysokości. To koniec naszej i tak niezbyt dużej niezależności.
– Nie wyobrażasz sobie, powiadasz – odparł Mordar, pocierając w zamyśleniu podbródek. – Ja natomiast, bez trudu. Obawiam się, że raporty nie zadowolą Najjaśniejszego Pana. Podejrzewam, że na Kadree już wkrótce zawita sumienny komisarz, a my znajdziemy się pod ścisłym nadzorem Igris. I to będzie nasz koniec. Ale, jak sądzę, wszystko zależy od tego, co ustalą jutro w twierdzy Grazny.
– Jest aż tak źle?
– Jeszcze gorzej, mój młody przyjacielu, jeszcze gorzej. Czy wiedziałeś, że niemal każdy Achtianin, który przekroczył te mury, doskonalił swoją sztukę wyłącznie pod kątem użycia jej na polu walki?
– Jakże to? – zdumienie Teya nie miało granic.
– Chodźmy do biblioteki. – Mordar pociągnął młodszego maga za luźny rękaw szaty i ruszył za rzednącym już potokiem młodzieży w stronę bramy. – Pokażę ci.
Niemalże truchtem pokonali wąskie stopnie i pośpiesznie przecięli trawnik wewnętrznego dziedzińca. Młodzieniec z trudem nadążał za wzburzonym magiem. Tymczasem Mordar nie przestawał tłumaczyć, gestykulując coraz żywiej i wyraźnie zapalając się do tematu:
– Achtianie mają głowy na karkach. – Cień uśmiechu przemknął przez jego wąskie usta. – Od niemal dwustu lat przystosowywali każdą dziedzinę naszej wiedzy do użycia w nietypowych i niesprzyjających warunkach. Ich magowie-wojownicy ciskają kule ognia i sprowadzają pioruny niemalże na poczekaniu, choć żaden z nich nie zdołałby kontrolować żywiołów, nawet wody z najmniejszej kałuży. Ich uzdrowiciele potrafią w okamgnieniu postawić na nogi wojownika, który już kłania się Pani Los, ale nie daliby rady zwykłemu przeziębieniu. Achtianin teleportuje pół armii we wskazane miejsce, mimo że sam nie umie złożyć najprostszego czaru otwarcia. Przypuszczam, że ani ty, ani ja nie zdołalibyśmy przebić się przez ich czary ochronne, dopóki byłyby zasilane stałym dopływem magiki.
– Stałym? – Tey z trudem ogarniał tak niezwykłą koncepcję używania mocy. – Przecież Mrok miałby wtedy nieprzerwany dostęp do umysłu. To szalony pomysł!
– Nie mniej szalony niż wojna przeciwko Imperium. Tu i teraz, oto ich motto, a później niech się dzieje co chce.
Mordar zatrzymał się nagle pod samą bramą i spojrzał bacznie na swojego podopiecznego.
– Posłuchaj, chłopcze. O tym, czego zaraz się dowiesz, nie wie nikt, nawet członkowie rady, i wolałbym, aby tak pozostało.
– Nie ufasz im, mistrzu?
– Nie wierzę, by byli zdolni skłamać komisarzowi. Żyjemy w Kadree niczym w kokonie, zatraciliśmy podstawową zdolność naszego gatunku.
– To znaczy? – Kierunek, w jakim toczyła się ich rozmowa, zupełnie zdezorientował młodego mistrza.
– Łgania w żywe oczy. – Wesołe iskierki znów zabłysły w oczach Mordara.
Młodzieniec nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.
– Wybacz, mistrzu, ale skoro staliśmy się tak boleśnie prawdomówni, czy twoja wiedza nie stanowi teraz dla Kadree największego zagrożenia? Czy powinienem skrycie pozbawić cię życia i chwilę później samemu zapukać do bram pałacu Pani Los?
– Mój drogi, ja jestem kuty na cztery nogi, a na Kadree ze świecą szukać większej pary krętaczy niż ty i Verr. Nie, o nas się nie lękam, jedynie przestrzegam — miej się na baczności i uważaj, z kim i o czym rozmawiasz. Teraz chodźmy, pokażę ci dokładnie, czego nauczyliśmy wojowników z Acht.
Z tymi słowy przekroczył bramę i ruszył w stronę rysującego się coraz słabiej na horyzoncie przysadzistego kształtu budynku biblioteki.
Biblioteka była jednym z najstarszych zabudowań w kompleksie Akademii, podejrzewano nawet, że pamiętała nawet czasy Wielkich, pradawnych magów, których spuścizna do dziś stanowiła podstawę sztuk tajemnych znanego świata. Ściany z jasnego piaskowca odgradzały sześcian o boku blisko pięćdziesięciu metrów. Centralną część dachu budynku wieńczyła majestatycznie ogromna kopuła. Wewnątrz budynku, na dwóch kondygnacjach zgromadzono setki wypełnionych słowami mocy woluminów.
Rzędy regałów zapełniały niemal doszczętnie dolny poziom biblioteki, pozostawiając jedynie pusty okrąg na środku pomieszczenia. Tam od niepamiętnych dziejów mieniły się żywymi barwami wycięte mocą w płytach posadzki symbole starej magii wyznaczające krąg magiki. Dziś, gdy stara sztuka odeszła już w zapomnienie, mgła tajemnicy skryła przeznaczenie kręgu, ale umiłowanie tradycji i wszystkiego, co wiązało się z utraconą dawno wiedzą, kazało kolejnym radom Akademii zachować ten pusty symbol minionej potęgi.
W promieniach wieczornego słońca wpadającego do biblioteki przez wielkie, przeszklone barwnymi witrażami okna krąg wywoływał jeszcze żywsze poruszenie niż za dnia. Jednak sala biblioteki była niemalże pusta, a jedyna siedząca przy czytelnianym pulpicie osoba nie zwracała w tej chwili uwagi na piękno świata, zbyt pochłonięta własnymi problemami.
Drobna, ciemnowłosa dziewczyna klęczała na stołku z łokciami wspartymi o blat stołu i z wysuniętym z przejęcia językiem. Co i rusz odgarniała nerwowym, urywanym ruchem dłoni niepokorne pasmo włosów, które wysunęło się z luźnego, grubego warkocza i irytująco często opadało jej na nos. W słabym świetle wieczoru jej niewielka postać, skryta za kilkoma stosami książek pozostawała prawie niewidoczna.
Dziewczyna w skupieniu śledziła zapiski z wyblakłych stronic traktatu o podstawach bilansowania magiki i podejmowała kolejne, nieudane zresztą próby przeprowadzenia skomplikowanego rachunku, mrucząc przy tym gniewnie pod nosem. Tajniki tej dziedziny wiedzy pozostawały dla niej nieodgadnioną zagadką, tak samo jak zagadką było dla wszystkich jej nauczycieli, jakim cudem składała najprostsze czary, o zaklęciach czwartego stopnia nie wspominając, skoro opanowanie wstępnych zagadnień dotyczących przepływu mocy wyraźnie wykraczało poza jej zdolność pojmowania.
Zatopiona w rozmyślaniach nie zauważyła nadejścia pogrążonych w cichej rozmowie mistrzów magii. Oni także, zbyt zajęci odkryciami ostatnich miesięcy i ich konsekwencjami, nie zwrócili początkowo uwagi na obecność młodej adeptki sztuki. Dopiero gdy znaleźli się kilka kroków od niej, posłyszeli ciche przekleństwo, gdy dziewczyna zmięła w irytacji kolejną kartę pergaminu.
– Verr, co ty tu jeszcze robisz? – Gniewny okrzyk mistrza Mordara wytrącił ją z rytmu i pieczołowicie komponowane równanie rozpłynęło się w bezmiarze spanikowanych myśli.
Przełknęła nerwowo ślinę. Pora ucieczki minęła bezpowrotnie, teraz mogła jedynie próbować zejść Mordarowi z oczu tak szybko, jak to tylko możliwe.
– „Równowaga magiki” – odczytał półgłosem Tey, który w tym czasie obszedł pulpit dookoła i wyciągnął opasłe tomisko spod stosu kartek. – Czy aby nie za późno na powtórkę z podstaw? Kiedy przechodzisz Próbę?
Dziewczyna spaliła raka, na szczęście miłosierny półmrok ukrył jej zmieszanie. Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, gdyż Mordar znów odezwał się tonem pełnym przygany.
– Rozpoczyna się jutro o świcie, a to oznacza, moja panno, że dawno już powinnaś być u siebie i przygotowywać się do snu. Wiesz doskonale, że twoja Próba może odbyć się wyłącznie jutro. Jeśli spóźnimy się choćby kilka minut, trzeba będzie przesunąć to o następne siedem lat.
– Albo zmienić czar… – mruknęła cicho, mając nadzieję, że żaden z mistrzów jej nie usłyszy.
– Nawet o tym nie wspominaj. Omawialiśmy to już niejeden raz. – Niestety, Mordar mimo swoich pięćdziesięciu lat, nadal miał doskonały słuch.
Surowa twarz wyrażała głęboką dezaprobatę dla poczynań młodej podopiecznej. Proste brwi zjechały się, tworząc niemalże jedną linię nad wąskim nosem, a usta przestały w ogóle odcinać się na tle skóry, gdyż mag zacisnął je w prawie niedostrzegalną kreskę.
Verr niechętnie zsunęła się z wysokiego czytelnianego zydla, zebrała swoje szpargały i już chciała oddalić się do wyjścia, gdy z obszernego rękawa czarnej tuniki wysunęła się żylasta dłoń, która zacisnęła się na jej ramieniu z niebywałą siłą.
– Posłuchaj mnie, Verr – Mordar przemawiał już spokojnie, lecz jego ton bynajmniej nie stracił na powadze. – Zostaw już te głupoty, odpocznij, oczyść umysł z lęku, bo czeka cię naprawdę ciężki dzień. Próba to nie przelewki, moja panno. To nie pomniejsze czary z eksploracji magiki, to prawdziwa magia. Nie możesz dopuścić do sytuacji, w której Mrok wykorzysta twoje osłabienie.
– Łatwo wam mówić, mistrzu – odparła z rezygnacją. – Od pierwszej przeprowadzonej Próby nie zdarzył się przypadek, by rada nie odpytała egzaminowanego z bilansowania magiki, sprawdziłam dokładnie. Nie sądzę, by zechcieli poczynić dla mnie wyjątek.
Mimo to odłożyła wszystkie papiery z powrotem na pulpit i oddaliła się z czytelni z nosem zwieszonym na kwintę. Młody Tey spoglądał za nią szczerze zaniepokojony.
– Mistrzu, obawiam się, że ona ma rację – odezwał się cicho. – W czasie egzaminu na pewno zażądają przeprowadzenia bilansu czaru…
– Czy wiesz, na czym ma polegać jej Próba? – wpadł mu w słowo Mordar.
– Nie, ale…
– Wrota Mroku – stary mistrz znów nie dał skończyć myśli swojemu młodszemu koledze.
Tey milczał przez moment, starając się przypomnieć wszystko, co wiedział na temat jednego z najstarszych znanych czarów teleportacji.
– Złożony czwartego stopnia ze stabilizatorem – wymruczał pod nosem. – Zmienny przepływ mocy, wymaga bufora… Właśnie, kto zabezpiecza?
Mordar pokiwał głową z uznaniem, śledząc tok rozumowania młodego mistrza.
– Ja – odparł wreszcie. – Jak zapewne pamiętasz, dla czarów o zmiennym przepływie mocy…
– Nie daje się wyliczyć jawnie bilansu magiki – tym razem Tey wpadł w słowo starszemu magowi. – Sprytne. Verr nie wie?
– Mówiłem jej, ale nie uwierzyła. Ta dziewczyna nie ma bladego pojęcia o równowadze magiki – westchnął Mordar nieco zirytowanym tonem.
– A Argon przystał na taki układ? – zaciekawił się Tey.
– Zdołałem przekonać go, że to być może jedyna okazja, by spróbować otworzyć Wrota. Planety są we właściwym położeniu, Verr doskonale panuje nad magiką, choć bogowie tylko wiedzą, jakim cudem, skoro przez siedem lat nie zdołała opanować praw nią rządzących, zdobyliśmy pozwolenie Igris…
– Chcecie utworzyć przejście do księgozbioru?
– To wydaje się być najrozsądniejsze – stwierdził może nazbyt oschle Mordar, odruchowo starając się bronić swoich decyzji. – Księgi biblioteki w Igris stanowią doskonały punkt orientacyjny. No i nie będą rozpraszać, co miałoby miejsce w razie otwierania Wrót w inne miejsce.
– No, chyba że zdecydowalibyście się na Szepty – rzucił swobodnie Tey.
– Chłopcze, chyba raczysz żartować! – Mistrz Mordar aż żachnął się, słysząc tę propozycję. – Naprawdę, z równym powodzeniem moglibyśmy urządzić poszukiwania Wielkich. Nie, mój drogi, mnie zależy na tym, żeby Verr zakończyła Próbę o czasie i bez komplikacji. Szkoda byłoby marnować taki talent tylko dlatego, że dziewczyna nie radzi sobie z rachunkami. Ale nie po to tu przyszliśmy. Pokażę ci prace Achtian oraz kilka naszych broszur.
Obydwaj szybko wspięli się na górę. Żelazne stopnie wąskich, kręconych schodów zadźwięczały nieprzyjemnie, gdy poluzowane latami użytkowania śruby naprężyły się pod ciężarem magów. Chwilę później kroki mężczyzn poniosły się echem po całej bibliotece, gdy nieco nazbyt szybko przemierzyli ażurową platformę drugiej kondygnacji.

***

Tej nocy ani Tey, ani Mordar nie zaznali godziwego odpoczynku.
Młody mistrz leżał bezsennie się niemal do samego świtu, trapiąc się wnioskami, jakie płynęły z odkryć poczynionych przez Mordara. Choć starszy mag nie przyznał się do tego, Tey podejrzewał, że tamten musiał lękać się wizji dokładnej kontroli prac Achtian. Niemal w każdej z tych, które powstały w ciągu ostatnich piętnastu lat, napotykało się na odwołania do traktatów i monografii Mordara.
Na nic zdałyby się tłumaczenia, że dziedzina sztuki, w której specjalizował się mag, musiała siłą rzeczy znaleźć się w centrum zainteresowania Achtian — jeśli wierzyć legendom, zaklęcia starej magii rzucano bez przygotowania, niemalże tak, jak rzekomo czynili to Achtianie.
Oczywiście szanse na to, że cesarski komisarz będzie zainteresowany poznaniem struktury mocy, były wyjątkowo nikłe, bo na jego znajomość magii nikt w Kadree nie miał prawa liczyć. Mistrz Mordar znalazł się w bardzo trudnym położeniu i, według Teya, na doskonałej drodze na Ardę.
Mordar zaś, nie bacząc na podszepty zdrowego rozsądku, martwił się przede wszystkim przebiegiem porannej Próby. Przygotowywał się na ten dzień od prawie dwudziestu lat, od dziesięciu czuwał nad edukacją Verr, a od kilku miesięcy modlił się do wszystkich bogów, by okazała się wystarczająco wytrzymała. Choć rozsądek nakazywał odczekać kolejne siedem lat, Mordar z każdym dniem odczuwał coraz dotkliwiej upływ czasu.
Verr mogła czekać, on nie.
Jutro miał dopełnić się los odległego czaru rzuconego siedemnaście lat temu, a mag liczył sekundy dzielące go od chwili, w której odzyska to, czego podstępnie pozbawiono go w przeszłości.
Mistrz Kadree obrócił się nerwowo na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę. Jeszcze kilka godzin temu udzielał dobrych rad swojej podopiecznej, teraz zaś sam nie potrafił się do nich zastosować, a powinien być nie mniej wypoczęty niż ona.
Po kolejnych kilku minutach bezczynnego leżenia w ciemności Mordar zrezygnował z dalszych prób uśnięcia. Szybko ubrał się i po cichu wymknął na krużganek. Drewniane schody skrzypiały niemiłosiernie w ciszy jesiennej nocy, gdy mistrz schodził na dziedziniec, lecz szczęśliwie nikt — ani pozostali mistrzowie, ani uczniowie — nie zbudził się, by przeszkodzić mu w samotnych rozmyślaniach.
Mordar usiadł na wąskiej, drewnianej ławce, opierając się możliwie wygodnie o filar. Chłód kamienia przynosił dziwne ukojenie. Mag spojrzał w rozgwieżdżone niebo nad murami Akademii — gdzieś tam, w przestworzach, o ile wierzyć kapłanom, błądziła samotna dusza, którą chciał za wszelką cenę sprowadzić do domu.
Tylko Verr spała tej nocy spokojnie. Chwila słabości, pod wpływem której rzuciła się dziś desperacko na książki, minęła bezpowrotnie. Dziewczyna zdołała odzyskać spokój. Znów nabrała niezachwianej pewności, że podoła Próbie. Mogła nie umieć liczyć magiki, lecz jak nikt inny w całej Akademii czuła moc i potrafiła się z nią obchodzić. Była głęboko przekonana, że z asystą mistrza Mordara, któremu ufała bezgranicznie, jest w stanie otworzyć przejście prowadzące dokądkolwiek, nie tylko do podziemi pałacu w Igris.
Z tą pokrzepiającą myślą zasnęła.

***

Pojawiła się pod salą ćwiczeń jeszcze przed nastaniem świtu, gdy wszyscy mieszkańcy Domu Kadree, jak nazywano należący do kompleksu akademickiego budynek, w którym mieszkali uczniowie i nauczyciele spoza ścisłego kręgu rady, jeszcze spali. Zdumiała się więc niepomiernie, widząc z daleka szczupłą postać Teya. Świeżo upieczony mistrz dreptał nerwowo po korytarzu, oczekując nadejścia członków rady i niesfornej pannicy, która dziś miała dowieść swych zdolności.
Dziewczyna nie kryła radości na widok przyjaciela. Podbiegła doń szybko i bez chwili namysłu rzuciła się mu na szyję, piszcząc przy tym przeszywająco. Tey z trudem uwolnił się z jej objęć i odsunął nieco, by ocenić stan nerwów przyszłej mistrzyni. Nim jednak zdołał rzucić jedno ze swych zwyczajowych żartobliwo-zaczepnych pytań, dostrzegł to, co umykało mu przez dwa lata, gdy sam przygotowywał się do Próby, a potem z trudem wdrażał w obowiązki nauczyciela niesfornych adeptów.
Nie wiedzieć kiedy Verr z nieco niezgrabnej i zdecydowanie zahukanej panienki zmieniła się w pewną siebie kobietę. Przyglądała mu się teraz z uwagą i skupieniem, jakich próżno było szukać na jej obliczu jeszcze pół roku temu. Długie włosy upięła w luźny węzeł opadający miękko na szyję, przywdziała skromną zieloną suknię, ozdobioną tu i ówdzie jasnokremowymi wstawkami, lecz mimo nieokazałości tego stroju prezentowała się nad wyraz elegancko.
– Czy mogę spytać cóż cię tak zaskoczyło? – zagadnęła zaciekawiona. – Czyżbym przez noc zmieniła się w widmo Mroku?
– Nie – bąknął, ciągle nie mogąc otrząsnąć się z zaskoczenia. – Po prostu nie spodziewałem się ciebie… znaczy… – Nie mógł zebrać myśli.
– Nie spodziewałeś się mnie na mojej Próbie? Interesujące – uśmiechnęła się zadziornie, przez co na chwilę zaczęła przypominać siebie sprzed kilku miesięcy.
Tey zdołał wprawdzie zebrać wreszcie myśli, lecz czas ciętej riposty minął bezpowrotnie. Na szczęście nadejście mistrzów rady uchroniło go przed dalszym pogrążeniem się.
Sunęli korytarzem, odziani w czarne, powłóczyste togi, w których przywodzili na myśl żałobników cesarskich, lecz brak im było nabożnego spokoju i pełnego pokory milczenia. Dziewięciu mistrzów rady dyskutowało zawzięcie o mającym odbyć się właśnie egzaminie z takim przejęciem, jakby sami mieli do niego podchodzić.
Stanowili przedziwną zbieraninę ludzi. Poza postawnym i nieco surowym Mordarem, tylko mistrzyni Weda i Argon va Tuukle nie przekroczyli jeszcze sześćdziesiątki. Pozostali lata młodości, a nawet wieku średniego mieli już dawno za sobą, a przecież nie brakowało im werwy i zapału.
Weda i Argon kroczyli na przedzie pochodu, starając się wyglądać możliwie dostojnie i uroczyście, jednak ich również poruszył śmiały plan Mordara. Dlatego też co i rusz zerkali zaciekawieni na stojącą na drugim końcu korytarza drobną dziewczynę, która lada chwila miała rozpocząć komponowanie jednego z najbardziej misternych zaklęć, jakie znano. Jedynego, które zachowało się w niemal niezmienionej formie od czasów Wielkich.
Mistrz Kawiiz, niziutki i siwy staruszek o twarzy pomarszczonej niczym zwiędły pomidor i równie jak on czerwonej podskakiwał nerwowo, starając się nadążyć za swym kompanem, górującym nad wszystkimi olbrzymem z Cos — Valmorem. Pochłonięci dysputą na temat zasadności stosowania czarów złożonych, nie zauważyli, że dryfują od jednej ściany do drugiej, wchodząc pod nogi wszystkim pozostałym.
Czwórka magów podążała w pewnej odległości za swymi kolegami, gdyż sędziwa mistrzyni Zolly, podtrzymywana z obydwu stron przez niemal nierozróżnialnych bliźniaków z Ith, Keddala i Keddawa, opóźniała nieco tempo marszu. Jej najwierniejszy towarzysz, Saggis Erwańczyk, jedyny obywatel imperialnej prowincji wśród mistrzów, dotrzymywał im kroku.
Mordar trzymał się na uboczu, nie chcąc uczestniczyć w dyskusji dotyczącej zbliżającej się Próby. Rzadko zdarzało się, by mistrz czynnie uczestniczył w egzaminie swojego podopiecznego, lecz tym razem zaklęcie wymagało współpracy dwóch magów. Wrota Mroku były czarem potężnym i niebezpiecznym, gdyż wymagały kontroli przepływu magiki, a oznaczało, że jeden z magów musiał cały czas badać jej poziom w obszarze otwierania portalu.
Być może Achtianie zdecydowaliby się na utrzymanie stałej więzi ze źródłem mocy, ale na Kadree uprawiano porządną, usystematyzowaną magię i nikt nie pozwoliłby sobie tutaj na takie ryzyko. Nikt też nie zdecydowałby się ryzykować zdrowia i życia uczniów, zatem rolę stabilizatora musiał przyjąć na siebie któryś z mistrzów.
– Witaj, młoda damo! – huknął Valmor, gdy kondukt osiągnął drzwi sali ćwiczebnej. – Jesteś gotowa zaprezentować nam swoją wiedzę?
– Jak nigdy dotąd – odparła z niezachwianym spokojem Verr.
– Mistrz Tey? – zdumiała się w tej samej chwili sędziwa Zolly. – Postanowiłeś dotrzymać towarzystwa przyjaciółce? Jakie to miłe.
– Ktoś przecież będzie musiał po niej posprzątać, gdy skończy już demolować salę ćwiczeń – zaśmiał się blondyn.
Jego uwaga wywołała ogólną wesołość wśród mistrzów, nawet Mordar, wyjątkowo dziś spięty, wygiął usta w powściągliwym grymasie. Tymczasem Argon złamał pieczęci na drzwiach sali ćwiczeń, do której do blisko miesiąca nie miał wstępu nikt poza Verr, i wpuścił mistrzów do wnętrza. Dziewięciu członków rady zajrzało z zaciekawieniem do środka.
Sala ćwiczeń, zazwyczaj pusta, by żadne sprzęty nie ograniczały manewrów trenujących tu uczniów ani nie zagrażały ich zdrowiu, w razie gdyby któreś z zaklęć nie podziałało tak jak powinno w niewprawnych dłoniach adepta, była zupełnie odmieniona. Verr spoglądała z pewną satysfakcją to na swoje dzieło, to na zdumione oblicza magów. Mordar, cichszy niż zazwyczaj, promieniał dumą, a Tey przyznał w duchu nie po raz pierwszy, że zazdrości przyszłej mistrzyni polotu i swobody w poczynaniu sobie z magiką.
Na środku podłogi pustego pomieszczenia znajdowała się dokładna kopia kręgu magiki z głównej sali bibliotecznej. Starannie przeniesione stamtąd symbole wymalowano na kamieniach posadzki z niebywałą wręcz dbałością o szczegóły. W dziesięciu równoodległych punktach na obwodzie kręgu, dokładnie pomiędzy symbolami Starej Magii Verr rozstawiła dziesięć kryształów przyciętych tak, by skupiały wiązkę magiki w centrum kręgu.
– Koronkowa robota – mruknął Keddal, a może Keddaw. – Wiesz, jakie ma zastosowanie?
– Podejrzewam, że będzie stabilizować portal – odparła odważnie Verr. Rozważania o naturze magii, szczególnie tej starej, zapomnianej sztuce Wielkich, stanowiły jedną z jej ulubionych rozrywek. – Mam nadzieję, że mistrz Mordar będzie mógł potwierdzić potem moje przypuszczenia.
– No, dzieciaku, jeśli masz rację, to można powiedzieć, że próbę zdałaś śpiewająco, nieważne dokąd doprowadzą was Wrota – zaśmiał się olbrzym Valmor. – Trzeba było skorzystać z kręgu w bibliotece.
– Nie mam pewności, że to zadziała. A gdyby coś poszło nie tak… tu zniszczenia będą mniejsze – młoda magiczka po raz pierwszy okazała lekki niepokój.
– Dobrze, moi mili – przerwała tę pogawędkę Weda. – Mordarze, twoja podopieczna powinna chyba zabierać się do pracy, prawda? Zdaję się, że czas ma dla was istotne znaczenie.
– Słuszna uwaga, Wedo – przyznał Mordar. – Zatem, proszę, zapieczętujcie za nami drzwi i uzbrójcie się w cierpliwość. To może trochę potrwać.

***

Słońce zdążyło wzejść już nad horyzont, gdy dziewięcioro magów powróciło pod pozbawione wszelkich zdobień drewniane drzwi sali ćwiczeń. Oczekiwali w napięciu sygnału od Verr, który pozwoliłby zdjąć chroniące drzwi pieczęci. Ten jednak nie pojawiał się.
Mistrz Tey otarł nerwowo o szatę spocone dłonie. Każda sekunda oczekiwania potęgowała jego niepokój. W odróżnieniu od pozostałych magów nie ruszył się z korytarza od momentu, gdy Verr i Mordar zniknęli w półmroku sali. Tey wiedział wprawdzie, że rzucanie czarów złożonych zabierało zawsze wiele czasu, lecz ten nigdy nie dłużył mu się tak bardzo, jak dzisiejszego ranka.
Magowie poczuli gwałtowniejsze drżenie magiki. Chwilę później, gdy opór materii mocy wzmógł się, dziewięciu mistrzów sztuki wstrzymało oddechy, lecz Verr nie zawiodła pokładanych w niej nadziei i odparła napór Mroku. Kiedy prąd rozpędzonej energii spłynął ponownie w kierunku sali, wszyscy odczuli wyraźną ulgę. Ostatecznie strumień magiki zaczął wyraźnie słabnąć.
– No, to chyba doczekaliśmy się – zaczął Valmor, radośnie zacierając ręce. – Zobaczmy, co też pannica zmalowała tam w…
Reszta jego słów utonęła w ogłuszającym wybuchu.
Pieczęci na drzwiach sali ćwiczeń i skryte przed ludzkim wzrokiem symbole ochronne na murach budynku zapłonęły nienaturalnym zielonym światłem, potem zaś dało się słyszeć rumor spadających głazów.
– Dach – wyszeptała przez zaciśnięte gardło Weda. – Mordar, dziecko…
– Verr! – krzyknął Tey, przepychając się do drzwi.
Bezmyślnie chwycił żelazne okucie, by szarpnąć skrzydłem, usłyszał jeszcze ostrzegawczy okrzyk Argona „Pieczęci!”, lecz nie zdążył już zareagować — jego dłonie spoczęły na uchwycie i nim zdołał powstrzymać odruch, szarpnęły je, by otworzyć drzwi.
Magowie skulili się w oczekiwaniu na kolejny rozbłysk mocy. Pieczęci powinny zareagować na próbę zerwania, uwalniając skumulowaną w nich energię. Tymczasem nie stało się nic.
Tey zamarł zaskoczony faktem, że zdołał otworzyć drzwi, potem zaś przeniósł wzrok na wnętrze sali. Tkwił tak bez ruchu przerażony tym, co ujrzał, niezdolny wydobyć z siebie najcichszego choćby westchnienia. Szczupłe ramiona zadrgały konwulsyjnie, gdy mózg młodego mistrza zaakceptował wreszcie to, co ukazało się oczom całej rady.
Pozostali patrzyli z niezrozumieniem malującym się na pobladłych twarzach na salę i górę gruzu przykrywającą podłogę w miejscu, gdzie powinni znajdować się portal, Verr i Mordar.

Staszek, cz. 4

4.02.2011
Uff… Wrzucam na poprawę humoru. Sobie. Jest niedorobiony, niedopracowany, ale nie mam siły (ni czasu) siedzieć nad nim dłużej. Zażalenia proszę składać pod adresem autorów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych :).

Moskwa, grudzień 1934 r.

– Olgo Siemionowna, jest pani prawdziwą artystką! – okrzyk zachwytu, jaki wyrwał się z ust klientki, przebił się nawet przez dźwięki płynącego z radioli romansu.
Inka stała przed wysokim na prawie dwa metry lustrem i podziwiała efekty pracy krawcowej. Obróciła się kilka razy — to w prawo, to w lewo — urzeczona kształtem kreacji.
Ciemnoszara, prawie grafitowa suknia wykonana z lejącej się, jedwabnej żorżety miała niecodzienny fason, zdawałoby się, że zbyt surowy dla stroju wieczorowego. Góra zakończonego wysokim golfem stroju przylegała ściśle do ciała, długie, mocno marszczone przy dłoni rękawy były równie wąskie. Spódnica sukni obejmowała delikatnie biodra i spływała miękko na ziemię, odkrywając zaledwie czubki butów na dość wysokim obcasie.
Strój ten byłby zapewne zbyt ascetyczny, by przywdziać go z myślą o balu sylwestrowym — raczej już o pogrzebie i to własnym — gdyby nie głębokie wycięcie dekoltu w kształcie szerokiej łzy, podszyte przetykaną srebrną nicią koronką o wymyślnym wzorze, które rozpoczynało się tuż pod sfałdowaną materią golfu i odkrywało nienachalnie spory fragment kształtnego biustu.
Inka była oczarowana. Olga Siemionowna, właścicielka jednej z ostatnich prywatnych pracowni krawieckich na Arbacie, dokonała rzeczy niemal niemożliwej. W jednej chwili dla Majewskiej stało się jasne, dlaczego mimo ciężkich czasów, nieprzychylności władzy i braku jakiejkolwiek reklamy mały zakład mieszczący się w suterenie podwórka bramy pod numerem 25. nie narzekał nigdy na brak klientek.
Timochina zaczęła ostrożnie odpinać guziki ledwie sfastrygowanej sukni. Inka zebrała włosy w nieporządny kok, by ułatwić krawcowej manewrowanie tycimi pętelkami i drobniejszymi niż paznokieć małego palca guzkami.
– Tak je upnij – zakomenderowała sucho starsza kobieta. – Dzięki temu całość będzie lżejsza. Nic więcej nie mogłam zrobić, biorąc pod uwagę okoliczności.
– Jest doskonale, naprawdę. – Inka starała się ostrożnie wysunąć rękę z wąziutkiego rękawa.
Krawcowa, uporawszy się z odpinaniem dwudziestu guzików na plecach, chwyciła materiał przy golfie, chcąc pomóc klientce, jednak czy zbyt się śpieszyła, czy może nerwy, które trzymała dotąd na wodzy, odmówiły jej posłuszeństwa — dość, że mało delikatnie przesunęła grzbietem dłoni po ramieniu kobiety. Inka wciągnęła gwałtownie powietrze i przygryzła wargę, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
– Przepraszam – mruknęła Timochina nieco zmieszana. – Zapomniałam.
– Nie szkodzi. – Na pobladłej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. – Nie może pani pamiętać o wszystkim.
W końcu oswobodziły Majewską z przygotowywanego stroju, a Olga Siergiejewna od razu wykorzystała okazję, by zmierzyć klientkę ostrym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Prawie cały tułów i ramiona kobiety poznaczone były różnokolorowymi, bo w różnym stadium zaniku bądź pojawiania się, sińcami i pręgami po uderzeniach pasa. Inka szybko narzuciła na siebie bluzkę i naciągnęła spódnicę.
– Uważam, że powinnaś o tym zameldować – Timochina ściszyła nieco głos, powracając do swojego ulubionego tematu. – Ile to już trwa? Pół roku? Osiem miesięcy? Zobaczysz, głupia, pewnego dnia albo on nie powstrzyma się na czas, albo ty nie zdążysz uciec. Tak czy inaczej, zabije cię. Na nic zdadzą się wtedy te wasze podchody, starania, przygotowania. Muszą cię stamtąd zabrać.
– Wie pani, że to niemożliwe – ucięła Majewska. – I tak cud boski, że w ogóle udało mi się do niego zbliżyć.
– Bóg nie miał z tym nic wspólnego, moja miła – mruknęła gniewnie Timochina.
– Jeszcze tylko kilka miesięcy. – Inka z trudem zmusiła się do wypowiedzenia tych słów. – Potem zorganizują mi powrót do domu.
– Miesięcy? – krawcowa uniosła głos, lecz widząc spanikowane spojrzenie, jakim jej klientka obrzuciła drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, maleńkiej poczekalni, natychmiast uspokoiła się. – Myślałam, że będziesz próbować teraz, na balu.
– Będę – przyznała. – Ale nie mogę potem zniknąć ot, tak. Nie mogą mnie z tym łączyć, no i Witek pewnie zostanie. Gdybym uciekła, jego zamknęliby pierwszego, a panią zaraz potem.
Timochina westchnęła niezadowolona, ale nie kontynuowała tematu.
– Napijesz się jeszcze herbaty? – spytała już milszym tonem.
– Nie, Jewgienij zacznie się zaraz dobijać. Pora wracać – mruknęła niechętnie. – Ma pani ten… specyfik?
Krawcowa skinęła tylko głową i ruchem równie powolnym jak wszystkie inne, które wykonywała, ruszyła w stronę staroświeckiego sekretarzyka z milionem szufladek pełnych guzików, igieł, szpilek, tasiemek, czyli wszystkiego, bez czego cały kunszt Timochiny nie miałby możliwości zaistnieć.
Szperała chwilę w czeluściach swojego skarbca, mrucząc gniewnie pod nosem, wreszcie zdołała odblokować zamek skrytki. Biureczko trzasnęło cicho, a jeden z ornamentów zdobiących jego bok zaczął nagle odstawać nieco bardziej niż identyczna ozdoba umieszczona po drugiej stronie mebla. Timochina wysunęła ukrytą szufladę, ostrożnie, by nie uszkodzić delikatnego mechanizmu, po czym wyjęła z niej wysoką na palec i mniej więcej tak grubą szklaną fiolkę wypełnioną niemal w całości przezroczystym płynem.
Inka tymczasem dopięła ostatnie guziki bluzki, narzuciła na siebie marynarkę i płaszcz, a potem schowała niewielką flaszeczkę do torebki, wsuwając ją za podszewkę przez rozpruty specjalnie w tym celu szew. Strzepnęła jeszcze niewidzialny pyłek z poły płaszcza, zaczerpnęła głęboki wdech i nacisnęła klamkę drzwi prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia.
– Rozumiem, że mogę spodziewać się sukni dwudziestego ósmego? – upewniła się, stojąc w progu.
– Oczywiście. Tak, jak się umawiałyśmy – stwierdziła rzeczowo Timochina. – Gdyby pojawiły się jakiekolwiek komplikację, zawiadomię panią odpowiednio wcześnie.
Kobiety pożegnały się szybko i Majewska wyszła z pracowni.
Jewgienij Fiodorowicz Myszkin, który siedział w ciasnej poczekalni na jednym z dwóch ustawionych tam krzeseł i dotąd nerwowo przerzucał strony kolorowego magazynu, przysłuchiwał się uważnie tej wymianie zdań. Żurnal z najnowszymi trendami mody, choć miał obrazki, nie interesował go zupełnie. Dryblas wolałby pośmiać się w duchu z pustego babskiego gadania, niestety Polka była jak zawsze zwięzła.
– Jewgienij Fiodorowicz, pora na nas – rzuciła cierpko, nawet na niego nie spoglądając.
Wielki, postawny niczym goryl i poruszający się z równą gracją szatyn o grubo ciosanej twarzy Neandertalczyka, podniósł się niechętnie z krzesła i ruszył za kobietą, której bezpieczeństwa miał strzec.
Odkąd Anton Siergiejewicz przywiózł ją w połowie kwietnia do Moskwy, życie Myszkina zmieniło się nie do poznania. Dotąd nie odstępował na krok uwielbianego zwierzchnika, teraz musiał szlajać się za rozkapryszoną hrabianką. Żenia zastanawiał się często, czy po to wywalczyli sobie wolność, by teraz musiał jak jakiś sługus nosić za Polką torby ze sprawunkami.
Zaklął szpetnie pod nosem, lecz Skolimowska, bo pod tym nazwiskiem znał ją Żenia, czekała już przy drzwiach czarnego GAZ-a, tupiąc niecierpliwie stopą o płytę chodnika. Olbrzym pośpieszył w stronę samochodu, wiedząc że wredna suka poskarży się Antonowi Siergiejewiczowi, jeśli będzie musiała czekać choć kilka sekund dłużej.
Niechętnie otworzył jej drzwi. Wsiadła, nie skinąwszy mu nawet głową. Niemal od samego początku traktowała jego obecność jak dopust boży i jeśli tylko mogła, ignorowała go całkowicie. Myszkin wiedział, że kilkakrotnie starała się przekonać Zagajewa, by pozwolił jej na swobodne poruszanie się po Moskwie, wiedział też, jak skończyła się ich ostatnia dyskusja, a w zasadzie kłótnia na ten temat. Czerpał z tego niewysłowioną radość.
Jechali w milczeniu przez opustoszałe miasto. Zimą mrok zapadał wcześnie, a mróz ścisnął tego roku jeszcze na początku października, więc ulice wyludniały się natychmiast, gdy tylko ludzie kończyli pracę. Skolimowska mierzyła pustym wzrokiem szare cienie krajobrazu za oknem, a Żenia z upodobaniem wyciskał ostatnie poty ze służbowej limuzyny Zagajewa. Wiedział doskonale, że kobieta nienawidzi szybkiej jazdy.
Dotarli w końcu do dwupiętrowej kamienicy, w której mieszkali najbardziej zaufani pracownicy Józefa Wissarionowicza. Budynek znajdował się pod ścisłą obserwacją służby bezpieczeństwa, więc nikt niepowołany nie miał do niego wstępu ale też nikt nie wychodził stąd bez wcześniejszego zgłoszenia tego odpowiednim osobom.
Nie zareagowała, gdy mijali odrapaną bramę burego domu. Zawsze wzdragała się na widok znienawidzonej budowli, w której pędziła żywot więźnia i na myśl o spotkaniu z Antonem Siergiejewiczem Zagajewem. Mężczyzna z każdym dniem brzydził ją coraz bardziej, choć nie przypuszczała wcześniej, by mogła nienawidzić go jeszcze mocnej.
Dziś nie czuła nic poza dojmującym znużeniem.
Niczym w transie wysiadła z samochodu, minęła stróżówkę i rozpoczęła wspinaczkę na pierwsze piętro. Po ostatniej awanturze nadal poruszała się z pewnym trudem. Weszła do mieszkania, nie sprawdzając nawet, czy Myszkin idzie za nią, czy też poszedł upić się z dozorcą. Nie interesowało jej to. Timochina musiała oszczędzać na ogrzewaniu, w samochodzie też nie było zbyt ciepło, a ona po całym dniu bezcelowego krążenia po mieście, które miało na celu uzasadnić jej bytność u krawcowej, była po prostu zmęczona.
Ledwie zdążyła przekroczyć próg, poczuła za plecami jego obecność. Wiedział doskonale, że nie lubiła, gdy zachodził ją po cichu i chyba dlatego stale to robił — żeby pokazać, że może, że nikomu nie wolno się mu sprzeciwiać. Nie zareagowała, było jej obojętne, co wydarzy się dalej.
Jak zawsze pomógł jej zdjąć płaszcz, jak zawsze pocałował delikatnie w policzek, potem nieco bardziej natarczywie w okolicach ucha, jednocześnie jego dłonie zaczęły już błądzić po jej talii, biodrach, pośladkach. Przyciągnął ją do siebie.
Nie oponowała. Poddawała się jego pieszczotom, lecz nie czuła niczego — ani niechęci, ani pożądania, tylko nieznośną słabość odbierającą zdolność ruchu i chęć myślenia.
Wreszcie zauważył. Odsunął się nieco i mocno chwycił ją za ramię. Szarpnięciem obrócił twarzą w swoją stronę, ale nie napotkał zwyczajnego dla niej oporu.
– Co ci? – warknął ostro.
Drgnęła odruchowo, szykując się na wybuch gniewu i kolejne razy, lecz nie zareagowała w żaden więcej sposób. Ta obojętność również nie umknęła jego uwadze. Przyjrzał się jej badawczo. Pobladła twarz, pozbawione wyrazu spojrzenie matowych oczu jeszcze nie tak dawno lśniących dzikim blaskiem, wściekłością i bezsilną złością, które tak w niej uwielbiał. Cały jej duch, zadziorny charakter, wszystko to zniknęło gdzieś za ścianą bezbarwnej, zamglonej znieczulicy.
Anton Zagajew po raz pierwszy od kilku miesięcy zawahał się.
– Lena, co tobie? – spytał już znacznie spokojniej.
– Zmęczona jestem – odpowiedziała cicho i spróbowała ominąć go, by skryć się w swojej sypialni.
Nie pozwolił jej odejść.
– Chodzi o przedwczoraj, tak? – próbował zgadywać. – Przepraszam cię, Lenka, wybacz mi.
Przykląkł i zaczął całować delikatnie drobne, zmarznięte dłonie. Po chwili wtulił głowę w jej uda i objął je czule, nie przestając szeptać:
– Błagam, wybacz. Nigdy, nigdy już cię nie uderzę. To nerwy. On jest wściekły, a mnie… nam wszystkim, udziela się jego nastrój. Wyżywam się na tobie, choć nie powinienem. Aniele mój, wybaczysz?
Słuchała go w osłupieniu, nie poznawała. Oto klęczał przed nią sadysta, diabeł w ludzkiej skórze, który z ostatnich miesięcy jej życia uczynił piekło, a teraz miał czelność błagać o przebaczenie. Nie spodziewała się tego, choć wiedziała już, że gdy chciał, potrafił być niezwykle czarujący.
Wyczuł jej wahanie. Uniósł głowę i uśmiechnął się nieco filuternie, nawet zawadiacko. Nie dał jej czasu na reakcję — ledwie pojawiła się wątpliwość, Zagajew już gotów był ją wykorzystać.
Inka poczuła, że traci grunt pod nogami, a chwilę i kilka nieśmiałych okrzyków protestu później tkwiła w uścisku żylastych ramion Rosjanina. Nieraz już dawała się zwieść jego niepozornej budowie — mimo niemal młodzieńczej sylwetki Anton Zagajew był silny jak wół. Uniósł ją bez trudu i nie zważając na prośby i groźby ruszył w kierunku salonu.
Przeładowany meblami pokój sprawiał mimo wszystko przytulne wrażenie. Inka lubiła spędzać tu wczesne godziny przedpołudniowe, gdy Zagajew zajęty był w pracy, natomiast unikała jak ognia wieczorami, by nie natknąć się zbyt wcześnie na znienawidzonego kochanka. Dlatego teraz nie zdołała powstrzymać westchnienia zachwytu, gdy zobaczyła to wysokie na prawie pięć metrów skąpane w przyjemnie żółtym świetle żarówek, które odbijało się milionem refleksów od okruchów ogromnego, kryształowego żyrandola.
Nigdy wcześniej nie widziała, by Zagajew używał górnego światła. Zazwyczaj zadowalali się kilkoma mniejszymi lampami porozstawianymi tu i ówdzie po całym pomieszczeniu. Dziś zaś pokój zachwycał niecodzienną atmosferą.
Na twarzy Antona znów zagościł znajomy grymas, wykrzywiający jego usta zawsze, kiedy zdołał przewidzieć reakcję Inki. Uwielbiał kontrolować jej zachowania, zaskakiwać, przerażać i ułaskawiać. Był uzależniony od władzy, a nie poddająca się jego woli bez walki Inka była doskonałym obiektem zabaw. Jak zawsze myśl o jej buncie podnieciła go do granic wytrzymałości, tyle że w zachowaniu kobiety nie pozostał po nim nawet ślad.
Dlatego postanowił zmienić taktykę.
Ułożył Inkę wygodnie na szezlongu, sam zaś usiadł na podłodze, delikatnie wyłuskał smukłe stopy z eleganckich półbutów i powoli, niespiesznymi półkolistymi ruchami począł masować zimne stopy kobiety.
Oczywiście usiłowała przeszkodzić mu, uciec od coraz bardziej krępującej ją sytuacji i narastającej z każdą chwilą atmosfery intymności. Nie miała dziś sił, by ukrywać prawdziwe uczucia. On jednak niezrażony, a nawet rozbawiony odrobinę jej nieudolnymi staraniami, ciągnął dalej swoją grę.
Odczekał jeszcze chwilę, a gdy poczuł, że w zmarzniętych stopach krew zaczyna wreszcie krążyć żwawiej, z premedytacją przesunął dłonie kilka centymetrów dalej i zacisnął palce na kształtnych kobiecych łydkach.
Początkowo rzeczywiście ograniczył się do masażu. Inka przymknęła oczy i starając się zapomnieć, z kim ma do czynienia, próbowała rozkoszować się relaksującym uczuciem. Schodzone nogi bolały ją niemiłosiernie.
Zagajew nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z tej sposobności. Ledwie dostrzegł, że kochanka rozluźnia się nieco, zaczął realizować swój pierwotny zamysł. Ucisk smukłych palców zelżał, zastąpiony delikatnymi pociągnięciami, które muskały lekko jedwabną powierzchnię.
Początkowo nie zorientowała się, do czego zmierzał, potem zaś było już za późno. Chciała podnieść się, nie pozwolić mu na dalsze pieszczoty, lecz stanowczo przytrzymał jej nogi. Jego dłonie wędrowały niestrudzenie w górę, przystając na chwilę w miejscu, gdzie kończyła się pończocha. Zagajew z pełnym zadowolenia uśmiechem wsłuchiwał się w przyspieszony oddech kobiety, nie przestając jednocześnie gładzić aksamitnej skóry wewnętrznej strony jej uda.
Dzwonek telefonu odezwał się natarczywie. Ku niezmiernemu zdumieniu Inki Anton zignorował go zupełnie, dalej poświęcając całą uwagę zapince tasiemki przy brzegu pończochy. Telefon dzwonił uparcie dalej.
Dzwonił…
Coraz bardziej…
Dzwonił wściekle…
W końcu Zagajew nie wytrzymał. Zerwał się z podłogi wyraźnie zirytowany, zaklął i w trzech susach pokonał odległość dzielącą go od aparatu. Majewska odetchnęła z ulgą. Istniała spora szansa, że pilne wezwanie wywabi go z domu.
– Słucham! – warknął gniewnie. Chwilę później skóra jego twarzy zrobiła się biała niczym kreda. Na czoło i nos wystąpiły krople potu. – Tak, tak, oczywiście. Rozumiem. Natychmiast – odpowiadał uniżonym tonem.
Inka natychmiast usiadła na szezlongu, przyglądając się z rosnącą uwagą całej scenie. Rosjanin zwijał się jak w ukropie, gęsto przytakując swojemu rozmówcy i próbując wtrącić choć słowo. Jedną ręką przyciskał słuchawkę do ucha tak mocno, że aż poczerwieniało całe, drugą starał się wyjąć z kieszeni papierośnicę. W końcu mu się udało. Mocował się jeszcze przez chwilę z opornym zamknięciem, ale i ono ostatecznie ustąpiło.
Rozmówca Zagajewa musiał właśnie wygłaszać wyjątkowo nieprzyjemną tyradę, gdyż twarz mężczyzny naprzemian czerwieniała i bladła. Nie odzywał się już, nie próbował przerywać. Zapomniał zupełnie o trzymanym w palcach papierosie, słuchał tylko połajanki.
Majewska wyraźnie straciła pewność siebie. Niewielu ludzi stało w hierarchii tego barbarzyńskiego kraju wyżej od Antona Siergiejewicza Zagajewa. Potrafiłaby wymienić może trzech czy czterech. Jednak żaden z nich nigdy nie ośmieliłby się rugać w taki sposób oficjela odpowiedzialnego osobiście za bezpieczeństwo pierwszego między „równymi”. Na to mógł pozwolić sobie tylko jeden człowiek.
Tymczasem Zagajew zakończył rozmowę. Powolnym ruchem odłożył słuchawkę na widełki. Spoglądał przez trójdzielne okno na ciemną ulicę z tak zaciętym wyrazem twarzy, że Inka przelękła się nie na żarty. Miała nadzieję wymknąć się niepostrzeżenie do siebie, lecz widząc go w tak paskudnym nastroju, zwyczajnie stchórzyła.
– Zbieraj się – odezwał się wreszcie grobowym głosem. – Jesteśmy proszeni na kolację. Będzie kilkanaście osób, również jacyś Anglicy. On chce, żebyś tłumaczyła.
– Nie znam angielskiego. – Przerażenie kobiety sięgnęło zenitu.
Wiedziała przecież, że ze Stalinem się nie dyskutowało. Ludzie znikali tutaj za mniejsze przewiny niż niespełnienie zachcianki dyktatora.
– Starałem się mu to wyjaśnić – Anton Siergiejewicz skrzywił się na samo wspomnienie rozmowy, a w zasadzie wściekłego monologu – ale jak zapewne zauważyłaś, nie dopuścił mnie do słowa. Módlmy się, żeby ci wyspiarze znali jakieś ludzkie języki. No, a teraz szybciutko – podszedł do niej, pociągnął nieco za łokieć, by wstała – wyszykuj się na bóstwo i nie przynieś mi wstydu.
Nigdy nie przygotowywała się do wyjścia w takim tempie. Trzęsącymi się rękoma poprawiła makijaż, chciała zmienić bluzkę, lecz jak na złość wszystkie, które wyciągała, miały zbyt głęboki dekolt. Zza drzwi dobiegło nerwowe pukanie i przynaglające „Pośpiesz się!”. W końcu udało się jej znaleźć odpowiednie ubranie.
– Musisz mnie zapiąć – powiedziała, otwierając drzwi i obracając się plecami do Zagajewa.
– Nie lubię tej – mruknął niezadowolony.
Wzruszyła jedynie ramionami, mijając go w przejściu.
Jeszcze tylko żakiet, płaszcz, torebka została w przedpokoju. Buty… Rece trzęsły się jej coraz mocniej. Gdzie te cholerne buty? Zagajew, widząc u niej narastającą panikę, przyniósł pozostawione w salonie trzewiki.
W końcu udało się im wyjść.
Żenia, o dziwo nie pijany, czekał już w samochodzie. Sarknął z pogardą, widząc jak Zagajew otwiera przed Polką drzwi, ale nie komentował. Wiedział, na co może pozwolić sobie w towarzystwie przełożonego. Ledwie obydwoje znaleźli się wewnątrz, Myszkin ruszył pełnym gazem. Tym razem nawet ona nie protestowała. Nikt nie był na tyle głupi, by ryzykować spóźnieniem na kolację u samego Stalina.
Od Kremla dzieliło ich może piętnaście kilometrów. Wyludnione ulice pozwalały Myszkinowi pędzić w zawrotnym tempie po zasypanej śniegiem nawierzchni, a mimo to Inka nie mogła pozbyć się wrażenia, że wloką się niemiłosiernie, zaś czas gna na złamanie karku.
Choć starał się to ukryć, Anton Siergiejewicz był nie mniej spięty niż siedząca obok Majewska. Zaciągnął się głęboko dymem papierosowym i dopiero po kilkunastu sekundach wypuścił z płuc. Inka nie komentowała, ale przecież i ona i Myszkin doskonale wiedzieli, że Zagajew nigdy nie palił sam w samochodzie i nigdy nie pozwolił na to nikomu innemu.
Wreszcie w oddali zamajaczyły czerwone gwiazdy wież Kremla — niecałe pięć minut później byli już na miejscu.
Szybko i bezbłędnie pokonali kręte korytarze prowadzące do ulubionego pokoju Stalina. Gdy był sam, praktycznie nie opuszczał swojej sypialni, kiedy musiał spotkać się z kimś spoza najbliższego grona współpracowników, przyjmował gości w jednej z dawnych sal bilardowych i palarni.
W pomieszczeniu nadal czuło się atmosferę minionych czasów. Ściany wyłożone dębową boazerią i obite zielonym suknem sprawiały, że olbrzymi pokój wydawał się być miły i przytulny. Stół bilardowy stał tu cały czas, choć ojciec klasy robotniczej nigdy nie zaszczycił go uwagą. Dostawiono za to olbrzymie biurko, za którym Stalin często pozował do fotografii i portretów. Tu też, pośród obitych skórą foteli i regałów zastawionych nigdy nie czytanymi książkami, przyjmował swoich gości.
Dziś również w tym nietypowym gabinecie zebrało się kilkanaście osób, w większości bliższych i dalszych współpracowników tyrana. Nie sposób było też nie zauważyć obcokrajowców. Inka dostrzegła Anglików niemal natychmiast — tak pozbawionych wyrazu twarzy nie dawało się pomylić z wyraźnie wschodnimi rysami ludzi z najbliższego otoczenia dyktatora czy grubo ciosanymi twarzami Rosjan. Trzymali się zresztą na uboczu, wyraźnie wyobcowani, ograniczeni przez brak znajomości języka.
Poczuła mocniejszy uścisk w pasie. To Zagajew, który od chwili wejścia na Kreml nie uwolnił jej ani na chwilę, przyciągnął ją do siebie. W normalnych warunkach czułaby wstręt, teraz zaś była mu wdzięczna za bliskość i znajomy dotyk.
W końcu stało się — ktoś, nie pamiętała w tej chwili jego nazwiska — wskazał ją i Zagajewa, wywołując tym ogólną radość. Gdyby nie Anton Siergiejewicz, pewnie nie dałaby rady podejść do dwójki mężczyzn, tak bardzo trzęsły się jej nogi.
Rosjanin uśmiechnął się krzepiąco, lecz w jego oczach ujrzała odbicie własnych myśli. Wszechpotężny Anton Zagajew bał się o własną skórę nie mniej niż ona sama. Ich los spoczywał w rękach przybyszów z Anglii.
Inka szybko przebiegła w głowie listę znanych sobie języków — polski odpadał z oczywistych względów, tak samo znany jej doskonale rosyjski, pozostawały niemiecki i francuski, z którym też dawała sobie radę. Do tego ledwie pamiętane ze szkoły greka i łacina — wyglądało to nad wyraz kiepsko.
Już miała otworzyć usta, ale to Rosjanin zareagował pierwszy. Przeprowadził tę samą analizę, co jego towarzyszka i wybrał najbardziej jego zdaniem prawdopodobną możliwość:
Messieurs…
Kiedy tylko jeden z Anglików odezwał się poprawną, szkolną francuszczyzną, Inka przestała słuchać ich rozmowy. Wiedziała, że powinna starać się zapamiętać możliwie dużo, ale ulga, jaką odczuła w tej chwili, otępiała, odbierała rozum i przepełniała euforią.
Wyswobodziła się z uścisku Zagajewa i po wymienieniu kurtuazyjnych grzeczności z Anglikami, odsunęła nieco, by nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń zebranych — nikt nie podsłuchiwał prywatnych rozmów Stalina.
Odruchowo sięgnęła do torebki po chusteczkę, by przetrzeć spocone dłonie. Złośliwy skrawek materiału zaplątał się gdzieś pomiędzy drobiazgami, więc przez chwilę musiała szukać go po omacku. Wtedy poczuła pod palcami twardy, chłodny nawet mimo oddzielającej podszewki przedmiot. Zapomniała zupełnie, że nadal ma przy sobie fiolkę z atropiną. Na ułamek sekundy stężały jej wszystkie mięśnie twarzy.
Stalin, rysując przed dwoma Anglikami wizję bolszewickiej utopii, sączył z upodobaniem przednią, choć zupełnie nie proletariacką brandy. Inka nie spuszczała wzroku z kieliszka, który co chwila stawał na zielonym suknie stołu bilardowego. Dyktator osuszył kolejną lampkę, natychmiast też ktoś usłużnie dolał mu nową porcję, którą ten przyjął nader chętnie — nie oszczędzał się tego wieczoru. Majewska uznała, że warto zaryzykować.
Przesunęła się nieco w kierunku czterech zajętych dyskusją mężczyzn, ostrożnie, nie spuszczając wzroku z Zagajewa. W podpitym już towarzystwie tylko on mógł zwrócić uwagę na jej zachowanie. Na szczęście pochłonięty był pośredniczeniem w rozmowie uwielbianego wodza z gośćmi z zachodu.
Majewska wyłuskała fiolkę zza podszewki torebki i przygotowała się, by przelać jej zawartość do kieliszka Stalina. Wiedziała, że pierwsze objawy zatrucia nie powinny pojawić się wcześniej niż za kilka godzin, a nim ktokolwiek zorientuje się, co się dzieje, będzie już za późno.

Staszek, cz. 3

25.01.2011
Kolejny “Staszek”. Tym razem fabularny, można by wręcz rzec, że w wersji zen. A mimo to w klasyfikacji PEGI nadal ląduję kiepsko, tzn 18+…
Dodam jeszcze, że ta część jest retrospekcją – rozgrywa się cztery lata przed wydarzeniami (Boziu, jakie wielkie słowo na opisanie dwóch krótkich scenek z gołą dupą w tl… na pierwszym planie). Zachowałam się wysoce nieprofesjonalnie i nie podałam wcześniej żadnych wskazówek odnośnie czasów, w jakich działy się poprzednie części, więc teraz nadrabiam miną.
Miłej lektury!

Wiedeń, kwiecień 1934 r.

Ułożone wzdłuż łuku litery ogłaszały przechodniom, że mijając lokal, tracą właśnie okazję na spędzenie kilku magicznych chwil nad filiżanką kawy w Café Schwarzenberg i podziwiania piękna Ringstraße w jedynych godnych cywilizowanego człowieka warunkach. Prosta, ascetyczna czcionka przesłaniała spory fragment szyby, na co siedzący przy samym oknie Anton Siergiejewicz Zagajew nie zwróciłby normalnie uwagi, lecz złocone litery pechowo pozbawiły go widoku na spory fragment pejzażu, który z pewnych przyczyn był dlań wysoce interesujący.
Nie mając możliwości obserwowania całej rozgrywającej się na ulicy sceny, zadowolił się tym, co zdołał dostrzec zza coraz bardziej irytującej go reklamy — podziwiał nogi.
Te w jasnych, bawełnianych spodniach letniego garnituru należały do młodzieńca, któremu zdołał się przyjrzeć wcześniej, gdy tamten krążył zniecierpliwiony po chodniku jakieś dwadzieścia metrów od kawiarni.
Mężczyzna rzucał się w oczy na tle barwnego, roześmianego tłumu Wiedeńczyków zwabionych na największy w Europie bulwar pierwszym od wielu dni tak ciepłym i słonecznym popołudniem. Z marsową miną spoglądał co chwilę na zegarek, po czym lustrował gniewnym wzrokiem otoczenie, nie starając się nawet kryć zdenerwowania. W końcu musiał dostrzec osobę, na którą czekał, bo przesunął się nieco, by mogła go dojrzeć i w ten właśnie sposób trafił za felerny napis na szybie.
Zagajew, poirytowany utratą rozrywki, wsunął dłoń za klapę marynarki i wyszarpnął z wewnętrznej kieszeni bogato zdobioną, srebrną papierośnicę. Pudełko otworzyło się z cichym kliknięciem, ukazując równy rząd cienkich, ekskluzywnych papierosów. Rosjanin nieśpiesznie wyciągnął jeden, zapalił i z rozkoszą zaciągnął się dymem.
Tymczasem scena za oknem — za napisem w zasadzie — zmieniła się. Do zaprasowanych w kant nogawek beżowych spodni dołączyły obciągnięte jasnymi pończochami zgrabne kobiece łydki ginące pod wzorzystą sukienką. Oczywiście z tej odległości Zagajew nie mógł dostrzec, czy wyraźnie spóźniona towarzyszka młodzieńca faktycznie ma na sobie pończochy, lecz założenie to nie kłóciło się z logiką.
Rosjanin uśmiechnął się, wyobrażając sobie scenę, która musiała rozgrywać się właśnie za szyldem. W pewnym momencie zrobiło mu się nawet nieco żal spóźnialskiej kobiety, ale doskonale rozumiał irytację młodzieńca. Sam znalazł się w nie lepszym położeniu, umówiony na niechciane spotkanie z ludźmi, dla których czas ewidentnie nie miał znaczenia. Obserwowanie poirytowanego młodzieńca za oknem koiło jego własny, coraz większy gniew.
Dama musiała starać się ułagodzić nieco złość człowieka, z którym była umówiona — Zagajew wnioskował to na podstawie nielicznych chwil, gdy sylwetki obserwowanej dwójki pojawiały się między literami napisu. Nie wróżył kobiecie wielkich sukcesów. Przyglądał się młodzieńcowi dość długo, by zwrócić uwagę na ledwie uchwytną, nieokreśloną miękkość jego ruchów, na brak zainteresowania mijającymi go Wiedenkami, na możne zbyt przesadną dbałość o własny wygląd. W pewnych sprawach Anton Siergiejewicz po prostu miał instynkt.
Dopalił papierosa i zerknął na zegarek. Dochodziło wpół do piątej. Uznał, że pół godziny czekania wystarczy w zupełności, by zadowolić ambasadora, który nalegał na wyświadczenie mu drobnej przysługi. Uniósł smukłą, wręcz wymuskaną dłoń, by przywołać kelnera, gdy drzwi kawiarni otworzyły się bezszelestnie.

***

Witold Kraszewski gotował się ze złości. Zauważył jej roześmianą twarz dosłownie kilka sekund temu, a już zdążył wściec się nie na żarty. Pustogłowa panienka ewidentnie nie zdawała sobie sprawy, jak ważne dla niego, dla kraju, było to spotkanie. Jej myśli krążyły zapewne gdzieś między kolejnymi rautami i zmienianymi jak rękawiczki kochankami, ale Kraszewski nie mógł zrozumieć, dlaczego raz w życiu nie mogłaby pojawić się o czasie.
Swobodny, delikatnie mówiąc, styl życia, jaki prowadziła, budził u większości ludzi, z którymi się zetknęła ekscytację połączoną z niezdrową fascynacją. Kraszewski był odporny na jej wdzięki. Gdyby mógł, w ogóle nie zawracałby sobie głowy tą irytującą osobą, ale tylko ona mogła doprowadzić do spotkania z Antonem Zagajewem, nieuchwytnym, owianym złą sławą bliskim współpracownikiem Stalina
Kraszewski, rad nierad, musiał znosić jej nieodpowiedzialne wybryki.
Zbliżała się bez pośpiechu, kołysząc delikatnie biodrami w takt spacerowego kroku. Widział, jak mężczyźni oglądają się za nią, jak niemalże ślinią się na jej widok niczym zwierzęta. Ona pławiła się w drobnych przejawach uwielbienia, obdarzając losowo wybranych szczęśliwców zdawkowym uśmiechem.
W Kraszewskim budziła wyłącznie obrzydzenie.
Zaatakowała znienacka. Nie zdążył uniknąć entuzjastycznego powitania i po chwili utonął zupełnie w delikatnym, kwiatowym zapachu jej perfum. Aż wzdrygnął się, gdy poczuł na policzku ciepłe, miękkie muśnięcie warg.
– Witaj, mój drogi – powitała go promiennie, jak gdyby nigdy nic.
– Czekam od dwudziestu minut – odparł cierpko.
– Och, przecież wiesz, że zawsze się spóźniam. On już jest? – nie dopuściła Witolda do słowa.
– Owszem. – Kraszewski wskazał kawiarnię ledwie dostrzegalnym ruchem głowy. – Szczupły blondyn przy oknie.
Obrzuciła kawiarnię zdawkowym spojrzeniem. Bez trudu wychwyciła w ciągle jeszcze niezbyt wypełnionym ludźmi lokalu sylwetkę Rosjanina. Kraszewski, na ile potrafił oceniać gust kobiet i wyrokować na podstawie raz widzianego zdjęcia, był pewien, że Zagajew, wprawdzie drobnej budowy, lecz wysoki, o nieco pociągłej, surowej twarzy, powinien się podobać płci pięknej. Zdumiał się zatem, widząc cień niezadowolenia, jaki przemknął przez chwilę przez radosną zazwyczaj twarz kobiety.
– Coś nie w porządku? – zaniepokoił się. – Dasz radę to załatwić?
Prychnęła gniewnie.
– Ja mam to załatwiać? Umówiłam was, to nie wystarczy? Z resztą miałeś sobie poradzić, podobno jesteś w jego typie. – Umilkła, widząc niepewną minę Wiktora. Po chwili zmiękła nieco: – Zobaczymy, co da się zrobić, mój ty nieudany lowelasie. Chodź, drogi kuzynie, pora zmierzyć się z nieosiągalnym panem Zagajewem.

***

Anton Zagajew opuścił powoli uniesioną dłoń, spoglądając z zaciekawieniem w kierunku pary, która stanęła w drzwiach lokalu. Spodnie W Kant w towarzystwie Jedwabnych Pończoch wyraźnie zmierzały w jego stronę.
Widok był wielce przyjemny. Młodzieniec był starszy niż podejrzewał Rosjanin — w rzeczywistości dobrze zbudowany, postawny mężczyzna musiał dobiegać co najmniej trzydziestki. Gładkie, czarne włosy przylegały ściśle do kształtnej czaszki, ogorzała twarz tryskała zdrowiem, a w ciemnych oczach tliły się iskry inteligencji. Zagajew przestał dziwić się pannom na ulicy, które nie starały się nawet kryć swojego nim zainteresowania.
Podeszli do stolika. Mężczyzna zatrzymał się kilka kroków wcześniej, kobieta zaś odezwała się po rosyjsku ze śpiewnym wileńskim akcentem:
Monsieur Zagajew, nie mylę się?
– Towarzysz – poprawił ją z pełną powagą. – W kraju, gdzie wszyscy są równi, odrzucamy zbędne, burżuazyjne formy.
Spoglądała przez chwilę na niego spod przymrużonych powiek, po czym odparła przeciągając nieco słowa:
– Coś o tym słyszałam. Dobrze, że nie odrzuciliście zbędnych, burżuazyjnych papierosów. – Wskazała na leżącą ciągle na stole papierośnicę. – Czy byłby pan łaskaw poczęstować mnie jednym, monsieur?
– Proszę. – Uniósł otwartą papierośnicę. – A z kim mam przyjemność?
– Helena Skolimowska – rzuciła niedbale, sięgając po papierosa, po czym zagadnęła: – Czy w kraju równych ludzi nie ma zwyczaju wstawania na powitanie damy?
– Na powitanie damy, owszem – przyznał.
– Jest pan bardziej bezczelny niż ja – Helena zaśmiała się radośnie, rozsiadając się jednocześnie przy stoliku.
Kącik ust Rosjanina drgnął nieznacznie na widok miny jej towarzysza, który słysząc te słowa, o mało nie zakrztusił się z wrażenia. Zagajew zerknął zaciekawiony na siedzącą przed nim blondynkę.
Helena Skolimowska, jak niosła wieść gminna nieślubne dziecko hrabiego Tyszyńskiego, zdążyła wyrobić sobie we Wiedniu opinię, która dotarła nawet do uszu przebywającego tu przejazdem Zagajewa, a on zaczynał powoli rozumieć na czym polegał jej czar.
Wystarczyła chwila, jedno czy dwa zdania z jej ust, nieskrępowany gest, jakim odrzuciła spadające na oczy włosy grzywki, by jej towarzysz stał się zupełnie bezbarwny, jakby stracił swoją witalność, którą przed chwilą jeszcze promieniował na cały lokal.
Wiener Melange, bitte – Skolimowska rzuciła pod adresem kelnera, który pojawił się niczym zjawa. – Wiciu, a co dla ciebie.
Zweimal – uzupełnił ponuro Kraszewski, zajmując trzecie krzesło przy okrągłym stoliku.
Dreimal, bitte. Das geht auf meine Rechnung – dorzucił Zagajew. – Co zatem panią sprowadza?
– Mój kuzyn, Witold Kraszewski – przedstawiła coraz bardziej zachmurzonego bruneta czy może odpowiedziała na pytanie, tego Zagajew nie był pewien.
– Anton Siergiejewicz Zagajew. – Rosjanin uścisnął wyciągniętą nad stolikiem dłoń.
– Wiemy, wiemy – zaśmiała się. – Słynie pan we Wiedniu ze swej niechęci do spotkań towarzyskich. Rzadko zdarza się nam gość ambasady, który z równym uporem, co pan, unikałby wszystkich przyjęć. Ale udało mi się pana przydybać.
Zagajew skłonił się lekko z uznaniem.
– Ambasador bardzo nalegał, bym spotkał się z państwem. Czy mogę wiedzieć, co trapi panią tak wysoce, że postanowiła pani wywierać na mnie naciski na najwyższym szczeblu? – mówiąc to nie przestawał uśmiechać się lekko, z pobłażaniem.
– Nie będę owijać w bawełnę – blondynka spoważniała w jednej chwili. – Witold… popadł w kłopoty natury osobistej i dobrze byłoby, gdyby na jakiś czas zniknął swojemu ojcu, a mojemu wujowi, z oczu.
– Kłopoty z damą? – Gdyby rozmawiał z inną kobietą, byłby stuprocentowo pewien odpowiedzi, jednak Helena za nic miała sobie konwenanse, zaś Zagajew był niezwykle ciekaw jej reakcji w zaistniałej sytuacji.
– Wręcz przeciwnie, monsieur – odparła bez skrępowania. – A mój wuj ma mocno konserwatywne poglądy i jest człowiekiem nad wyraz porywczym. Witold natomiast to jedyny dziedzic nazwiska, bardzo starego i szanowanego nazwiska…
Zagajew rzucił okiem na milczącego mężczyznę, który teraz siedział cały czerwony nad właśnie przyniesioną filiżanką z kawą. Rosjanin mógłby założyć się, że blondynka gorzko pożałuje później swojej szczerości. Tymczasem ona ciągnęła niestrudzona:
– …koniec końców zdołali powstrzymać wuja przed popełnieniem głupstwa, ale Witold nie ma po co wracać do domu, a i krąg jego znajomych skurczył się niemalże do zera. Biedaczek został bez środków do życia. Wiciu, nie kop mnie pod stołem, będę miała siniaki! Pan Zagajew ma prawo znać szczegóły, jeśli w ogóle miałby nam pomóc. Kuzynka przysłała go do Wiednia, do mnie – zwróciła się znów do Rosjanina – z prośbą, bym jakoś pomogła mu przetrwać te trudne miesiące. Niestety nasze poglądy na sprawy zasadnicze są tak odmienne… – urwała i posłała Rosjaninowi błagalne spojrzenie.
– W to nie wątpię – Zagajew złapał się na tym, że w towarzystwie Heleny Skolimowskiej uśmiecha się nader często, dużo częściej niż zazwyczaj – ale nadal nie rozumiem, jak mógłbym pomóc.
– Nasz wspólny znajomy, mosieur ambassadeur, o, pardon – poprawiła się wymownie – towarzysz Apuchtin, wspominał, że wraca pan niedługo do Moskwy. Mówił też, że jest pan wpływowym człowiekiem, że mógłby pan załatwić posadę dla Witolda. Odpowiednią do jego pozycji ma się rozumieć – dodała.
– Czyżby? – Cienka brew Zagajewa uniosła się ostrzegawczo. – Kola zrobił się strasznie gadatliwy. Mówił coś jeszcze?
– Skądże! – blondynka w ogóle nie wychwyciła ostrzejszej nuty w głosie rozmówcy. – Mieliśmy wtedy ciekawsze zajęcia niż rozmowy o nieszczęśliwych losach Wicia.
Kraszewski nie wytrzymał. Mamrocząc coś niewyraźnie, oddalił się w kierunku dobrze zamaskowanych drzwi do toalety.
– Pani kuzyn, zdaję się, nie jest zachwycony.
– Jak wspominałam, rozbieżność poglądów – odparła niezrażona.
Przez chwilę mierzyła go uważnie głębokim spojrzeniem, wreszcie nachyliła się nad stolikiem i szepnęła konspiracyjnym tonem:
– Niech mi pan pomoże, nie wytrzymam dłużej z tym ponurakiem.
Zagajew poczuł przyjemne ciepło, gdy szczupłe palce zacisnęły się delikatnie na jego dłoni. Pełen nadziei wzrok skłonił go do podjęcia nietypowej dla niego decyzji.
– Dobrze – odparł, starając się, by jego głos zabrzmiał możliwie serdecznie. Nie chciał, żeby Skolimowska zorientowała się, jaki plan zrodził mu się właśnie w głowie. – Niech kuzyn zgłosi się jutro do ambasady, załatwimy wszystkie formalności. A teraz proszę mi wybaczyć, muszę już iść, nie tracę jednak nadziei, że wkrótce się spotkamy.
– Niestety, nie wybieram się w najbliższym czasie do Moskwy – odparła i przez chwilę prawie wierzył, że rzeczywiście jest jej przykro.
Chwilę po tym jak drzwi kawiarni zamknęły się za Antonem Zagajewem, Witold Kraszewski powrócił do stolika. Miał już rozpocząć gniewną tyradę na temat niestosownego zachowania Heleny, lecz wyraz jej twarzy sprawił, że słowa zamarły mu na ustach.
Wyglądała naprawdę kiepsko — blada, zszarzała twarz, zmęczone spojrzenie i wyraz obrzydzenia tak zaskakujący na pogodnym zazwyczaj obliczu sprawiły, że Witold zareagował z niebywałą u siebie empatią.
Podszedł do długiego kontuaru i przywołał obsługę.
Ein Glass Cognac – rzucił i poczekał aż kieliszek znajdzie się przed nim.
Szybko powrócił do stolika.
– Masz, pij!
Słowa te zabrzmiały znacznie bardziej oschle niżby sobie życzył, jednak kobieta nie zwróciła na to uwagi. Skinęła głową, wdzięczna za troskę, i duszkiem opróżniła pękate naczynie. Kolory zaczęły powoli wracać na jej pobladłe policzki.
– Jeszcze jeden? – zapytał.
– Dziękuję, wystarczy. Muszę przecież jakoś wrócić do domu. Masz jutro spotkanie w ambasadzie.

***

Wbrew zapowiedziom nie poszła do domu. Krążyła przez kilka godzin po mieście bez celu, kilkakrotnie mijała budynek opery, zaś po piątym przejściu przez plac św. Szczepana przestała już zwracać uwagę na to, dokąd zmierza. Zanim dotarła na Lange Gasse, przy której mieszkała, minęła niemal dziesiąta.
Dozorca rzucił jej zagniewane spojrzenie, gdy przemknęła obok niego, opóźniając zaplanowaną co do sekundy operację zamknięcia bramy. Szybko pokonała schody prowadzące na pierwsze piętro i dopiero w połowie drogi na drugie przeczucie, szósty zmysł, a może po prostu wybujała wyobraźnia kazały jej zwolnić i pokonać ostatni kawałek drogi niemal bezszelestnie.
Drzwi były otwarte. Zorientowała się, jeszcze zanim spróbowała użyć klucza, bo zepsuty zatrzask nie dociągał ich odpowiednio mocno do futryny, więc na korytarz wyraźnie przesączał się wąski strumień światła. Ktoś czekał na nią w środku.
Helena rozważyła szybko wszystkie możliwości. Doszła do wniosku, że ktokolwiek czaił się w mieszkaniu, i tak musiał słyszeć ją wcześniej. Gdyby teraz wycofała się, mogłoby to wydać się podejrzane — ktokolwiek to był, na pewno słyszał zamieszanie przy bramie. Pozostało wezwać dozorcę a jeszcze lepiej policjanta, ale postanowiła zagrać va banque, wierząc, że w razie czego będzie umiała sobie poradzić.
Otworzyła drzwi. W przedpokoju unosił się niepokojąco znajomy aromat, ale na razie nie potrafiła z niczym go skojarzyć. Zdążyła zdjąć rękawiczki, kapelusz i odstawić torebkę na stojącą pod ścianą szafkę z butami, gdy usłyszała ciche skrzypnięcie rozeschniętej deski. Chwilę później poczuła na karku muśnięcie chłodnej dłoni, gdy ktoś pomógł jej zdjąć płaszcz. W tym momencie przypomniała sobie, skąd zna ów tajemniczy zapach. Takiego tytoniu używał Anton Siergiejewicz Zagajew.
Zadrżała.
Źle to zinterpretował. Jego wargi zaczęły niespiesznie wędrować wzdłuż jej karku, po szyi, zatrzymując się dopiero na ramieniu. Wykorzystała ten moment i odwróciła się w miejscu. Chwycił ją za nadgarstek ułamek sekundy przed tym, jak wymierzony z dużym zamachem policzek zdołał dosięgnąć jego twarzy. Spróbowała wyszarpnąć się, lecz Rosjanin trzymał ją zbyt mocno.
– Wiedziałaś, że przyjdę – stwierdził.
– Owszem – przyznała nie bez zdziwienia, uświadomiwszy sobie, że faktycznie ta wizyta nie zaskoczyła jej szczególnie. Przypuszczalnie dlatego właśnie zwlekała z powrotem do domu.
Przyciągnął ją do siebie i drugą ręką objął mocno w talii.
– Wiesz też, czego chcę – rzucił między kolejnymi pocałunkami, wędrującymi tym razem wzdłuż barku aż do podstawy szyi.
– A jeśli ja nie chcę?
– Chcesz – odparł z irytującą pewnością siebie. – Pod tym względem jesteśmy tacy sami.
Próbowała cofnąć się w wąskim korytarzu, lecz natrafiła plecami na ścianę — droga ucieczki była odcięta. Wykorzystał to bez chwili wahania. Jedną dłonią nadal trzymał ją w talii, druga zaczęła błądzić po jej ciele. Helena westchnęła cicho, gdy zaczął gładzić jej policzek, szyję, potem dekolt. Ciągle nie przestawał jej całować.
Powoli, jakby starając się wybadać, jak daleko wolno mu się posunąć, zaczął odpinać guziki sukienki. Po chwili poczuła jego dłoń na piersi. Bawił się, nie śpieszył, drażnił, jednocześnie przygryzając delikatnie płatek jej ucha. Usłyszała jego szept:
– Już dawno żadna kobieta tak na mnie nie działała.
Nie dała rady odpowiedzieć, jęknęła tylko przeciągle, gdy zacisnął mocniej palce na jej sutku. Uśmiech triumfu wypłynął na twarz Zagajewa.
Mężczyzna przesunął w dół rękę spoczywającą dotąd na szczupłej talii, podwinął lekki materiał sukienki i bez wahania zaczął badać tajemnice skryte pod wełnianym kloszem. Helena poczuła jak nogi uginają się pod nią, kiedy palce Zagajewa zatopiły się w jej miękko-wilgotnym wnętrzu.
– Pojedziesz ze mną do Moskwy.
Mimo rozkojarzenia dotarło do niej, co mówił. To nie była prośba.
– Nie – zaprotestowała i znów spróbowała oswobodzić się z jego uścisku.
Dłoń, która błądziła po dekolcie Skolimowskiej, szybko przeniosła się na jej szyję i boleśnie zacisnęła na gardle. Helena odruchowo szarpnęła jego palce, chcąc oderwać je i złapać wreszcie oddech. Z całej siły starała się odgiąć je choćby o milimetr, lecz bezskutecznie. Z każdą sekundą coraz bardziej ciemniało jej przed oczyma, ale czuła jednocześnie, że jej oprawca ani na chwilę nie zaprzestał pieszczot.
– Nie przyjmuję odmowy – zakomunikował, rozluźniając wreszcie chwyt. Helena spazmatycznie wciągnęła powietrze. – Zależy ci przecież na tej posadzie dla kuzyna.
Zamarła. Wbrew wcześniejszym obawom Witolda doskonale zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji i konieczności umieszczenia kogoś w otoczeniu Zagajewa. Tylko że błyskotliwy plan ich przełożonego nie rozwinął się tak, jak powinien.
– Widzę, że się rozumiemy. – Zagajew nie krył satysfakcji. – Mój człowiek przyjedzie po ciebie jutro w południe. Spakuj to, co najpotrzebniejsze, a Witja niech zarezerwuje sobie bilet kolejowy na przyszły tydzień.
To rzekłszy, odwrócił się i bez słowa pożegnania wyszedł z mieszkania.
Helena stała jeszcze przez chwilę oparta o ścianę, oddychając ciężko. Wraz ze zrozumieniem tego, na co przystała, pojawił się strach i najzwyklejsze w świecie mdłości. Dopiero dwie minuty później zdołała ruszyć się spod ściany. Weszła do pokoju i w ciemnościach dotarła do niewielkiego sekretarzyka, na którym stał telefon. Wymacała na ślepo przełącznik lampki. Światło padło na ebonitową obudowę aparatu, tworząc rażąco jasne refleksy na czarnej powierzchni.
Wykręciła numer. Po trzecim sygnale usłyszała charakterystyczny trzask i lekko rozchwiany, starczy głos:
– Halo?
– Ciocia Zuzanna?
– Chwileczkę, już proszę.
Chwila ciszy i inne, pewne siebie, lakoniczne:
– Mów.
– Obawiam… – nie dała rady pociągnąć tej kwestii na jednym oddechu. Odkaszlnęła i spróbowała jeszcze raz: – Obawiam się, że nasze informacje były niepełne. Będę musiała wyjechać na jakiś czas do Moskwy. Przygotujcie wszystko na miejscu.
– Co…? – rozmówca wyraźnie się zaniepokoił, ale nie pozwoliła mu skończyć pytania.
– Witold ci wytłumaczy, on wyjeżdża dopiero za tydzień. Nie do końca tak to zaplanowaliśmy, ale chyba należy się cieszyć, że w ogóle udało się osiągnąć cokolwiek.
– Dasz radę? – padło po chwili milczenia ze słuchawki.
– Potraktuję to jak kolejne wyzwanie – usiłowała się zaśmiać.
– Jesteś pewna?
– Tak – skłamała. – Drugiej takiej okazji mieć nie będziemy.
Słuchawka znów zamilkła na chwilę, ale wbrew pozorom rozmówca nie zrezygnował:
– Kontakt u Olgi Siemionownej Timochiny, krawcowej na Arbacie. Ona przekaże ci resztę.
– Zapamiętam.
– Inka, przykro mi, że tak wyszło.
– Taka praca, szefie – tym razem udało się jej przyjąć obojętny ton. – Dasz mi podwyżkę, półroczny urlop i jesteśmy kwita.
– Uważaj na siebie i nie zrób niczego głupiego.
– Jak zawsze.
Rozłączyła się. Potem dla pewności zdjęła słuchawkę z widełek i zgasiła stojącą na biurku lampę. Pokój skrył się w ciemnościach.
Ciągle w ubraniu położyła się na kanapie i zwinęła w kłębek, tak samo jak dziesięć lat temu. Znów bezskutecznie próbowała pohamować narastającą panikę. W końcu, zmęczona strachem, usnęła.

Rozdział 1. Na początku był chaos

14.01.2011
Zapraszam na nową odsłonę prawie-jak-powieści “Z Mroku powstaleś…”. Pozmieniało się tu trochę, więc nie ma co szukać nazbyt wielu analogii do poprzedniej wersji. Bohaterowie zdeszlachetnieli (to nie literówka), świat się spsił, a kasy na wódkę brak…

Stukot sześciu par solidnie podbitych butów rozszedł się miarowym echem pomiędzy masywnymi murami twierdzy Grazny, gdy z nastaniem dnia poselstwo achtiańskie wkroczyło na spłukane deszczem granitowe kostki dziedzińca siedziby rządcy imperialnego.
Delegacja była nader skromna. Na jej czele szedł równym, marszowym krokiem postawny pięćdziesięciolatek, którego imię budziło niepokój we wszystkich sercach rodowitych erwańczyków — Salvan Rosen, komendant powstania, najważniejsza persona w zbuntowanej prowincji Acht.
Już na pierwszy rzut oka widać było, że to człowiek zdecydowany, choć teraz na jego pobrużdżonej twarzy dominował przede wszystkim wyraz głębokiego zatroskania. Wydatny nos marszczył się srogo, gdy Rosen przygryzał nerwowo wąs.
W świcie komendanta znalazło się dwóch doświadczonych w politycznych bojach doradców — starszych już mężczyzn, którzy większość życia spędzili przerzucając sterty papierów, by wydusić z erwańskiej machiny biurokratycznej jak największą swobodę dla żyjących w Acht poddanych Imperatora. Obydwaj przygotowywali się przez wiele dni do dzisiejszego posłuchania, dzięki czemu siłą argumentów mogli zmiażdżyć każdą z marionetek Imperatora.
Tuż za parą dostojnych mężów stanu posuwał się krokiem prowadzonego na ścięcie chudy, płowowłosy młodzieniec, dzierżący przed sobą niczym tarczę tekę sekretarza. Strzelał na boki przerażonymi spojrzeniami i wyglądał jakby starał się skryć za sztywną, skórzaną oprawą dokumentów.
Pochód zamykała nietypowa para przybocznych — nieco przygarbiony, niezgrabny trzydziestolatek i korpulentna kobietka o wesołej twarzy. Nie godziło się przecież, by poselstwo walczącej o niepodległość prowincji stawiło się przed obliczem rządcy imperialnego bez odpowiedniego orszaku, jednocześnie zaś nietaktem byłoby wprowadzanie na rozmowy pokojowe zbrojnego oddziału. Synowie Acht zdecydowali się na kompromis. Nikt nie mógłby lękać się ataku ze strony tej dwójki, a postanowieniom protokołu stawało się zadość.
Sunęli w milczeniu przez ogromny dziedziniec.
W Imperium Erwanu wszystko musiało mieć rozmach, więc i twierdza Grazny, wzniesiona na gruzach dawnej stolicy prowincji Farra, a nazwana na cześć matki pierwszego z imperatorów, była budowlą o monstrualnych rozmiarach. Zbudowana na planie sześciokąta straszyła przybyłych sześcioma potężnymi wieżami. Brak jej było strzelistego uroku budowli z Tuukle czy Led, ciężarem masywnego korpusu mogła przygnieść nawet owiane złą sławą więzienie na Ardzie. Pod pewnymi względami Erwańczykom znacznie bliżej było do praktycznych mieszkańców północy niż bratnich ludów południa, lubujących się w delikatnej formie. Erwan nade wszystko cenił sobie skuteczność działań.
A przecież nie sposób było odmówić budowli surowego wprawdzie, lecz powalającego uroku. Gładko ociosane kamienie przylegały do siebie idealnie bez zaprawy, samym swoim ciężarem wznosząc barierę nie do pokonania. Wąskie, wysoko umieszczone okna sprawiały, że mury twierdzy zdawały się jeszcze wyższe i bardziej nieprzystępne, lecz w nieprzystępności tej kryło się utajone piękno. Rozmiary masywu zapierały dech w piersiach.
Dziedzińca broniły wysokie na kilkanaście i grube na kilka metrów mury obsadzone teraz podwójnie z okazji przybycia posłów z Acht. Kilkadziesiąt par oczu śledziło czujnie każdy krok przybyłych.
Oto niedawno jeszcze zwykli buntownicy dziś mieli dostąpić zaszczytu, jaki przypadał w udziale nielicznym tylko rodowitym mieszkańcom Erwanu — czekało ich spotkanie z namiestnikiem północnej seksty, przedłużeniem myśli i woli Imperatora, gdyż dziś właśnie rozpoczynały się rokowania pokojowe pomiędzy prowincją Acht a Wielkim Imperium Erwanu.
Salvan Rosen przeczesał nerwowym ruchem przydługie włosy wpadające mu notorycznie do oczu. W wilgotnym powietrzu poranka jego i tak niestaranna fryzura przyjęła zadziwiający kształt urągający wszelkim nakazom mody. Czuł się nieswojo w odświętnych szatach i nie mógł pozbyć się wrażenia, że bez miecza u boku jest kompletnie nagi. Choć od wielu miesięcy stawał dzień w dzień na murach Kinnan, warownej stolicy Acht, naprzeciw wielotysięcznej armii Erwanu, dziś drżał na myśl o spotkaniu z rządcą imperialnym.
A przecież nie był tchórzem, nie obawiał się śmierci. Jak niemal każdy Achtianin dorastał w kulcie miłości ojczyzny, pośród niekończących się dysput o odzyskaniu niepodległości, wychowywany tak, by w każdej chwili gotów był poświęcić wszystko w imię najwyższej sprawy. Mimo to z każdą sekundą utwierdzał się w przekonaniu, że odpowiedzialność wykorzystania jedynej być może okazji, by odzyskać dla Acht należne jej mieszkańcom prawa, przerasta możliwości zwykłego żołnierza. Za nic w świecie nie chciał zapisać się w historii jako ten, który zaprzepaścił wielowiekowe wysiłki swojego narodu.
Salvan Rosen pomyślał nie po raz pierwszy, że Pani Los miała zaiste wyborne poczucie humoru. Achtianie, ludzie gotowi na każde poświęcenie w imię sprawy, stali teraz zupełnie bezradni w obliczu okazji do rozwiązania wielowiekowego konfliktu. Nikt z wychowanych w duchu z góry skazanej na przegraną walki nie potrafił odnaleźć się w roli zwycięzcy.
Tylko magowie wydawali się być przygotowani na tę chwilę. Spalona słońcem twarz rozpogodziła się nieco na wspomnienie kunsztu, z jakim mistrzowie przygotowywali kolejne etapy drogi prowadzącej do wolności. Chwila obecna nie krępowała ich umysłów. Niezwykła, nieosiągalna wręcz dla przeciętnego człowieka zdolność postrzegania kontinuum czasu jako jednego tworu pozwalała magom przewodzić ruchowi wyzwoleńczemu z cienia, służyć radami kolejnym przywódcom podziemnej opozycji i w razie potrzeby dostosowywać taktykę do zmieniających się warunków przez niemalże dwa wieki.
Salvan Rosen podziwiał niebywałą zdolność ogarniania umysłem wydarzeń z minionych lat oraz wybiegania myślą poza okres ludzkiego życia, ale zawsze czuł się niepewnie w towarzystwie dojmująco mu obcych ludzi czerpiących z mocy magiki. Niemalże tak niepewnie, jak na myśl o zbliżającym się spotkaniu z rządcą imperialnym.
– Nie ufam im – mruknął wreszcie nie wiadomo który raz podczas ostatnich kilku dni. – Nie ufam skurwysynom za grosz. Podchodzą nas.
Obciągnął nerwowo poły odświętnej kurty z zielonego aksamitu, spod której achtiańską modą wyzierały czarne nogawice spodni niknące w cholewach wysokich butów.
Nikt inny w Erwanie nie nosił spodni, wybierając poręczniejsze i bardziej praktyczne tuniki, lecz Achtianie żyli swoją tradycją i obyczajami, gdyż jedynie dzięki starannemu kultywowaniu wszystkich przejawów własnej odmienności zdołali zachować świadomość tego, kim niegdyś byli.
– I słusznie, Rosen – rzucił jeden z doradców. – Na pewno coś dla nas szykują. Sami byśmy tak zrobili.
– Można powiedzieć, że właśnie robimy – zaśmiał się nieco zbyt głośno młody sekretarz, wdzięczny że ktoś zechciał przerwać doskwierającą wszystkim coraz bardziej ciszę.
– Powściągnij język, Lywart – zestrofował go stary doradca.
Młodzieniec wyraźnie zmarkotniał pod wpływem reprymendy. Po raz pierwszy w życiu uczestniczył w równie podniosłym wydarzeniu i bardzo przeżywał swoją rolę, choć wszyscy członkowie delegacji mieli świadomość, że ta część rozmów zakończy się zapewne fiaskiem. Magowie przestrzegali przed podstępem, który pozwoliłby Erwańczykom rozegrać ostatnią partię starcia na własną korzyść.
Lywart odruchowo zerknął z ukosa na niepozorną obstawę grupy. Ani wymizerowany mężczyzna, ani jego towarzyszka nie wyglądali na przesadnie zaniepokojonych, lecz rzucało się w oczy, że byli równie spięci co pozostali posłowie. Chłopak dziwił się nieco. Brak opanowania kłócił się w jego mniemaniu z wizją słynnych teraz w całym Imperium achtiańskich magów-wojowników. Czyżby i oni obawiali się skutków potencjalnej zasadzki w sercu twierdzy Grazny?
Nagle jeden z magów, niepozorny mężczyzna, podszedł do sekretarza i zagadnął.
– Boisz się, chłopcze? – Głos pobrzmiewający pewnością siebie nijak nie harmonizował z rozedrganymi ruchami rąk kościstej postaci i skurczoną twarzą przygarbionego mężczyzny.
Lywart, onieśmielony nieco kontaktem z jednym z Czcigodnych z Kadree, zdołał jedynie skinąć twierdząco głową.
– Jak my wszyscy – westchnął mag. – Jak my wszyscy.
– Wy też, panie? – zdołał wychrypieć sekretarz.
– Oczywiście. Przecież nikt z nas nie wie, jakiego przyjęcia mamy się spodziewać, ale pamiętaj, że nie idziemy tam zupełnie bezbronni. Spodziewamy się ataku.
– A jeśli was rozpoznają, panie? – zaniepokoił się chłopak.
– O to akurat nie musisz się martwić. – Mag uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia. – Sztuka kamuflażu Sirien nie ma sobie równych. Żaden z erwańskich żołdaków, choćby nie wiem jak szlachetnie urodzony, nie rozpozna w nas magów. Zresztą twierdzę od lat spowija czar bariery ochronnej, po cóż więc mielibyśmy prowadzić na komnaty maga? Ale dość już o tym, jesteśmy prawie na miejscu, więc popraw kaftan, chłopcze. Nie zapominaj, że występujesz dziś w imieniu ojczyzny. – To mówiąc klepnął młodzieńca po plecach.
W istocie, delegacja dotarła niemal pod same wrota głównych zabudowań twierdzy. Chwilę później masywne skrzydła wysokich na siedem metrów drzwi rozwarły się majestatyczne w niemal absolutnej ciszy i bez udziału ludzkich rąk. Gdyby nie czar ochronny uniemożliwiający rzucanie zaklęć wewnątrz twierdzy, można by podejrzewać, że brama otwarła się za sprawą magii. Jednak czułe ucho Lywarta bez trudu wychwyciło ciche, dobiegające z podziemnych komnat odgłosy pracy precyzyjnej machiny odpowiedzialnej za poruszanie monstrualnymi wrotami.
Ledwie posłowie przekroczyli progi zamczyska, w wielkim hallu pojawił się lokaj gotów prowadzić dostojnych gości krętymi korytarzami w stronę sali audiencyjnej, w której czekał już rządca imperialny oraz kilkunastu przedstawicieli Letara rag Nagena, Wielkiego Imperatora Cesarstwa Erwanu, Namiestnika dwudziestu czterech prowincji, Protektora Kadree i Ardy, Pana na Igris i Tar, etc.
Młody sekretarz z trudem nadążał za swymi towarzyszami i prowadzącym pochód służącym. Bezwiednie wodził wzrokiem po pokrytych patyną wieków malowidłach zdobiących ściany mrocznych korytarzy, po wyblakłych arrasach i gobelinach umieszczonych w komnatach, przez które musieli przejść, zdawał się podziwiać strzegące przejść zbroje z minionych epok, lecz nie rejestrował niczego z tego, co widział.
Ciągle przywoływał w pamięci ostatnie słowa mistrza magii, które miały wprawdzie uspokoić go, lecz wywołały skutek przeciwny. Lywart nie potrafił uwolnić się od dręczącego go pytania — skoro zaklęcie ochronne broni dostępu magiki do komnat zamku, co zdołają osiągnąć tu magowie?
Wszystko wskazywało na to, że posłowie z Acht zmierzają w pełni świadomie zupełnie bezbronni prosto w zastawioną na nich pułapkę.

***

Mniejsza sala audiencyjna, wbrew swojej nazwie, miała monstrualne rozmiary, choć by to sobie uświadomić, potrzeba było pewnej chwili.
Wysoka na niemalże dziesięć metrów długa na blisko trzydzieści, szeroka zaś jedynie na dziesięć w pierwszym momencie zaskakiwała swą długością. Przemarsz pomiędzy szpalerem dziesięciu par kamiennych kolumn, który stawał się udziałem każdego dopuszczonego przed oblicze rządcy imperialnego, pogłębiał jeszcze wrażenie zaburzenia proporcji sali.
Tron znajdował się pomiędzy dwiema ostatnimi parami kolumn, zatem każdy, kto dostąpił zaszczytu audiencji, musiał odbyć upokarzający spacer wzdłuż całej sali, zazwyczaj pod baczną obserwacją dworu rządcy i karcącym spojrzeniem gospodarza twierdzy. Sylwetka tego ostatniego krył się w półcieniu, więc nie sposób było jej dojrzeć spod drzwi. Poddani Imperatora stawali przed jego namiestnikiem bez możliwości przygotowania się w duchu na często zmieniający się humor rządcy północnej seksty.
Wystrój pomieszczenia był równie niecodzienny co jego rozmiar. Poza zwieszającymi się kolumn sztandarami dwudziestu najzacniejszych rodów Erwanu jedyną ozdobą nieprzyjaznych, kamiennych murów były tarcze herbowe pomniejszej szlachty umocowane na balustradzie drewnianego pomostu, swoistej galerii, która obiegała całą komnatę.
Podłoga również była niemal goła. Sześciokątne płyty przykrywał jedynie wąski dywan prowadzący od samych drzwi aż do tronu ustawionego na specjalnie skonstruowanej platformie. Dywan był ustępstwem na rzecz rozsądku. W pustej sali echo podbijanych gwoździami butów niosło się w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
Spod sufitu zwieszało się pięć gigantycznych kandelabrów. Co rano specjalnie zatrudniona w tym celu służba osadzała w każdym z nich setkę specjalnych wolnopłonących się świec sprowadzanych tu aż z Ith. Tylko w ten sposób dawało się przegnać mrok z komnaty, choć znaczna część galerii i ta pozostawała skryta przed wzrokiem wszystkich znajdujących się na dole.
Mimo to świece doskonale spełniały swoje zadanie. Niemal nikt nie orientował się od razu, że na kamiennych ścianach próżno było szukać okien. Jedynych drzwi pilnowała doskonale uzbrojona i świetnie wyćwiczona straż, zatem życiu rządcy nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł dostać się tu niepostrzeżenie, nikt też nie opuszczał tego miejsca bez zgody gospodarza.
Tego poranka Jego Ekscelencja Vestar Augurian, Rządca imperialny Ith, Temrin, Sabe, Krawii, Acht i Farry, nieustannie obserwował znajdujące się naprzeciw niego drzwi.
Kandelabry płonęły pięcioma setkami świec, dziesięciu lordów rady czekało u tronu, by w razie potrzeby służyć rządcy pomocą, straż w pełnej gotowości obserwowała otoczenie, a sam rządca oczekiwał przybycia buntowników. Zawczasu sprawdzono magiczne zabezpieczenia, wczorajszej nocy przeczesano ponownie salę audiencyjną, by sprawdzić, czy nie ukrył się w niej nikt niepowołany, słowem twierdza Grazny przygotowała się na przyjęcie gości — brakowało jedynie Achtian.
Augurian poprawił odruchowo przyciasny kołnierz jedwabnej koszuli, niszcząc jednocześnie doszczętnie pieczołowicie ułożone falbany żabotu. Nalana twarz i otłuszczone dłonie pokryły się dawno warstwą potu, rządca coraz wyraźniej odczuwał też niedostatki konstrukcyjne tronu, który bynajmniej nie był wygodnym siedziskiem. Z każdą sekundą oczekiwania rodziły się nowe wątpliwości: Czy przybędą? Czy nikt nie zawiedzie? A może zwęszyli podstęp? Może szykują własny?
Vestar Augurian potrzebował spektakularnego sukcesu, osiągnięcia, dzięki któremu pałac w Igris stanąłby dla niego otworem. Dość miał już północnej seksty, wiecznego chłodu i deszczu, tęsknił za rozkosznymi promieniami słońca i winnicami południa. Niestety, urodzony zbyt szlachetnie, by móc sprawować poślednią funkcję Erwanie, Verde, Zard czy Radonie, a jednocześnie zbyt nisko, by trafić na dwór w Igris czy do któregoś z majątków Imperatora w Tar, rządca imperialny północnej seksty musiał zasłużyć się władcy w inny sposób. Na przykład dostarczając mu głowę Salvana Rosena, a jeszcze lepiej żywego buntownika.
Wreszcie drzwi drgnęły nieznacznie, a rozszerzający się z każdą chwilą prześwit pomiędzy skrzydłami ukazał wreszcie sześć postaci. Achtianie zareagowali jak każdy, kto stawał u progu sali audiencyjnej — zatrzymali się niepewni, co czynić dalej i poczęli rozglądać wokół. Jednak ich przywódca szybko otrząsnął się z zaskoczenia wywołanego widokiem mniejszej sali audiencyjnej i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę tronu.
Poczucie ulgi rozlało się po masywnym ciele rządcy. Oto wszystkie elementy misternej konstrukcji trafiły na właściwe miejsca, mysz weszła w pułapkę, nadszedł czas, by rozpocząć przedstawienie.
Solidne, dębowe drzwi zamknęły się za poselstwem z głuchym trzaśnięciem. Rosen drgnął, a jego świta przysunęła się nieznacznie do siebie. Przybyli odebrali właściwie przekaz tego zdarzenia — od tej chwili ich los spoczywał w rękach rządcy.
Vestar Augurian odczekał spokojnie, aż negocjatorzy podejdą do tronu. Teraz, gdy Salvan Rosen nie miał dokąd zbiec, rządca pozwolił sobie na chwilę odprężenia i zaczął bacznie przyglądać się asyście buntownika.
Dwaj sędziwi doradcy, zapewne weterani dyplomacji pamiętający jeszcze rządy Nagena rag Riidywa, byliby niewątpliwie trudnymi przeciwnikami w politycznej rozgrywce, lecz nie w czasie walki. Sekretarz nie stanowił wyzwania ani dla polityka, ani tym bardziej dla straży przybocznej. Obstawa tej delegacji również nie liczyła się w żadnej z dwóch kategorii.
Amulet skryty pod jedwabną koszulą Jego Ekscelencji nie drgnął nawet o włos, co dobitnie świadczyło, że żaden z przybyłych nie był magiem. Vestar Augurian obawiał się magów mimo zapewnień cesarskich uczonych, którzy zapewniali go co dzień o niezawodności bariery odcinającej zamek od magiki, ale oczywiście to nie oni mieli siedzieć w zamknięciu z szalonymi wojownikami z Acht.
Na szczęście magów nie było.
Tymczasem delegacja zbliżyła się do tronu. Posłowie zatrzymali się w protokolarnej odległości dwóch długości ostrza krótkiego miecza od osoby rządcy i oddali ceremonialny pokłon.
– Wasza Ekscelencjo… – rozpoczął z starszy z doradców, starając się nadać swojemu głosowi odpowiednio uniżone brzmienie, lecz nie zdołał dokończyć pozdrowienia.
Niewielki, błyszczący przedmiot przeciął ze świstem powietrze, spadając łagodnym łukiem ze skrytej w mroku galerii. Flaszka z najprzedniejszego tuuklańskiego szkła rozprysła się w drobny mak w chwili zetknięcia z cienką materią dywanu. Ten, kto cisnął naczyniem, zrobił to perfekcyjnie. Cuchnąca, zielona ciesz rozlała się tłustą plamą dokładnie u stóp Salvana Rosena i w tejże chwili zaczęła się ulatniać.
Postawny buntownik zachwiał się, gdy pierwsze opary dotarły do jego nozdrzy.
Od tego momentu wypadki potoczyły się błyskawicznie, choć zupełnie niezgodnie z planem Vestara Auguriana.
Rządca poczuł gwałtowne szarpnięcie zawieszonego na szyi łańcucha dokładnie w chwili, gdy przygarbiony mężczyzna kryjący się dotąd za plecami swoich towarzyszy odepchnął gwałtownie Rosena od rozlanej na podłodze substancji paraliżującej i szybkim ruchem dłoni przemienił ją w kryształ. Na skrzącą się powierzchnię opadł zielonkawy pył drobinek, które uległy przemianie już w powietrzu.
Rządca poderwał się wściekły z tronu, dając jednocześnie znak ukrytym na galerii kusznikom, by rozpoczęli ostrzał. Skoro pierwsza część planu spaliła na panewce, namiestnik postanowił wprowadzić w życie rozwiązanie alternatywne — zgładzić Achtian.
Niewidoczni z poziomu pierwszej kondygnacji strzelcy nie zwlekali z wykonaniem rozkazu. W kierunku zbitych w gromadę posłów posypały się pociski, lecz żaden z nich nie sięgnął celu. Sirien z Kadree zdążyła już wytworzyć ochronną kopułę.
Zebrani na sali doradcy spoglądali w niemym zdumieniu to na pana twierdzy Grazny, to na przybyłych, zupełnie nie rozumiejąc zdarzeń, których właśnie byli świadkami.

***

Udało się! usłyszał w myślach Brewan Achtianin, mistrz z Kadree. Dałeś radę przebić się przez barierę.
Oczywiście, kochanie. Mag pozwolił sobie na chwilowe rozluźnienie. Mordar miał rację, jak zawsze. Pasywne idą aż miło. Gdybym chciał, mógłbym wszystkich ich…
Dość tych przechwałek, zabieraj nas stąd, póki czas zażądała Sirian.
Co tylko rozkażesz, o, pani!
Brewan skupił się na dotarciu do wąskiego strumienia magiki, który sączył się niemrawo przez rozerwaną barierę. Otwarcie portalu do bezpiecznego azylu w Kinnan wymagało nie lada umiejętności, a nade wszystko skupienia w czasie rozplatania więzów łączących magikę z Mrokiem.
Z niemałą satysfakcją przyglądał się też miotającemu się bezsilnie wokół kopuły Augurianowi, ciesząc uszy ciskanymi przez niego klątwami — bariera Sirien odcinała drogę materii, lecz dźwięki i światło przenikały niemalże bez zakłóceń przez skrzącą się żółto zasłonę magiki. Lekko rozedrgane sylwetki coraz bardziej spanikowanych radców i zdezorientowanej straży odcinały się ciemnymi cieniami na tle migocącej bariery, lecz mimo ciągłych wysiłków żaden ze sług Imperatora nie mógł nawet marzyć o przedostaniu się w pobliże Achtian.
Brew, magika słabnie! spanikowane myśli Sirien oderwały go od prowadzonych przygotowań i odruchowych obserwacji.
Faktycznie, Brewan wyczuł, że docierający tu z jądra ziemi strumień energii, w którym kryła się magika, destabilizował się z każdą chwilą, ale Sirien nie miała racji. To nie magika słabła, to Mrok rósł w siłę.
– Szlag! – zaklął mag na głos, jednocześnie uświadamiając sobie, że nie powinien był tego robić. Dźwięki przechodziły przez barierę tak samo dobrze w obydwie strony.
Jego zdenerwowanie nie uszło uwadze wściekłego Vestara Auguriana, który zareagował natychmiast wydaniem kilku krótkich rozkazów zebranym wokół urzędnikom i coraz liczniejszej straży. Od razu też jeden z drugim pobiegli do drzwi, zapewne sprowadzić nowe posiłki. Magowie nie mieli zbyt wiele czasu.
Mrok napierał coraz mocniej. Jego oślizgłe, zimne macki powoli sondowały umysły dwójki mistrzów z Kadree walczących nieustępliwie o wyrwanie z nieprzyjaznego środowiska jak największej porcji magiki. W takich warunkach żadne z nich nie mogło podtrzymywać zbyt długo rzuconych zaklęć.
Przez krótką chwilę sytuacja uległa poprawie. Mrok cofnął się nieco, dając dwójce magów pole do popisu. Obydwoje wzmogli wysiłki. Po chwili w powietrzu zawisł zielono-żółty owal portalu. Brewan z ulgą odciął wymęczony umysł od sączącego się do sali strumienia zmieszanej z Mrokiem magiki.
– Szybko, do wyjścia! – rzucił Brewan, a członkom delegacji nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. – Sirien, ty też, zostawże tę barierę!
– Wzmocnię ją tylko, żeby żaden za nami nie przeszedł i… – urwała w pół zdania.
Mrok uderzył ze zdwojoną siłą. Żaden człowiek nie zdołałby wytrzymać kontaktu z szalejącym żywiołem, a mistrzyni Sirian nie była wyjątkiem. Dziki wrzask Brewana splótł się w jedno z jej pełnym cierpienia krzykiem.
Kobieta, ciągle połączona z magiką, rozsypała się dosłownie w proch na oczach skamieniałego Brewana i przerażonego Lywarta, który jako jedyny nie zdążył jeszcze przejść przez portal. Opieszałość uratowała mu życie, a przynajmniej przedłużyła je o kilka chwil.
Niespodziewanie dla maga Mrok zniknął nagle jakby nigdy nie istniał, ustępując miejsca spiętrzonej, niczym niezniewolonej magice, która wlała się do małej sali audiencyjnej niczym woda przebijająca się przez tamę zasłon, jakimi otoczony był zamek Grazny. Bariery antymagiczne i kopuła Sirien zostały zmiecione przez rozszalałą moc.
Portal zapłonął nienaturalnie pomarańczową aurą, wypluwając z siebie nadmiar magiki. Podmuch odrzucił sekretarza pod sam tron, natomiast stojący naprzeciw owalnego przejścia Brewan znalazł się dokładnie w środku jęzora mocy zebranej w wiązkę tak silną, że stała się ona widoczna nawet dla ludzi na co dzień pozbawionych łączności z magiką.
Wszyscy zebrani w sali widzieli jak niby-płomień przecina powietrze, kłębi się dziko, by pochłonąć wreszcie skuloną sylwetkę maga. Chwilę później fala gorącego powietrza wypchnęła bezwładne ciało poza obszar objęty działaniem magiki, ciskając nim niczym szmacianą lalką prosto na jedną z kamiennych kolumn.
Brewan poczuł jeszcze żar trawiący jego tkanki, ból tak potężny, że niemal odbierający zmysły. Krzyczał czy może chciał krzyczeć, dopóki nie pochłonęła go błogosławiona ciemność, w jaką wpadł, gdy jego głowa uderzyła o granitowy filar.

Staszek, cz. 2

8.12.2010
Cóż, gdyby nie to, że znam siebie już kilka ładnych lat, powiedziałabym, że mam zdolności profetyczne – niestety, to zwykłe lenistwo i wygodnictwo. Dzięki nim “Staszek” wyparł inne działania na dalszy plan i znów będzie straszyć nieprzyzwoitym zachowaniem. Może pora wprowadzić jakieś ograniczenia wiekowe…?
Tak czy inaczej, zapraszam zainteresowanych na ciąg dalszy wysoce ordynarnych zachowań duetu Staszek-Inka. I uprzedzam uczciwie: To pewnie nie koniec.

Berlin, 1938 r.

– Boże, Inka… – zdołał wyszeptać nim rosnący w siłę od pewnego czasu jęk wyrwał się niekontrolowanie z jego gardła.
Mięśnie napięły się, wyginając jego ciało w łuk i zmuszając do pozostania w tej pozycji przez kilkanaście sekund. Dopiero gdy nadeszło rozluźnienie, mógł znów opaść na przepoconą i wymiętą pościel.
– To „Boże” czy „Inka”? Musisz się na coś zdecydować – zaśmiała się, wysuwając rozczochraną głowę spod kołdry.
Czapiński popatrzył na nią z udawaną przyganą. Zdecydowanie nie był w nastroju do prowadzenia słownych utarczek. Po takiej pobudce mógł jedynie leżeć i rozkoszować się pięknem świata.
A jaka to była pobudka!
Obudził go bezdech. W pierwszym momencie spanikował, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje. Dopiero po chwili zidentyfikował nieznośnie irytujące, a przecież jakże upragnione napięcie mięśni. Chciał unieść kołdrę, lecz ktoś przytrzymał ją stanowczo.
A potem coś miękkiego i wilgotnego przesunęło się wzdłuż jego członka, zataczając to mniejsze, to większe kręgi, aż dotarło do samej nasady, by roztańczyć się dłużej w okolicach jąder.
Nie wytrzymał, jęknął przeciągle.
Pieszczota ustała nagle, a spod kołdry dobiegł go radosny chichot.
Już chciał zaprotestować, gdy ciągle rozgrzane snem wargi objęły główkę penisa, przyprawiając mężczyznę o zawrót głowy. Zaczęły poruszać się arytmicznie w górę i w dół, delikatnie, powoli, drażniąc, całując, prowadząc na skraj rozkoszy tylko po to, by przerwać tuż przed finałem.
Kolejna zmiana doznań zakończyła się niemal tragicznie, to znaczy z punku widzenia pułkownika w jak najbardziej pożądany sposób, lecz skryta pod kołdrą kobieta miała inne plany. Znów przestała pieścić go na chwilę, pozwalając opaść nieco jego podnieceniu.
I tym razem nie zdołał zaprotestować. Nowe, nieznane dotąd uczucie targnęło nim gwałtownie. Oto jej usta znalazły się tuż u nasady członka, a jednocześnie coś objęło ciasno jego główkę. Przedziwne doznanie zniknęło, by pojawić się znów, gdy Majewska ponownie przejechała wargami wzdłuż wyprężonego organu.
Doszedł niespodziewanie, nie wiedząc, czy bardziej podnieciła go myśl o tym, że kochanka zdołała wprowadzić członka aż do gardła, czy też niecodzienne wrażenia, jakże inne od wszystkiego, czego wcześniej doświadczył.
– Mogłabyś budzić mnie tak codziennie… – Oderwał się od wspomnień.
Tymczasem Inka przysiadła na podwiniętych nogach i przeciągnęła się z nieskrywaną rozkoszą. W złotej plamie słońca wyglądała niczym zadowolona z siebie kotka. Czapiński dałby sobie głowę uciąć, że lada chwila jego partnerka zacznie mruczeć.
Oczywiście nic takiego się nie stało. Kobieta poderwała się nagle i płynnym ruchem wyskoczyła z łóżka, pozwalając mężczyźnie przez chwilę cieszyć oko swoją nagością. Jak gdyby nigdy nic podniosła z podłogi jedwabny szlafrok i owinąwszy się nim, ruszyła w stronę łazienki. Chwilę później dobiegły stamtąd słowa skocznej piosenki, niemieckie słowa — oto Frau Inge Brückner powróciła na posterunek.
Staszek nadal nie mógł zmusić się do rozpoczęcia dnia. Pracownicy Instytutu Automatyki Politechniki Berlińskiej mogli cieszyć się wolnymi sobotami, więc dzisiejszy dzień należał do tylko do niego. Wiedział, że powinni czym prędzej zabierać się do pracy, ustalić wreszcie jakiś plan działania, gdyż przeciąganie tej maskarady dłużej niż było to konieczne, stanowiło dla obydwojga śmiertelne niebezpieczeństwo.
Ta myśl przypomniała mu wczorajszy wieczór i przerażone spojrzenie Inki wbite w bliżej nieokreślony punkt ponad jego ramieniem.
– Kochanie – rzucił spokojnym głosem, podtrzymując pozory małżeńskiej pogawędki – co cię wczoraj tak wystraszyło?
Majewska wyjrzała zza drzwi. Nie widział jej twarzy skrytej za ręcznikiem, którym wycierała energicznie mokre po kąpieli włosy, ale coś podpowiadało mu, że nie dojrzałby na niej zwyczajnego dla Inki spokoju. Odniósł wrażenie, że ruchy kobiety stały się nagle bardziej gwałtowne.
– Poczekaj chwilę – rzuciła wreszcie. – Zaraz przyjdę.
Faktycznie, przyszła kilka minut później z naręczem ubrań. Rozpoczęła poranne przygotowania, lecz dziś po raz pierwszy pozwoliła Czapińskiemu uczestniczyć w nich w pełni.
Niemalże zapomniał o zadanym pytaniu, obserwując jak Inka powoli wciąga pończochę, chwyta jej obrzeże klamerką tasiemki u pasa, potem powtarza ten rytuał z drugą nogą — jeszcze chwila, ostatnie spojrzenie w lustro na szew, by sprawdzić, czy ułożył się równo, mała poprawka… Staszek doszedł do wniosku, że mógłby obserwować ją przez całe życie.
– Słuchasz mnie? – Pytanie wyrwało go ze świata marzeń.
– Nie – przyznał z rozbrajającym uśmiechem. – Stosujesz niedozwolone środki odwracania uwagi. Konwencja genewska powinna tego zabraniać.
– Zabrania – odparła poważnie. – Nie wolno torturować jeńców.
– Nie jestem jeńcem.
– Tak ci się tylko zdaje. – Teraz ona zaśmiała się radośnie. – Gorzej nawet, straciłeś nie tylko wolność, ale nawet wolną wolę. Co też zaraz ci udowodnię — bądź tak dobry i zrób mi kawy! – rozkazała władczo.
Staszek wygramolił się niechętnie z łóżka, mrucząc z niezadowolenia. Po tysiąckroć wolałby teraz pochłaniać wzrokiem krągłości kobiecej sylwetki, wyeksponowane pięknie, gdy Majewska — w samej tylko bieliźnie i zwiewnym peniuarze — układała misterną fryzurę przed mierzącym trzy czwarte metra lustrem toaletki. Z ramionami uniesionymi nad głową, delikatnie rozchylonymi ustami, które jeszcze nie tak dawno…

Czapiński niechętnie wycofał się do kuchni, czując że za chwilę straci resztkę twarzy. Powrócił po kilku minutach z przygotowanym dla dwóch osób śniadaniem, zastając Inkę, ku swojej radości, w tej samej kreacji.
Postawił parującą filiżankę na blacie toaletki pośród niezliczonych słoiczków, tubek i przeróżnych akcesoriów niezbędnych każdej kobiecie. Nie odmówił też sobie przyjemności ucałowania smukłego karku. Gdy nachylił się, dłoń sama powędrowała na udo, przesunęła się po jego wewnętrznej stronie, Majewska westchnęła cicho.
– Miałaś mi coś opowiedzieć – szepnął jej do ucha.
Tym razem nie miał wątpliwości, kobieta naraz zesztywniała, choć szybko opanowała się.
– Pamiętam. Ogarnij się jednak najpierw i zjedzmy śniadanie, to będzie dłuższa historia.
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.