Staszek, cz.5
25.02.2011
Można powiedzieć, że siły zła zatriumfowały. Ogłaszam publicznie, że “Staszek” oficjalnie przechodzi do kategorii Wielkich Dzieł Nigdy Nienapisanych. Ziarna wiary w potencjał tej historii poleciały mi na łeb niczym ryż na misterną fryzurę panny młodej. Trafiły niestety na podatny grunt i przy tej ich liczbie wykiełkował nie tyle pomysł, co cały ich zagon. Ponieważ “dzieł” niedokończonych mam na koncie milion, postanowiłam jednak “Staszka” doholować do jakiegoś mniej lub bardziej (mniej!) zgodnego z pierwotnym zamierzeniem finiszu. Zatem pobieżność intrygi i opisów wzrośnie, poziom zagmatwania też, a liczba przewidywanych części zmaleje. Aha, nagminnie zaczną też pojawiać się nazwiska osób żyjących kiedyś tam i mniej lub bardziej zasłużonych wszelkim stronom konfliktu. Bez żadnych opisów i wyjaśnień. Zatem drżyjcie i klękajcie narody, nadciąga chaos w czystej postaci.
Moskwa, grudzień 1934 r.
Anton Zagajew stał nad zimnym i sztywnym ciałem Ojca Narodu. Przez chwilę miał wrażenie, że zaciskana do bólu szczęka zaraz mu pęknie. Drgające delikatnie nozdrza były w tej chwili jedynym dowodem jego zdenerwowania. Zdołał wreszcie rozluźnić nieco mięśnie twarzy, by zadać stojącemu w nogach łóżka lekarzowi pytanie:
– Przyczyna zgonu? – Głos miał chłodny, rzeczowy, pozornie nie wróżący niczego złego, a mimo to stojący przy drzwiach Myszkin uśmiechnął się krzywo pod wąsem, ciesząc się, że nie on znajduje się w skórze lekarza.
– Na-naturalna – zająknął się doktor. – Nie ma żadnych śladów na ciele, zresztą nikogo tu nie było od zakończenia przyjęcia, to znaczy od północy…
– Wiem, kiedy skończyło się przyjęcie – warknął Zagajew. – Byłem na nim. Trucizna?
– N-nie wiem. Musielibyśmy zrobić analizy… Możliwości są w zasadzie nieskończo…
– To na co jeszcze czekacie? – Tym razem Zagajew odwrócił się do rozmówcy.
Lekarz pobladł jeszcze bardziej, wyszarpnął z kieszeni nerwowym ruchem ogromną chustkę, która jakiś czas temu była zapewne biała, i przetarł drżącą ręką spocone czoło.
– Ju-już, w tej chwili, towarzyszu… – zaczął bełkotliwie.
Zagajew odprawił go krótkim ruchem dłoni.
– Żenia, zadbaj, by towarzyszowi Suszko dostarczono wszystko, czego zażąda. Wydzielcie jakiś pokój i przenieście tam ciało…
– Trzeba go zabrać do szpitala – wtrącił nieśmiało Suszko. – Do kostnicy, tam mamy…
– Ciało nie może opuścić Kremla – uciął sucho Zagajew. – Przynajmniej do chwili, gdy nie dowiemy się, co tu zaszło. Wy też nie opuścicie kompleksu, dopóki nie udzielicie nam satysfakcjonującej odpowiedzi.
To rzekłszy, wszedł, nie czekając na reakcję przerażonego doktora. Żenia poprowadził słaniającego się ze strachu medyka do sąsiedniego pokoju i z pozazdroszczenia godną cierpliwością pilnował, by ten sporządził listę wszystkich potrzebnych mu sprawunków.
Zagajew tymczasem wyszedł na korytarz i zapalił papierosa. Zaciągnął się głęboko, nim przywołał do siebie szczupłego, niewysokiego bruneta o nieco przetłuszczonych włosach. Czterdziestoletni, odziany w skórzany płaszcz mężczyzna o ziemistej cerze i wydatnym nosie przybliżył się do Zagajewa krokiem przywodzącym na myśl łasicę.
– Tak, Anton Siergiejewicz?
– Misza, posłuchaj mnie uważnie – Zagajew nie uniósł głosu nawet o ton, lecz Michał Fiodorowicz Birkowski wiedział, że jego przełożony ma nerwy napięte niczym postronki. – Mamy może czterdzieści osiem godzin na odnalezienie sprawcy, potem polecą głowy. Moja pierwsza, a wasze chwilę później. Tu nikt nie będzie się z nami cackał, chyba że zdołamy dostarczyć im winnego — imperialistycznego szpiega. Rozumiesz, Misza?
Birkowski skinął nieznacznie głową.
– Niech Natasza sprawdzi wszystkich, którzy byli wczoraj na przyjęciu. Ty zajmij się tymi Anglikami, powinni ciągle być w hotelu.
Misza czekał na dalsze polecenia, lecz te nie nastąpiły. Znał swojego szefa, jednak postanowił zaryzykować:
– A co z Heleną Konstantynowną?
– Sam z nią porozmawiam – odparł głucho Zagajew.
***
W niedużym pokoju moskiewskiego mieszkania paliła się jedynie mała lampka, która stała na okrągłym stoliku koło wysiedzianego, ale nadal wygodnego fotela. Światło padało na karty otwartej książki, oświetlając przy okazji leżącą na zszyciu dłoń. Reszta sylwetki śpiącej w fotelu kobiety kryła się w miękkim półmroku, lecz gdyby ktokolwiek mógł ją teraz obserwować, z pewnością pozazdrościłby błogiego spokoju, jaki odbijał się jej twarzy.
Delikatny uśmiech błąkał się nieśmiało w kącikach ust, a niezmącone troską oblicze promieniowało zadowoleniem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Inka Majewska spała bez lęków. Cały dzisiejszy dzień upłynął jej w przyjemnie leniwej atmosferze, nieskażonej strachem czy potrzebą ciągłego pilnowania się, zważania na każdy gest i krok. Anton Zagajew wyszedł wczesnym rankiem i raczej nie spodziewała się jego powrotu przed nastaniem nocy.
Energiczne trzaśnięcie drzwiami i niewybredna wiązanka rynsztokowych wyzwisk zburzyły ciszę grudniowego wieczoru. Książka zsunęła się z kolan kobiety i z hukiem spadła na podłogę, gdy Inka poderwała się gwałtownie na dźwięk rumoru dochodzącego z korytarza. Chwilę później drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich właściciel mieszkania.
– Nie masz pojęcia, co się dziś wydarzyło – rzucił swobodnie, nieco zbyt swobodnie i natychmiast ruszył w stronę kobiety.
– Piłeś – stwierdziła sucho. Odruchowo uchyliła się, gdy próbował pocałować ją na powitanie.
– To też – przyznał i przyciągnął ją do siebie, nie zważając na protesty i próby oswobodzenia się.
– Zostaw, cuchniesz jak gorzelnia! – wyrwała się z jego uścisku i zaczęła zbierać z dywanu kartki mocno sfatygowanej książki, która przy zderzeniu z podłogą rozsypała się na części.
– Stalin umarł – oświadczył lodowato, przyglądając się z uwagą jej poczynaniom – ale dla ciebie to pewnie żadna różnica.
– Mylisz się – spojrzała mu prosto w oczy. – Gdyby żył, pewnie nie upiłbyś się jak świnia, a ja nie musiałabym zastanawiać się, gdzie spędzić wieczór.
Mówiąc to, skierowała się ku drzwiom. Nie doceniła jednak Zagajewa czy raczej przeceniła poziom jego upojenia alkoholem. Nim zdążyła dotrzeć do wyjścia, chwycił ją za ramię i szarpnięciem przyciągnął do siebie.
– Dokąd to? – zapytał, gdy ich twarze znalazły się w odległości kilku centymetrów od siebie. – Nie myślisz chyba, że pozwolę ci tak wyjść? Musisz odpowiedzieć mi na kilka pytań.
– A co ja mam z tym wspólnego? – zapytała.
– Byłaś wczoraj na przyjęciu, jesteś tak samo podejrzana jak wszyscy inni –zirytował potrzebą tłumaczenia jej oczywistych spraw. – Niech ci się nie wydaje, że zgrabną dupą zapracowałaś sobie na specjalne względy.
Bez zastanowienia wymierzyła mu siarczysty policzek — tak zareagowałaby przecież osoba, jaką starała się odgrywać. Anton Zagajew uniósł w zdumieniu dłoń do piekącej twarzy. Czerwony ślad rysował się na niej tym wyraźniej, że po ledwie przespanej nocy i całym dniu wytężonej pracy mężczyzna był blady niczym kreda.
Cisza, jaka zapadła w pokoju, z każdą chwilą stawała się coraz bardziej namacalna.
Zagajew stał przez chwilę bez ruchu, a potem przeniósł na Majewską wzrok, w którym pogarda walczyła o lepsze z niepohamowaną wściekłością. Dziki, niekontrolowany gniew, wzmagany strachem o własne życie wybuchnął w nim nagle z całą mocą.
Inka cofnęła się odruchowo, już chciała odezwać się, gdy uderzył ją, po męsku, na odlew, nie bacząc na nic. Krzyknęła z bólu, zatoczyła się, próbując odzyskać równowagę, lecz nie zdołała ustać na nogach. Z impetem upadła na podłogę, wydając przy tym jeszcze jeden, tym razem nieco cichszy okrzyk.
– Wy, innoston’cy, myślicie, że wszystko wam wolno – cedził Zagajew powoli, bo wściekłość i wypity alkohol z trudem pozwalały mu panować nad językiem. Zbliżał się do przerażonej kobiety powoli, niczym drapieżnik do ofiary. – Sądzisz, że jesteś taka sprytna…
– O czym ty… – zaczęła, lecz nie zdołała skończyć, bo kolejne uderzenie znów powaliło ją na podłogę.
– Nie przerywaj mi – nie podniósł głosu nawet o jotę. Chwycił ją za ramię i szarpnięciem postawił na nogi. – Wydaje się ci się, że zdołasz mnie przechytrzyć? Już ja ci pokażę, jak bardzo się mylisz. Jeśli wiesz cokolwiek o tej sprawie, powiesz mi to tu i teraz.
***
Olga Siemionowna siedziała w saloniku przylegającym do pracowni, w której od lat ubierały się największe damy moskiewskiej elity, i z niezmąconym spokojem obserwowała kroplę herbaty sunącą niestrudzenie po ściance szklanki. Tuż przed tym jak brązowa ciecz miała zetknąć się z lnianym obrusem, Timochina starła ją serwetką. Obrzuciła krzywym spojrzeniem krzyżówkę, z którą nie mogła uporać się już od kilku dni, po czym pełnym niechęci ruchem zgarnęła gazetę ze stołu.
Choć nad Moskwą od kilku godzin niepodzielnie panowała ciemność, pora była jeszcze dość wczesna, dochodziła zaledwie dziewiąta wieczorem. Krawcowa podniosła się z niejakim trudem — reumatyzm dawał się jej coraz bardziej we znaki — i bez pośpiechu ruszyła w stronę kuchni, by przyrządzić sobie skromną kolację.
W tym właśnie momencie całe pomieszczenie wypełnił krótki, ostry, lecz nie nazbyt głośny dźwięk dzwonka, który urwał się zaledwie po dwóch sekundach. Timochina zamarła, a chwilę później narzuciła na ramiona wełnianą chustę i szybko, nie zważając na ból w stawach, wybiegła truchtem na podwórko.
Śnieg sypał mocno, lecz nie zdołał zakryć jeszcze świeżych śladów opon samochodu, który pojawił się znikąd w otoczonej ze wszystkich stron murami domów studni. Ktokolwiek wjechał w arbacką bramę, zaparkował tak, że pojazd pozostawał zupełnie niewidoczny z ulicy.
Krawcowa zadarła głowę i odruchowo odliczyła okna na trzecim piętrze. Drugie od lewej było ciemne. Gdyby nie dzwonek i obcy samochód nie podejrzewałaby w ogóle, że ktoś nieproszony zawitał do mieszkania, nad którym miała sprawować pieczę.
Natychmiast wróciła do domu i zostawiwszy uchylone drzwi wejściowe, by słyszeć ruch na korytarzu, sięgnęła po słuchawkę telefonu.
– Fiodor Kazancew? Tu Timochina z Arbatu. Proszę przekazać małżonce, że jednak na garsonkę zeszło pół metra więcej. Dziękuję.
Szybko wróciła do niewielkiej poczekalni. Przysiadła na krześle, lecz nie była w stanie uspokoić rozdygotanych nerwów. Zawiadomiła szefa o niezapowiedzianej wizycie, posłużyła się odpowiednim hasłem, dając znak, że u niej nie pojawiły się żadne trudności, teraz zaś powinna czekać cierpliwie na kontakt. Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, co miałaby zrobić, gdyby tajemniczy gość zechciał opuścić kamienicę lub gdyby jednak okazało się, że wpadli, a do jej drzwi zapukaliby agenci bezpieki.
Wreszcie zdecydowała, że nie obejdzie się bez odrobiny czegoś mocniejszego. W niezwykłym jak na siebie tempie wróciła do pokoju i wyciągnęła schowaną w bieliźniarce butelkę z zeszłoroczną nalewką. Krawcowa miała swoje zasady — wypiła jedynie kieliszek, po czym wróciła na posterunek przy drzwiach.
Po mniej więcej godzinie oczekiwania jej wątpliwa cierpliwość została wynagrodzona. Drzwi do pracowni skrzypnęły cicho, a na progu stanął nieznany jej człowiek o nieco gburowatym wyglądzie. Zamarła, myśląc początkowo, że oto przyszli po nią z placu Łubiańskiego, lecz chwilę później padły wyczekiwane podświadomie słowa:
– Wieczer, chozajka. Żona przysyła brakującą kwotę za garsonkę. Trzydzieści dwa piętnaście – to mówiąc, wyciągnął w jej kierunku dłoń z odliczoną należnością.
– Nie trzeba było, Fiodor Stiepanowicz. Rozliczyłybyśmy się przy następnej okazji – odparła drżącym głosem Timochina, ciągnąc formułkę dalej.
Nim jednak zdołała skończyć zadnie, za plecami gbura pojawił się wysoki, postawny mężczyzna, z którym miała już kilka razy do czynienia. Zdjął z głowy kapelusz, strzepując z niego śnieg, ściągnął płaszcz i oddał je Timochinie.
– Okolica jest czysta, może się pani nie martwić, Olgo Siemionowna – Witold Kraszewski jak zawsze okazał niezmącony spokój.
– Ten ktoś nadal jest na górze – rzuciła konspiracyjnym szeptem krawcowa. – Przyjechał jakąś godzinę temu i wszedł do mieszkania — wiem, bo włączył się alarm — i od tamtej pory nie wychodził. Auto stoi na podwórku.
– Widzieliśmy. To samochód Zagajewa, ale mieszkanie nie jest pod obserwacją, sprawdziliśmy dokładnie.
– To pewnie ona – mruknął gburowaty towarzysz Kraszewskiego.
– Cholera by wzięła tę babę – Polak nie krył irytacji. – Zaczekaj tu, a panią, Olgo Siemionowna, poproszę o klucze.
– Pójdę z panem. W najgorszym razie będziemy udawać, że chce pan wynająć tę ruderę. Z polecenia pani Heleny ma się rozumieć, wy przecież się znacie – podrzuciła Timochina.
– Dobra myśl – zgodził się Kraszewski.
Poszli na górę, starając się nie robić przy tym zbyt wiele hałasu, choć wyślizgane deski drewnianych schodów nie ułatwiały im zadania. Witold sunął na przedzie, nieco spłoszona Timochina tuż za nim. Dotarli wreszcie na trzecie piętro. Kraszewski wziął klucze i spróbował przekręcić je w zamku, ten jednak okazał się już otwarty.
Mężczyzna wszedł bez wahania i przekręcił kontakt. Całe pomieszczenie utonęło w jasnym świetle żarówki. Mieszkanie przedstawiało sobą widok typowy dla każdego pustostanu. Obdrapane i przykurzone ściany, gołe deski podłogi, niemyte od lat okna nie zachęcały do dłuższego pobytu. Lokalu używano sporadycznie, gdy trzeba było ukryć kogoś lub coś przed czujnym okiem służby bezpieczeństwa. Zawsze jednak robiono to z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności.
– Zgaś to, do jasnej cholery – dobiegło go niewyraźne polecenie wydane po rosyjsku.
– Głupia gęś – warknął Polak. Inka, pozostająca pod ciągłym nadzorem obstawy Zagajewa, w ogóle nie miała prawa zbliżać się do mieszkania na Arbacie. – Kompletna, nieodpowiedzialna idiotka, do tego zupełnie pijana. Dobrze, że mnie pani zawiadomiła, Olgo Siemionowna. Tym razem przeholowała, pora by ktoś coś z tym zrobił.
Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie, by wyjść.
– Niech pan poczeka. – Timochina złapała go za rękaw.
Krawcowa podeszła powoli do zwiniętej w barłogu postaci i delikatnie uniosła ramię, którym kobieta zasłaniała się przed rażącym ją światłem. Natychmiast też odsunęła się wystraszona i przeżegnała trzy razy. Stojący ciągle w drzwiach Witold wciągnął gwałtownie powietrze, widząc opuchniętą i zakrwawioną twarz. Niemal natychmiast znalazł się przy łóżku.
– Cholera, Inka, kto… – zaczął.
– Anton Zagajew, w któżby inny – warknęła krawcowa. – Mówiłam, że tak się to skończy.
– Zdążyłam uciec – w głosie pobitej kobiety pobrzmiewała przedziwna satysfakcja.
Kraszewski nie miał bladego pojęcia o czym mówiły, ale uznał, że to nie pora na rozstrzyganie tego problemu.
– Dasz radę iść sama – zapytał.
– A nie mogę jeszcze poleżeć? – zapytała, po czym stęknęła boleśnie.
Witold nie wdawał się w dyskusję. Chwycił ją na ręce i ruszył ku drzwiom.
– Olgo Siemionowna, zamknie pani?
Krawcowej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko pogasiła światło, zamknęła mieszkanie na cztery spusty i podreptała za Kraszewskim do swojej sutereny. Dotarła tam na tyle szybko, że zdołała jeszcze zobaczyć końcówkę nierównych zmagań Majewskiej z Kraszewskim — kobieta starała się za wszelką cenę dostać do drzwi wyjściowych, w czym skutecznie przeszkadzał jej zagradzający drogę Polak. Jego pomocnik przyglądał się zza stołu całej scenie ze stoickim spokojem.
– Usiądźże, do jasnej cholery – warknął już nieco poirytowany Kraszewski. – Olgo, niech pani przyniesie trochę wody. Trzeba ją doprowadzić do jakiegoś ludzkiego stanu.
– Zostaw. – Inka próbowała opędzić się od niego, nie kryjąc irytacji. – I co ja mu powiem, jak wrócę? Że wpadłam do szpitala, żeby mnie opatrzyli?
– Oszalałaś, kobieto? – Timochina, która przysłuchiwała się ich rozmowie, z niedowierzania złapała się za głowę. – Mało ci jeszcze? Naprawdę chcesz, żeby ten bydlak zatłukł cię na śmierć?
– Ile to trwa? – Witold próbował spojrzeć Majewskiej w oczy, a w zasadzie w jedyne widoczne oko, ale ona z uporem odwracała głowę.
– Od początku – syknęła krawcowa. – Gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy już była posiniaczona. Musi ją pan stąd zabrać, Witoldzie Pawłowiczu.
Witek zaklął pod nosem i zaczął nerwowo przechadzać się po niewielkim pokoju. Prosta interwencja skomplikowała się w jednej chwili — Kraszewski mógł nie lubić Inki, nie pochwalać zachowań, ale nie chciał ryzykować ani jej życia, ani tym bardziej ujawnienia całej moskiewskiej siatki, co prędzej czy później musiało nastąpić, gdyby Majewska pozostała w zasięgu Zagajewa. Witold ani przez chwilę nie wątpił, że w takich warunkach prędzej czy później kobieta musi popełnić jakiś błąd — na cud zakrawało, że nie zdradziła się z niczym do tej pory.
– A ty dokąd? – spytał, widząc jak Majewska niezdarnie stara się pozbierać swoje rzeczy z kanapy. – Wracasz do Polski.
– Witek, zastanów się przez chwilę – odezwała niewyraźnie, z trudem wygłaszając dłuższą przemowę – zgarną cię od razu, jeśli ucieknę. Wszystko, co do tej pory zrobiliśmy, wszystkie informacje stracą jakąkolwiek wartość. Wierz mi, gdyby było jakieś inne wyjście, w ogóle bym się nie zastanawiała…
– Jest inne wyjście. – W oczach Kraszewskiego zapłonął przedziwny blask. Usadził Inkę na kanapie, nie zważając na jej protesty, po czym wywołał na chwilę ponurego typa, z którym pojawił się u krawcowej, do kuchni i przez kilka minut tłumaczył mu coś szeptem.
Kobiety słyszały jedynie urywki słów, Timochina zresztą starała się nie słuchać zbyt intensywnie, a Inka z trudem starała się zachować jako taką przytomność umysłu. Wreszcie obydwaj wrócili do pokoju.
– Niech pani znajdzie dla niej jakieś ciuchy – rozkazał Kraszewski, po czym zwrócił się do Inki: – Oddaj mi wszystko, co ze sobą przyniosłaś, biżuterię, torebkę, ubranie. Wszystko.
Oszołomiona Majewska pozwoliła wyprowadzić się do pracowni, posłusznie oddała Timochinie wszystko, co miała przy sobie i na sobie, po czym przebrana w jakieś nieodebrane przez klientkę ubranie, usiadła na kanapie i z radością przyjęła z rąk Timochiny kieliszek nalewki wiśniowej.
Ponury typ zniknął gdzieś bez śladu z całym jej dobytkiem, Kraszewski natomiast rozmawiał w skupieniu przez telefon, wydając komuś enigmatyczne polecenia.
***
Obudziło go gwałtowne dobijanie się do drzwi o piątej rano. Anton Siergiejewicz uniósł się nieco na łokciu i rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju. Po całej nocy spędzonej na wąskiej kanapie w salonie czuł aż nazbyt dobrze każdą kość i każdy mięsień. Zaklął pod nosem na myśl, że Helena nie zbudziła się przed nim i nie otworzyła jeszcze drzwi. Powoli też zaczynał odczuwać nasilające się coraz bardziej objawy kaca.
Łomotanie nie ustawało, ktoś zaczął wykrzykiwać jego nazwisko, więc Zagajew niechętnie zwlókł się z barłogu i poczłapał otworzyć natrętom. Czuł się niczym trzydniowe zwłoki i tak też wyglądał — w wymiętoszonym, zalanym alkoholem garniturze, z nieogoloną twarzą i workami po oczyma mógł spokojnie konkurować o laur pierwszeństwa z martwym Józefem Wissarionowiczem.
Ta myśl otrzeźwiła go nieco. Nie przypuszczał wprawdzie, aby już wydano na niego wyrok, tym niemniej zmarnował sporo czasu na kłótnię z kochanką, a na jego nadmiar nie mógł teraz narzekać. Przygotował się na długie wyjaśnienia i otworzył drzwi.
Ku własnemu zdumieniu ujrzał na progu dwóch mężczyzn odzianych w ciemne mundury milicji i towarzyszącego im Iwana Pawłowicza z ochrony budynku.
– Anton Siergiejewicz Zagajew? – upewnił się jeden z milicjantów.
Zagajew skinął głową na potwierdzenie.
– Znaleźliśmy wasze służbowe auto. – Zdumienie, jakie odmalowało się w tej chwili na twarzy skacowanego mężczyzny, skłoniło stróża prawa do dalszych wyjaśnień: – Wczoraj w nocy na Sadowom Kolce miał miejsce wypadek. Samochód wpadł w poślizg i uderzył w mur domu, potem zapalił się. Prowadząca go kobieta niestety nie przeżyła.
– Kobieta? – Zagajew nie był w stanie zdobyć się na bardziej rozgarniętą reakcję.
– Nie wiemy, kim była – wyjaśnił usłużnie drugi z milicjantów. – Myśleliśmy, że może wy będziecie w stanie…
Zagajew nie słuchał dalej. W trzech susach dopadł zamkniętych drzwi sypialni kochanki i otworzył je gwałtownie.
– Helena… – okrzyk zamarł mu na ustach, gdy ujrzał puste, niezasłane do snu łóżko.
2 komentarzy
leave one →
Heeeeej, kak moża?! Należy kontynuować to opowiadanie, taka ładna alternatywa się nam zrobiła, zostałam wciągnięta w to opowiadanie, a tu mnie zrzucasz brutalnie na ziemią, nie wolno… :c
Ależ niczego nie zarzucam. Postanowiłam tylko streścić się nieco i nie zdradzać wszystkich pomysłów pobieżnym szkicem (zresztą, co będzie, to się jeszcze okaże – jak dotąd nie potrafiłam nigdy powstrzymać się przed spojlerami). Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi, bo przecież główni bohaterowie utknęli mi w okolicach śniadania i nieludzkim byłoby ich tak pozostawić. Jednak dopóki nie minie mi choróbsko, strajkuję i nie piszę (za to pracuję i to jest wysoce niesprawiedliwe, o!).
A z innej beczki – dobrze wiedzieć, że dotarłaś jakoś w obce landy i dajesz znaki życia :)