Przeskocz do treści

Diabeł i panna

19.02.2011
Dla wszystkich tych, którym podobały się “Strachy” i którzy zastanawiali się kim, u diabła, jest Mona. :)

– Miłka, gotowaś? – Surowy głos wypełnił wnętrze niewielkiej chaty.
Pytanie spłynęło leniwie z ust mężczyzny siedzącego samotnie przy drewnianym stole, teraz porządnie uprzątniętym po wieczerzy. Mężczyzna zdawał się nie zauważać, że przemawia do pustki. Siedział niewzruszony niczym skała, z jedną dłonią złożoną na wyślizganych deska.jpch stołu, drugą opierając o potężne udo.
Nie był stary, lecz lata młodości miał już za sobą. Spomiędzy popielatych, sięgających ramion włosów coraz gęściej wyzierały pasma siwizny. Choć nadal trzymał się prosto i prezentował nader okazale, próżno było szukać u niego dawnej krzepy. Spacer na wzniesienie, niezbędny, by dostać się do stojącej na skraju lasu chaty, wyczerpał go bardziej niż byłby skłonny przyznać.
Śnieżnobiała, odświętna koszula przykleiła się do szerokich pleców, a skórzany pas uwierał coraz bardziej. Mężczyzna otarł spoconą dłoń o barwione na brąz płótno spodni. Wieczór był nader parny i nic nie zapowiadało, by nadchodzące godziny miały to zmienić.
Bogwied, niegdyś prześwietny myśliwy, dziś najzamożniejszy gospodarz w Lestkowych, niewielkiej wsi w parafii łowickiej, czekał od późnego popołudnia na swoją wychowanicę.
Dziewczyna nie odpowiadała, ale zza przepierzenia dobiegł Bogwieda jej dźwięczny głos i plusk wody. Musiała ciągle szykować się na nadchodzącą ceremonię. Jego zdaniem była to zwyczajna przesada, lecz nie poganiał Miłki — czasu mieli w bród, a jeśli te dodatkowe kilka chwil mogło zapewnić jej spokój ducha, warto było czekać. Inny zapewne wyrzekałby na babskie humory, ale nie Bogwied. Przez lata nauczył się cierpliwości.
Teraz wyciągnął jedynie nogi i rozsiadł się wygodniej na ławie. Czekał. Pokładał w młódce wielkie nadzieje i nie chciał zaprzepaścić szansy na realizację swoich zamiarów przez zwykłą popędliwość.
Z każdym dniem coraz wyraźniej słyszał zew pani Mory, widział też, co kryje się w mgłach przyszłości i nie mógł powiedzieć, by obrazy te napawały go otuchą. Świat zmienił się od czasów jego młodości niemal nie do poznania i zmieniał nadal. Dawne wierzenia odchodziły w niepamięć, a bogowie milczeli, nie odpowiadając już na modły kapłanów.
W Lestkowych nadal jeszcze pamiętano obyczaje ojców, lecz mieszkańcy wsi dawno już nauczyli się nie obnosić z przywiązaniem do starej wiary. Co niedzielę zbierali się pod stojącym na rozstajach krzyżem i oddawali cześć nowemu bogu, a zamożniejsi gospodarze czcili nawet nowe święta w oddalonym o pół dnia jazdy wozem kościele.
Potem zaś wracali do swych chat i szykowali daninę dla starych bóstw, ale z każdym dniem odwracali się od nich coraz bardziej. Dopiero gdy sprawy miały się naprawdę źle, ruszali po pomoc do Staruchy lub Bogwieda, bo tylko oni dwoje żyli jeszcze w zgodzie z dawnym rytmem.
Bogwied od dawna cieszył się łaską Rona, boga losu. Od niepamiętnych dni potrafił wejrzeć za zasłonę mgieł przyszłości i zazwyczaj potrafił wskazać ludziom właściwą drogę. Od lat jednak widział tylko ciemność. Dlatego po naradach ze Staruchą zdecydował się na krok desperacki.
Dwanaście lat temu wybrali wspólnie dziewuszkę, wtedy sześcioletnie dziecko, nakazali chować ją zgodnie z pradawnym zwyczajem, by we właściwej chwili móc przeprowadzić ją przez niemalże zapomniany rytuał. Dziś Miłka, pierwsza od wielu pokoleń panna rodna, miała zostać naznaczona, by później zespolić się z bogiem i dać życie istocie potężniejszej niż jakikolwiek posłannik nowej wiary.
Skrzypnięcie drzwi prowadzących do mniejszej izby wyrwało Bogwieda z zamyślenia. Dziewczyna przystanęła na środku izby i okręciła się kilka razy, by zaprezentować wyniki swoich starań. Wyraźnie czekała na reakcję. Bogwied przyjrzał się jej uważnie po raz pierwszy dostrzegając to, co dotąd wyraźnie mu umykało.
Gdzieś w czasie tych dwunastu lat Miłka przemieniła się w kobietę.
Nie, nie była jeszcze w pełni dojrzała, lecz jej figura nabrała już odpowiednich proporcji. Pod białym giezłem wyraźnie rysowały się krągłe piersi i szerokie biodra. Wprawdzie w minionych latach dziewczyna zajmowała szczególne miejsce w społeczności i każdy mieszkaniec wsi, chciał czy nie chciał, dokładał się do jej utrzymania, lecz musiała przecież zadbać o własne obejście. Ciężka praca nie była jej obca, przeto ramiona miała silne, kształtne, nogi mocne, a twarz jej tryskała energią.
Promienie letniego słońca delikatnie ozłociły jej skórę, nadając nietypowej urodzie jeszcze bardziej egzotycznego posmaku. Pośród jasnowłosych i niebiesko- lub zielonookich mieszkańców łowickiej wsi kasztanowe loki Miłki i jej ciepłe, orzechowe oczy nie mogły pozostać niezauważone. Nic też dziwnego, przodkowie jej ojca pochodzili z odległego, leżącego gdzieś na południu, kraju. To ich cechy zwróciły pierwotnie uwagę Bogwieda, gdy szukał szczególnego, wskazanego przez los dziecka.
Miłka przeczesała nerwowym ruchem ciągle wilgotne włosy, które spływały na plecy wijąc się i skrząc gdzieniegdzie czerwieńszymi odblaskami. Czekała na jego, Bogwieda, opinię. On tymczasem poczuł się jak młokos — na widok tryskającej świeżością panny zapomniał języka w gębie.
– Tak, zacnie – zdołał wreszcie wypowiedzieć pochwałę, która nawet w połowie nie oddawała jego zachwytu nad urokiem stojącej przed nim postaci. – Choć nie wiem, czy aby na pewno takie starania były konieczne. Zamierzasz szykować się tak co noc?
– Co noc i co dzień. – Dziewczyna pokiwała energicznie głową. – Przecież nie wiemy, kiedy on przyjdzie.
Ani czy w ogóle, pomyślał w tej samej chwili, lecz nie wypowiedział swych obaw na głos.
– Dobrze, dziecko, chodźmy już, bo noc zastanie nas w lesie, a tego byśmy nie chcieli.
Wolał zwracać się do niej tak jak zwykle, nieco protekcjonalnie. W ten sposób łatwiej przychodziło mu zapanować nad coraz intensywniejszą żądzą, przez którą krew w jego żyłach zaczęła żywiej krążyć. Bogwied pomyślał bluźnierczo, że jeżeliby Ron nie pokusił się na ten kąsek, byłby łachudrą niegodnym czci.
Miłka owinęła się chustą, by nie ubrudzić odświętnej koszuli, kapłan zaś chwycił sękaty kostur oparty o drewnianą ścianę chaty. Wyszli, gdy słońce stało jeszcze nieco nad horyzontem. Bogwied oceniał, że zdążą powrócić nim zniknie zupełnie pochłonięte przez głodną jego ognia ziemię — mieli przecież najdłuższy dzień w roku.
Ruszyli miarowym tempem ścieżką wydeptaną tysiącem kroków stawianych na niej przez setki nóg tych, co odeszli już do królestwa Mory i tych, co żyli dziś. Dróżka wiła się pomiędzy omszałymi pniami, prowadząc dwójkę wędrowców do skrytego pod baldachimem liści kręgu.
Dwanaście dębów zasadzonych jeszcze w czasach gdy nikomu jeszcze nie śniło się o odejściu od wiary ojców, rosło dumnie w sercu gęstego lasu. Pomiędzy nimi zieleniła się jedynie soczysta trawa — żadne inne drzewo ani żaden krzew nigdy nie zapuściły tam korzeni.
Las zdawał się być rozświetlony własną, zielonkawą poświatą. Ostatnie promienie słońca z trudem przebijały się przez gęsty dach liści, nadając wszystkiemu wokół prawdziwie niecodzienny wygląd. Ciężkie, wilgotne powietrze uderzało do głów zapachem dzikich ziół, świeżej żywicy i leśnych owoców.
Miłka, drepcząca potulnie za Bogwiedem, pogrążyła się w rozmyślaniach na temat czekającej ją przyszłości. Wiedziała, co jest jej przeznaczone, choć jej opiekun niechętnie mówił z nią na ten temat.

***

Zbudziło ją łomotanie do drzwi. Ten, kto dobijał się do jej chaty, musiał być mocno zniecierpliwiony, bo spomiędzy ciasno zbitych desek sypały się drobiny kurzu. Wyprostowała się gwałtownie, natychmiast zresztą żałując tego pośpiechu, gdyż po całej nocy spędzonej z głową na blacie drewnianej ławy ledwo mogła się poruszać.
Starała się przypomnieć sobie, dlaczego spała tu, zamiast położyć się we własnym łóżku, lecz natarczywe głosy dochodzące z zewnątrz nie pozwalały jej zebrać myśli.
– Otwieraj, przeklęta! – Jeden głos wybił się ponad pozostałe. – Wiemy, że tam jesteś, czarci pomiocie!
Drzwi zatrzeszczały niebezpiecznie. Wiedziała, że jeśli ich nie otworzy, prędzej czy później będą musiały ustąpić pod naporem wściekłego tłumu. Wyszła na środek izby, nie wiedząc co dalej czynić, gdy nagle charakter dobiegających ją odgłosów uległ zmianie. Ludzie nadal burzyli się, lecz podniesione głosy cichły, przechodząc stopniowo w gniewne pomruki.
– Otwórz, dziewczyno! – zagrzmiało za drzwiami chropowato.
Wiedziała, kto to. Nikt inny nie używał już tego miana, wołano na nią różnie: przeklęta, diabli pomiot, czarcica i tylko on ciągle zwracał się do niej „dziewczyno”.
– Wejdź – powiedziała, nie ruszając się z miejsca.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Stał niemalże na progu. Ciągle gęsta grzywa włosów opadała na przygarbione wiekiem i zmartwieniami ramiona, lecz od lat już miała kolor śniegu. Głębokie bruzdy poorały jego twarz, a usta prawie nigdy nie wyginały się już w szczerym uśmiechu. Tego żałowała najbardziej, dawniej lubiła patrzeć gdy się uśmiechał, lubiła dawać mu powody do radości.
Dziś Bogwied nie miał ich zbyt wielu.
– Odstąpcie – zwrócił się do szemrzącego znów głośniej tłumu. – Porozmawiam z nią i wyjaśnimy wszystko spokojnie.
– A co tu wyjaśniać, Bogwiedzie – warknął Janko, najstarszy młynarza. – Toć wiadomo, że czarcica wszystkiemu winna. To przez nią tatko…
– Zamilcz. – Bogwied nie musiał unosić głosu, by zyskać posłuch. – Jeśli jest winna, będzie wiedziała, z czym przychodzimy. Odstąpcie.
Tłuszcza zebrana pod drzwiami chaty niechętnie odsunęła się nieco, ale nikt nie ruszył w stronę wsi. Bogwied zmierzył ich niechętnym spojrzeniem, lecz wiedział, że nie uzyska nic więcej. Byli uparci i chcieli stać tu do chwili, gdy sprawy zostaną wyjaśnione. Wzruszył więc ramionami i wszedł do izby.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym łupnięciem.
– Nie lubię, gdy to robisz – stwierdził.
Nie odpowiedziała i nie ruszyła się z miejsca. Tkwiła pośrodku izby niczym posąg, mierząc go wyzbytym wszelkiej nadziei spojrzeniem. Była niemal identyczną kopią swojej matki — te same kasztanowe loki, w których co chwila migały jaśniejsze pasma, taka sama figura, drobna i szczupła, lecz przecież kobieca, rysy twarzy tak podobne do Miłkowych, że czasem odnosił wrażenie jakby jego wychowanica powstała z mar. Tylko spojrzeniu czarnych, bezdennie pustych oczu brakowało tamtego ciepła i łagodności.
Oczy musiała odziedziczyć po ojcu, a Bogwied modlił się w duchu do starych i nowych bogów, by sprawili, żeby pozostały one jedyną cechą, którą przejęła po tym, kto ją spłodził.
Westchnął ciężko i ruszył w stronę swego zwykłego miejsca pod ścianą. Wiele się tu zmieniło od śmierci Staruchy.
W izbie królował brud. Palenisko wygasło zapewne kilka dni temu, lecz nikomu nie było śpieszno, by je rozpalić. Okopciały kociołek z resztkami jedzenia stał na stole zapewne od kilku dni w niezmienionym położeniu. Bogwied czuł wyraźnie, że to, co się w nim znajdowało, dawno już powinno opuścić i naczynie, i izbę.
Na ścianach straszyły smutno kikuty ziół zbieranych jeszcze przez Staruchę, a na klepisku pełno było mysich odchodów, źdźbeł słomy, szmat, które kiedyś pełniły rolę przyodziewku. Tu i ówdzie walały się też skorupy po garnkach i misach, połamane łyżki, porozrzucane noże, słowem wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do życia.
– Po co to robisz? – zapytał wreszcie, choć nie wierzył, by mu odpowiedziała.
Istotnie, początkowo milczała, wpatrując się tylko w niego tępo, ale w końcu zdecydowała się przemówić. Ledwie słyszalny szept brzmiał bełkotliwie, niepewnie, jakby stojąca pośrodku izby dziewczyna nigdy nie nauczyła się mówić.
– To nie ja… – zaczęła nieskładnie.
– Wiesz, dlaczego tu przyszli? – przerwał jej.
Pokręciła tylko głową w milczeniu.
– Młynarz ułożył się z opactwem. Przekazał młyn mnichom w zamian za dożywotnią opiekę. Mówią, że tyś go do tego namówiła.
– Nie byłam we wsi. – Każde słowo spływało z jej ust niechętnie, z ociąganiem.
– Nie łżyj! – Bogwied aż uniósł się z wyślizganej ławy. – Widziałem cię sam trzy dni temu. Rozmawiałaś z młynarzem. Po coś posłała go do opata?
– Nie pamiętam…
Zaskoczyła go. Spodziewał się raczej pokrętnych wyjaśnień, prób usprawiedliwienia, w najgorszym razie wybuchu wściekłości, ale nie takiego wyznania. Pustka w jej spojrzeniu ustąpiła miejsca błaganiu o pomoc. Wpatrywała się w Bogwieda tak intensywnie, że niemalże czuł ciężar jej wzroku na własnej piersi.
– Czego nie pamiętasz? – zapytał już spokojniej.
Nadal tkwiła pośrodku izby, nie poruszywszy się ani o włos, przekrzywiła jedynie nieco głowę, pozwalając by rozczochrane włosy zakryły lewą stronę jej twarzy. Przypominała mu wróbla, który w skupieniu obserwuje zupełnie niezrozumiałe dla niego poczynania ludzi.
– Niczego. Nic już nie mam. Tylko głosy – odparła z rozbrajającą szczerością. – Dzień i noc, Bogwiedzie. Słyszę je nawet we śnie. Szepczą, wyklinają, nawołują. One wiedzą, znają sekrety i pragnienia…
Bogwied zamknął oczy i wciągnął głęboko zatęchłe powietrze izby, mając mimo wszystko nadzieję, że pomoże to w czymkolwiek. Jego najgorsze obawy potwierdzały się z każdą chwilą rozmowy. Dwadzieścia pięć lat temu stworzyli ze Staruchą potwora.
A mimo to nie potrafił jej tak zostawić. Przez te wszystkie lata gdy jej moc pozostawała uśpiona, nie dała mu ani jednego powodu do wstydu. Traktowała jego i Staruchę z szacunkiem należnym opiekunom, uczyła się pilnie wszystkiego, co mogła przekazać jej zielarka i sumiennie wypełniała swoją powinność wobec wsi, gdy Starucha zaniemogła zupełnie. Opiekowała się chorą z oddaniem i nigdy nie skarżyła się na niechęć, z jaką przyjmowano ją w osadzie.
– Odejdź, dziewczyno – przerwał jej tę nieskładną wyliczankę. – Uspokoję ich jakoś, przekonam, by wrócili do domów, ale odejdź stąd jeszcze dziś. Nie ma tu dla ciebie miejsca.
10 komentarzy leave one →
  1. 19.02.2011 15:25

    Pociągnij tą historię dalej. Podoba mi się – przypomina mi “Świat Dysku” – tak troszkę. :)

    • 19.02.2011 16:49

      “Świat dysku”?? No, takiego porównania się nie spodziewałam :)

  2. 19.02.2011 16:08

    tak troszkę tylko

    • 19.02.2011 16:45

      Nie no, nie czepiam się wcale. Co najwyżej jestem nieco zaskoczona, ale mile :)

  3. 19.02.2011 20:37

    O, tak naprawdę, to to smutne było, chociaż ze “Strachów” wiadomo, że jakoś sobie Mona poradziła. Faktycznie mój klimat, Słowianie, pogaństwo, zdecydowanie trafione, zresztą już nie po raz pierwszy ;))
    Pozdrawiam serdecznie i przepraszam, że tak krótko, ale jakoś nie wiem, co bym mogła rzec więcej.

    • 20.02.2011 11:23

      Słowian jestem w stanie przemycić wszędzie :D. No a że smutnie, trudno. Mona lekkiego życia nie miała, co najwyżej długie. Jak mnie poniesie i machnę kawałek dalej tę historię, to dam znać, bo tak ogólnie to to jest odrzut.

    • 20.02.2011 14:49

      Nie miałabym nic przeciwko :D

    • 20.02.2011 16:56

      Chyba się skuszę :)

  4. Anonim permalink
    13.06.2011 11:50

    Droga Julio,

    jeżeli pozwolisz, abym się tak do Ciebie zwracał…

    na Twój blog zawiodła mnie ponownie zwykła ciekawość, czy zgodnie z zapowiedzią usunęłaś wątek naszej wymiany korespondencji w kwestii ‘drag queen’.

    przy okazji ‘dałem się wpuścić’ w czytanie Twioch prób pisarstwa….

    nie uzurpując sobie prawa do literackiej oceny Twoich tekstów ośmielę się wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat.

    zarówno wątek poświęcony inkubowi jak i Bogwiedowi jest pisany dobrym, intrygującym czytelnika językiem i masz dar bezpretensjonalnego budowania napięcia.

    Twoje etiudki czyta się dobrze a łatwość przechodzenia z jednych uwarunkowań do innych ( ‘piastowskie’ realia ‘Diabła i panny’) świadczą o Twoich szerokich możliwościach adaptacyjnych i niewatpliwie wysokiej inteligencji – jeśli pozwolisz….

    pozdrawiam serdecznie i życzę samych sukcesów,

    szczepan kuczwara

    • 14.06.2011 12:22

      Ależ proszę uprzejmie, wprawdzie nie afiszuję się zbytnio z tymi tutaj przejawami niespełnienia, ale też nijak ich nie ukrywam, a imię swoje lubię, więc naprawdę żadnych przeciwwskazań nie widzę. Wpis o “drag queen” pozwoliłam sobie usunąć nawet przed powiadomieniem o tym, jakże “podniosłym”, wydarzeniu.

      Dziękuję bardzo za czas poświęcony na wyczytywanie tych tekstów i za opinię (o tę z jakichś przyczyn zawsze najtrudniej). Nie ukrywam, że rozpiera mnie duma, bo przyjemność płynącą z lektury zawsze uważałam za najważniejszy aspekt każdego dzieła fabularnego i cel, jaki powinien przyświecać autorom tychże. Mam też świadomość, że upodobałam sobie gatunek, który nie cieszy się zbytnim poważaniem, więc i o przychylne oceny nieco trudniej.

      Nad sukcesami staram się pracować usilnie, choć na razie z mizernym skutkiem. Oczywiście jak na jednostkę próżną przystało, nie omieszkam pochwalić się, gdy jakieś wreszcie się pojawią.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Julia

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.