Przeskocz do treści

Staszek, cz. 4

4.02.2011
Uff… Wrzucam na poprawę humoru. Sobie. Jest niedorobiony, niedopracowany, ale nie mam siły (ni czasu) siedzieć nad nim dłużej. Zażalenia proszę składać pod adresem autorów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych :).

Moskwa, grudzień 1934 r.

– Olgo Siemionowna, jest pani prawdziwą artystką! – okrzyk zachwytu, jaki wyrwał się z ust klientki, przebił się nawet przez dźwięki płynącego z radioli romansu.
Inka stała przed wysokim na prawie dwa metry lustrem i podziwiała efekty pracy krawcowej. Obróciła się kilka razy — to w prawo, to w lewo — urzeczona kształtem kreacji.
Ciemnoszara, prawie grafitowa suknia wykonana z lejącej się, jedwabnej żorżety miała niecodzienny fason, zdawałoby się, że zbyt surowy dla stroju wieczorowego. Góra zakończonego wysokim golfem stroju przylegała ściśle do ciała, długie, mocno marszczone przy dłoni rękawy były równie wąskie. Spódnica sukni obejmowała delikatnie biodra i spływała miękko na ziemię, odkrywając zaledwie czubki butów na dość wysokim obcasie.
Strój ten byłby zapewne zbyt ascetyczny, by przywdziać go z myślą o balu sylwestrowym — raczej już o pogrzebie i to własnym — gdyby nie głębokie wycięcie dekoltu w kształcie szerokiej łzy, podszyte przetykaną srebrną nicią koronką o wymyślnym wzorze, które rozpoczynało się tuż pod sfałdowaną materią golfu i odkrywało nienachalnie spory fragment kształtnego biustu.
Inka była oczarowana. Olga Siemionowna, właścicielka jednej z ostatnich prywatnych pracowni krawieckich na Arbacie, dokonała rzeczy niemal niemożliwej. W jednej chwili dla Majewskiej stało się jasne, dlaczego mimo ciężkich czasów, nieprzychylności władzy i braku jakiejkolwiek reklamy mały zakład mieszczący się w suterenie podwórka bramy pod numerem 25. nie narzekał nigdy na brak klientek.
Timochina zaczęła ostrożnie odpinać guziki ledwie sfastrygowanej sukni. Inka zebrała włosy w nieporządny kok, by ułatwić krawcowej manewrowanie tycimi pętelkami i drobniejszymi niż paznokieć małego palca guzkami.
– Tak je upnij – zakomenderowała sucho starsza kobieta. – Dzięki temu całość będzie lżejsza. Nic więcej nie mogłam zrobić, biorąc pod uwagę okoliczności.
– Jest doskonale, naprawdę. – Inka starała się ostrożnie wysunąć rękę z wąziutkiego rękawa.
Krawcowa, uporawszy się z odpinaniem dwudziestu guzików na plecach, chwyciła materiał przy golfie, chcąc pomóc klientce, jednak czy zbyt się śpieszyła, czy może nerwy, które trzymała dotąd na wodzy, odmówiły jej posłuszeństwa — dość, że mało delikatnie przesunęła grzbietem dłoni po ramieniu kobiety. Inka wciągnęła gwałtownie powietrze i przygryzła wargę, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
– Przepraszam – mruknęła Timochina nieco zmieszana. – Zapomniałam.
– Nie szkodzi. – Na pobladłej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. – Nie może pani pamiętać o wszystkim.
W końcu oswobodziły Majewską z przygotowywanego stroju, a Olga Siergiejewna od razu wykorzystała okazję, by zmierzyć klientkę ostrym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Prawie cały tułów i ramiona kobiety poznaczone były różnokolorowymi, bo w różnym stadium zaniku bądź pojawiania się, sińcami i pręgami po uderzeniach pasa. Inka szybko narzuciła na siebie bluzkę i naciągnęła spódnicę.
– Uważam, że powinnaś o tym zameldować – Timochina ściszyła nieco głos, powracając do swojego ulubionego tematu. – Ile to już trwa? Pół roku? Osiem miesięcy? Zobaczysz, głupia, pewnego dnia albo on nie powstrzyma się na czas, albo ty nie zdążysz uciec. Tak czy inaczej, zabije cię. Na nic zdadzą się wtedy te wasze podchody, starania, przygotowania. Muszą cię stamtąd zabrać.
– Wie pani, że to niemożliwe – ucięła Majewska. – I tak cud boski, że w ogóle udało mi się do niego zbliżyć.
– Bóg nie miał z tym nic wspólnego, moja miła – mruknęła gniewnie Timochina.
– Jeszcze tylko kilka miesięcy. – Inka z trudem zmusiła się do wypowiedzenia tych słów. – Potem zorganizują mi powrót do domu.
– Miesięcy? – krawcowa uniosła głos, lecz widząc spanikowane spojrzenie, jakim jej klientka obrzuciła drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, maleńkiej poczekalni, natychmiast uspokoiła się. – Myślałam, że będziesz próbować teraz, na balu.
– Będę – przyznała. – Ale nie mogę potem zniknąć ot, tak. Nie mogą mnie z tym łączyć, no i Witek pewnie zostanie. Gdybym uciekła, jego zamknęliby pierwszego, a panią zaraz potem.
Timochina westchnęła niezadowolona, ale nie kontynuowała tematu.
– Napijesz się jeszcze herbaty? – spytała już milszym tonem.
– Nie, Jewgienij zacznie się zaraz dobijać. Pora wracać – mruknęła niechętnie. – Ma pani ten… specyfik?
Krawcowa skinęła tylko głową i ruchem równie powolnym jak wszystkie inne, które wykonywała, ruszyła w stronę staroświeckiego sekretarzyka z milionem szufladek pełnych guzików, igieł, szpilek, tasiemek, czyli wszystkiego, bez czego cały kunszt Timochiny nie miałby możliwości zaistnieć.
Szperała chwilę w czeluściach swojego skarbca, mrucząc gniewnie pod nosem, wreszcie zdołała odblokować zamek skrytki. Biureczko trzasnęło cicho, a jeden z ornamentów zdobiących jego bok zaczął nagle odstawać nieco bardziej niż identyczna ozdoba umieszczona po drugiej stronie mebla. Timochina wysunęła ukrytą szufladę, ostrożnie, by nie uszkodzić delikatnego mechanizmu, po czym wyjęła z niej wysoką na palec i mniej więcej tak grubą szklaną fiolkę wypełnioną niemal w całości przezroczystym płynem.
Inka tymczasem dopięła ostatnie guziki bluzki, narzuciła na siebie marynarkę i płaszcz, a potem schowała niewielką flaszeczkę do torebki, wsuwając ją za podszewkę przez rozpruty specjalnie w tym celu szew. Strzepnęła jeszcze niewidzialny pyłek z poły płaszcza, zaczerpnęła głęboki wdech i nacisnęła klamkę drzwi prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia.
– Rozumiem, że mogę spodziewać się sukni dwudziestego ósmego? – upewniła się, stojąc w progu.
– Oczywiście. Tak, jak się umawiałyśmy – stwierdziła rzeczowo Timochina. – Gdyby pojawiły się jakiekolwiek komplikację, zawiadomię panią odpowiednio wcześnie.
Kobiety pożegnały się szybko i Majewska wyszła z pracowni.
Jewgienij Fiodorowicz Myszkin, który siedział w ciasnej poczekalni na jednym z dwóch ustawionych tam krzeseł i dotąd nerwowo przerzucał strony kolorowego magazynu, przysłuchiwał się uważnie tej wymianie zdań. Żurnal z najnowszymi trendami mody, choć miał obrazki, nie interesował go zupełnie. Dryblas wolałby pośmiać się w duchu z pustego babskiego gadania, niestety Polka była jak zawsze zwięzła.
– Jewgienij Fiodorowicz, pora na nas – rzuciła cierpko, nawet na niego nie spoglądając.
Wielki, postawny niczym goryl i poruszający się z równą gracją szatyn o grubo ciosanej twarzy Neandertalczyka, podniósł się niechętnie z krzesła i ruszył za kobietą, której bezpieczeństwa miał strzec.
Odkąd Anton Siergiejewicz przywiózł ją w połowie kwietnia do Moskwy, życie Myszkina zmieniło się nie do poznania. Dotąd nie odstępował na krok uwielbianego zwierzchnika, teraz musiał szlajać się za rozkapryszoną hrabianką. Żenia zastanawiał się często, czy po to wywalczyli sobie wolność, by teraz musiał jak jakiś sługus nosić za Polką torby ze sprawunkami.
Zaklął szpetnie pod nosem, lecz Skolimowska, bo pod tym nazwiskiem znał ją Żenia, czekała już przy drzwiach czarnego GAZ-a, tupiąc niecierpliwie stopą o płytę chodnika. Olbrzym pośpieszył w stronę samochodu, wiedząc że wredna suka poskarży się Antonowi Siergiejewiczowi, jeśli będzie musiała czekać choć kilka sekund dłużej.
Niechętnie otworzył jej drzwi. Wsiadła, nie skinąwszy mu nawet głową. Niemal od samego początku traktowała jego obecność jak dopust boży i jeśli tylko mogła, ignorowała go całkowicie. Myszkin wiedział, że kilkakrotnie starała się przekonać Zagajewa, by pozwolił jej na swobodne poruszanie się po Moskwie, wiedział też, jak skończyła się ich ostatnia dyskusja, a w zasadzie kłótnia na ten temat. Czerpał z tego niewysłowioną radość.
Jechali w milczeniu przez opustoszałe miasto. Zimą mrok zapadał wcześnie, a mróz ścisnął tego roku jeszcze na początku października, więc ulice wyludniały się natychmiast, gdy tylko ludzie kończyli pracę. Skolimowska mierzyła pustym wzrokiem szare cienie krajobrazu za oknem, a Żenia z upodobaniem wyciskał ostatnie poty ze służbowej limuzyny Zagajewa. Wiedział doskonale, że kobieta nienawidzi szybkiej jazdy.
Dotarli w końcu do dwupiętrowej kamienicy, w której mieszkali najbardziej zaufani pracownicy Józefa Wissarionowicza. Budynek znajdował się pod ścisłą obserwacją służby bezpieczeństwa, więc nikt niepowołany nie miał do niego wstępu ale też nikt nie wychodził stąd bez wcześniejszego zgłoszenia tego odpowiednim osobom.
Nie zareagowała, gdy mijali odrapaną bramę burego domu. Zawsze wzdragała się na widok znienawidzonej budowli, w której pędziła żywot więźnia i na myśl o spotkaniu z Antonem Siergiejewiczem Zagajewem. Mężczyzna z każdym dniem brzydził ją coraz bardziej, choć nie przypuszczała wcześniej, by mogła nienawidzić go jeszcze mocnej.
Dziś nie czuła nic poza dojmującym znużeniem.
Niczym w transie wysiadła z samochodu, minęła stróżówkę i rozpoczęła wspinaczkę na pierwsze piętro. Po ostatniej awanturze nadal poruszała się z pewnym trudem. Weszła do mieszkania, nie sprawdzając nawet, czy Myszkin idzie za nią, czy też poszedł upić się z dozorcą. Nie interesowało jej to. Timochina musiała oszczędzać na ogrzewaniu, w samochodzie też nie było zbyt ciepło, a ona po całym dniu bezcelowego krążenia po mieście, które miało na celu uzasadnić jej bytność u krawcowej, była po prostu zmęczona.
Ledwie zdążyła przekroczyć próg, poczuła za plecami jego obecność. Wiedział doskonale, że nie lubiła, gdy zachodził ją po cichu i chyba dlatego stale to robił — żeby pokazać, że może, że nikomu nie wolno się mu sprzeciwiać. Nie zareagowała, było jej obojętne, co wydarzy się dalej.
Jak zawsze pomógł jej zdjąć płaszcz, jak zawsze pocałował delikatnie w policzek, potem nieco bardziej natarczywie w okolicach ucha, jednocześnie jego dłonie zaczęły już błądzić po jej talii, biodrach, pośladkach. Przyciągnął ją do siebie.
Nie oponowała. Poddawała się jego pieszczotom, lecz nie czuła niczego — ani niechęci, ani pożądania, tylko nieznośną słabość odbierającą zdolność ruchu i chęć myślenia.
Wreszcie zauważył. Odsunął się nieco i mocno chwycił ją za ramię. Szarpnięciem obrócił twarzą w swoją stronę, ale nie napotkał zwyczajnego dla niej oporu.
– Co ci? – warknął ostro.
Drgnęła odruchowo, szykując się na wybuch gniewu i kolejne razy, lecz nie zareagowała w żaden więcej sposób. Ta obojętność również nie umknęła jego uwadze. Przyjrzał się jej badawczo. Pobladła twarz, pozbawione wyrazu spojrzenie matowych oczu jeszcze nie tak dawno lśniących dzikim blaskiem, wściekłością i bezsilną złością, które tak w niej uwielbiał. Cały jej duch, zadziorny charakter, wszystko to zniknęło gdzieś za ścianą bezbarwnej, zamglonej znieczulicy.
Anton Zagajew po raz pierwszy od kilku miesięcy zawahał się.
– Lena, co tobie? – spytał już znacznie spokojniej.
– Zmęczona jestem – odpowiedziała cicho i spróbowała ominąć go, by skryć się w swojej sypialni.
Nie pozwolił jej odejść.
– Chodzi o przedwczoraj, tak? – próbował zgadywać. – Przepraszam cię, Lenka, wybacz mi.
Przykląkł i zaczął całować delikatnie drobne, zmarznięte dłonie. Po chwili wtulił głowę w jej uda i objął je czule, nie przestając szeptać:
– Błagam, wybacz. Nigdy, nigdy już cię nie uderzę. To nerwy. On jest wściekły, a mnie… nam wszystkim, udziela się jego nastrój. Wyżywam się na tobie, choć nie powinienem. Aniele mój, wybaczysz?
Słuchała go w osłupieniu, nie poznawała. Oto klęczał przed nią sadysta, diabeł w ludzkiej skórze, który z ostatnich miesięcy jej życia uczynił piekło, a teraz miał czelność błagać o przebaczenie. Nie spodziewała się tego, choć wiedziała już, że gdy chciał, potrafił być niezwykle czarujący.
Wyczuł jej wahanie. Uniósł głowę i uśmiechnął się nieco filuternie, nawet zawadiacko. Nie dał jej czasu na reakcję — ledwie pojawiła się wątpliwość, Zagajew już gotów był ją wykorzystać.
Inka poczuła, że traci grunt pod nogami, a chwilę i kilka nieśmiałych okrzyków protestu później tkwiła w uścisku żylastych ramion Rosjanina. Nieraz już dawała się zwieść jego niepozornej budowie — mimo niemal młodzieńczej sylwetki Anton Zagajew był silny jak wół. Uniósł ją bez trudu i nie zważając na prośby i groźby ruszył w kierunku salonu.
Przeładowany meblami pokój sprawiał mimo wszystko przytulne wrażenie. Inka lubiła spędzać tu wczesne godziny przedpołudniowe, gdy Zagajew zajęty był w pracy, natomiast unikała jak ognia wieczorami, by nie natknąć się zbyt wcześnie na znienawidzonego kochanka. Dlatego teraz nie zdołała powstrzymać westchnienia zachwytu, gdy zobaczyła to wysokie na prawie pięć metrów skąpane w przyjemnie żółtym świetle żarówek, które odbijało się milionem refleksów od okruchów ogromnego, kryształowego żyrandola.
Nigdy wcześniej nie widziała, by Zagajew używał górnego światła. Zazwyczaj zadowalali się kilkoma mniejszymi lampami porozstawianymi tu i ówdzie po całym pomieszczeniu. Dziś zaś pokój zachwycał niecodzienną atmosferą.
Na twarzy Antona znów zagościł znajomy grymas, wykrzywiający jego usta zawsze, kiedy zdołał przewidzieć reakcję Inki. Uwielbiał kontrolować jej zachowania, zaskakiwać, przerażać i ułaskawiać. Był uzależniony od władzy, a nie poddająca się jego woli bez walki Inka była doskonałym obiektem zabaw. Jak zawsze myśl o jej buncie podnieciła go do granic wytrzymałości, tyle że w zachowaniu kobiety nie pozostał po nim nawet ślad.
Dlatego postanowił zmienić taktykę.
Ułożył Inkę wygodnie na szezlongu, sam zaś usiadł na podłodze, delikatnie wyłuskał smukłe stopy z eleganckich półbutów i powoli, niespiesznymi półkolistymi ruchami począł masować zimne stopy kobiety.
Oczywiście usiłowała przeszkodzić mu, uciec od coraz bardziej krępującej ją sytuacji i narastającej z każdą chwilą atmosfery intymności. Nie miała dziś sił, by ukrywać prawdziwe uczucia. On jednak niezrażony, a nawet rozbawiony odrobinę jej nieudolnymi staraniami, ciągnął dalej swoją grę.
Odczekał jeszcze chwilę, a gdy poczuł, że w zmarzniętych stopach krew zaczyna wreszcie krążyć żwawiej, z premedytacją przesunął dłonie kilka centymetrów dalej i zacisnął palce na kształtnych kobiecych łydkach.
Początkowo rzeczywiście ograniczył się do masażu. Inka przymknęła oczy i starając się zapomnieć, z kim ma do czynienia, próbowała rozkoszować się relaksującym uczuciem. Schodzone nogi bolały ją niemiłosiernie.
Zagajew nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z tej sposobności. Ledwie dostrzegł, że kochanka rozluźnia się nieco, zaczął realizować swój pierwotny zamysł. Ucisk smukłych palców zelżał, zastąpiony delikatnymi pociągnięciami, które muskały lekko jedwabną powierzchnię.
Początkowo nie zorientowała się, do czego zmierzał, potem zaś było już za późno. Chciała podnieść się, nie pozwolić mu na dalsze pieszczoty, lecz stanowczo przytrzymał jej nogi. Jego dłonie wędrowały niestrudzenie w górę, przystając na chwilę w miejscu, gdzie kończyła się pończocha. Zagajew z pełnym zadowolenia uśmiechem wsłuchiwał się w przyspieszony oddech kobiety, nie przestając jednocześnie gładzić aksamitnej skóry wewnętrznej strony jej uda.
Dzwonek telefonu odezwał się natarczywie. Ku niezmiernemu zdumieniu Inki Anton zignorował go zupełnie, dalej poświęcając całą uwagę zapince tasiemki przy brzegu pończochy. Telefon dzwonił uparcie dalej.
Dzwonił…
Coraz bardziej…
Dzwonił wściekle…
W końcu Zagajew nie wytrzymał. Zerwał się z podłogi wyraźnie zirytowany, zaklął i w trzech susach pokonał odległość dzielącą go od aparatu. Majewska odetchnęła z ulgą. Istniała spora szansa, że pilne wezwanie wywabi go z domu.
– Słucham! – warknął gniewnie. Chwilę później skóra jego twarzy zrobiła się biała niczym kreda. Na czoło i nos wystąpiły krople potu. – Tak, tak, oczywiście. Rozumiem. Natychmiast – odpowiadał uniżonym tonem.
Inka natychmiast usiadła na szezlongu, przyglądając się z rosnącą uwagą całej scenie. Rosjanin zwijał się jak w ukropie, gęsto przytakując swojemu rozmówcy i próbując wtrącić choć słowo. Jedną ręką przyciskał słuchawkę do ucha tak mocno, że aż poczerwieniało całe, drugą starał się wyjąć z kieszeni papierośnicę. W końcu mu się udało. Mocował się jeszcze przez chwilę z opornym zamknięciem, ale i ono ostatecznie ustąpiło.
Rozmówca Zagajewa musiał właśnie wygłaszać wyjątkowo nieprzyjemną tyradę, gdyż twarz mężczyzny naprzemian czerwieniała i bladła. Nie odzywał się już, nie próbował przerywać. Zapomniał zupełnie o trzymanym w palcach papierosie, słuchał tylko połajanki.
Majewska wyraźnie straciła pewność siebie. Niewielu ludzi stało w hierarchii tego barbarzyńskiego kraju wyżej od Antona Siergiejewicza Zagajewa. Potrafiłaby wymienić może trzech czy czterech. Jednak żaden z nich nigdy nie ośmieliłby się rugać w taki sposób oficjela odpowiedzialnego osobiście za bezpieczeństwo pierwszego między „równymi”. Na to mógł pozwolić sobie tylko jeden człowiek.
Tymczasem Zagajew zakończył rozmowę. Powolnym ruchem odłożył słuchawkę na widełki. Spoglądał przez trójdzielne okno na ciemną ulicę z tak zaciętym wyrazem twarzy, że Inka przelękła się nie na żarty. Miała nadzieję wymknąć się niepostrzeżenie do siebie, lecz widząc go w tak paskudnym nastroju, zwyczajnie stchórzyła.
– Zbieraj się – odezwał się wreszcie grobowym głosem. – Jesteśmy proszeni na kolację. Będzie kilkanaście osób, również jacyś Anglicy. On chce, żebyś tłumaczyła.
– Nie znam angielskiego. – Przerażenie kobiety sięgnęło zenitu.
Wiedziała przecież, że ze Stalinem się nie dyskutowało. Ludzie znikali tutaj za mniejsze przewiny niż niespełnienie zachcianki dyktatora.
– Starałem się mu to wyjaśnić – Anton Siergiejewicz skrzywił się na samo wspomnienie rozmowy, a w zasadzie wściekłego monologu – ale jak zapewne zauważyłaś, nie dopuścił mnie do słowa. Módlmy się, żeby ci wyspiarze znali jakieś ludzkie języki. No, a teraz szybciutko – podszedł do niej, pociągnął nieco za łokieć, by wstała – wyszykuj się na bóstwo i nie przynieś mi wstydu.
Nigdy nie przygotowywała się do wyjścia w takim tempie. Trzęsącymi się rękoma poprawiła makijaż, chciała zmienić bluzkę, lecz jak na złość wszystkie, które wyciągała, miały zbyt głęboki dekolt. Zza drzwi dobiegło nerwowe pukanie i przynaglające „Pośpiesz się!”. W końcu udało się jej znaleźć odpowiednie ubranie.
– Musisz mnie zapiąć – powiedziała, otwierając drzwi i obracając się plecami do Zagajewa.
– Nie lubię tej – mruknął niezadowolony.
Wzruszyła jedynie ramionami, mijając go w przejściu.
Jeszcze tylko żakiet, płaszcz, torebka została w przedpokoju. Buty… Rece trzęsły się jej coraz mocniej. Gdzie te cholerne buty? Zagajew, widząc u niej narastającą panikę, przyniósł pozostawione w salonie trzewiki.
W końcu udało się im wyjść.
Żenia, o dziwo nie pijany, czekał już w samochodzie. Sarknął z pogardą, widząc jak Zagajew otwiera przed Polką drzwi, ale nie komentował. Wiedział, na co może pozwolić sobie w towarzystwie przełożonego. Ledwie obydwoje znaleźli się wewnątrz, Myszkin ruszył pełnym gazem. Tym razem nawet ona nie protestowała. Nikt nie był na tyle głupi, by ryzykować spóźnieniem na kolację u samego Stalina.
Od Kremla dzieliło ich może piętnaście kilometrów. Wyludnione ulice pozwalały Myszkinowi pędzić w zawrotnym tempie po zasypanej śniegiem nawierzchni, a mimo to Inka nie mogła pozbyć się wrażenia, że wloką się niemiłosiernie, zaś czas gna na złamanie karku.
Choć starał się to ukryć, Anton Siergiejewicz był nie mniej spięty niż siedząca obok Majewska. Zaciągnął się głęboko dymem papierosowym i dopiero po kilkunastu sekundach wypuścił z płuc. Inka nie komentowała, ale przecież i ona i Myszkin doskonale wiedzieli, że Zagajew nigdy nie palił sam w samochodzie i nigdy nie pozwolił na to nikomu innemu.
Wreszcie w oddali zamajaczyły czerwone gwiazdy wież Kremla — niecałe pięć minut później byli już na miejscu.
Szybko i bezbłędnie pokonali kręte korytarze prowadzące do ulubionego pokoju Stalina. Gdy był sam, praktycznie nie opuszczał swojej sypialni, kiedy musiał spotkać się z kimś spoza najbliższego grona współpracowników, przyjmował gości w jednej z dawnych sal bilardowych i palarni.
W pomieszczeniu nadal czuło się atmosferę minionych czasów. Ściany wyłożone dębową boazerią i obite zielonym suknem sprawiały, że olbrzymi pokój wydawał się być miły i przytulny. Stół bilardowy stał tu cały czas, choć ojciec klasy robotniczej nigdy nie zaszczycił go uwagą. Dostawiono za to olbrzymie biurko, za którym Stalin często pozował do fotografii i portretów. Tu też, pośród obitych skórą foteli i regałów zastawionych nigdy nie czytanymi książkami, przyjmował swoich gości.
Dziś również w tym nietypowym gabinecie zebrało się kilkanaście osób, w większości bliższych i dalszych współpracowników tyrana. Nie sposób było też nie zauważyć obcokrajowców. Inka dostrzegła Anglików niemal natychmiast — tak pozbawionych wyrazu twarzy nie dawało się pomylić z wyraźnie wschodnimi rysami ludzi z najbliższego otoczenia dyktatora czy grubo ciosanymi twarzami Rosjan. Trzymali się zresztą na uboczu, wyraźnie wyobcowani, ograniczeni przez brak znajomości języka.
Poczuła mocniejszy uścisk w pasie. To Zagajew, który od chwili wejścia na Kreml nie uwolnił jej ani na chwilę, przyciągnął ją do siebie. W normalnych warunkach czułaby wstręt, teraz zaś była mu wdzięczna za bliskość i znajomy dotyk.
W końcu stało się — ktoś, nie pamiętała w tej chwili jego nazwiska — wskazał ją i Zagajewa, wywołując tym ogólną radość. Gdyby nie Anton Siergiejewicz, pewnie nie dałaby rady podejść do dwójki mężczyzn, tak bardzo trzęsły się jej nogi.
Rosjanin uśmiechnął się krzepiąco, lecz w jego oczach ujrzała odbicie własnych myśli. Wszechpotężny Anton Zagajew bał się o własną skórę nie mniej niż ona sama. Ich los spoczywał w rękach przybyszów z Anglii.
Inka szybko przebiegła w głowie listę znanych sobie języków — polski odpadał z oczywistych względów, tak samo znany jej doskonale rosyjski, pozostawały niemiecki i francuski, z którym też dawała sobie radę. Do tego ledwie pamiętane ze szkoły greka i łacina — wyglądało to nad wyraz kiepsko.
Już miała otworzyć usta, ale to Rosjanin zareagował pierwszy. Przeprowadził tę samą analizę, co jego towarzyszka i wybrał najbardziej jego zdaniem prawdopodobną możliwość:
Messieurs…
Kiedy tylko jeden z Anglików odezwał się poprawną, szkolną francuszczyzną, Inka przestała słuchać ich rozmowy. Wiedziała, że powinna starać się zapamiętać możliwie dużo, ale ulga, jaką odczuła w tej chwili, otępiała, odbierała rozum i przepełniała euforią.
Wyswobodziła się z uścisku Zagajewa i po wymienieniu kurtuazyjnych grzeczności z Anglikami, odsunęła nieco, by nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń zebranych — nikt nie podsłuchiwał prywatnych rozmów Stalina.
Odruchowo sięgnęła do torebki po chusteczkę, by przetrzeć spocone dłonie. Złośliwy skrawek materiału zaplątał się gdzieś pomiędzy drobiazgami, więc przez chwilę musiała szukać go po omacku. Wtedy poczuła pod palcami twardy, chłodny nawet mimo oddzielającej podszewki przedmiot. Zapomniała zupełnie, że nadal ma przy sobie fiolkę z atropiną. Na ułamek sekundy stężały jej wszystkie mięśnie twarzy.
Stalin, rysując przed dwoma Anglikami wizję bolszewickiej utopii, sączył z upodobaniem przednią, choć zupełnie nie proletariacką brandy. Inka nie spuszczała wzroku z kieliszka, który co chwila stawał na zielonym suknie stołu bilardowego. Dyktator osuszył kolejną lampkę, natychmiast też ktoś usłużnie dolał mu nową porcję, którą ten przyjął nader chętnie — nie oszczędzał się tego wieczoru. Majewska uznała, że warto zaryzykować.
Przesunęła się nieco w kierunku czterech zajętych dyskusją mężczyzn, ostrożnie, nie spuszczając wzroku z Zagajewa. W podpitym już towarzystwie tylko on mógł zwrócić uwagę na jej zachowanie. Na szczęście pochłonięty był pośredniczeniem w rozmowie uwielbianego wodza z gośćmi z zachodu.
Majewska wyłuskała fiolkę zza podszewki torebki i przygotowała się, by przelać jej zawartość do kieliszka Stalina. Wiedziała, że pierwsze objawy zatrucia nie powinny pojawić się wcześniej niż za kilka godzin, a nim ktokolwiek zorientuje się, co się dzieje, będzie już za późno.
12 komentarzy leave one →
  1. 5.02.2011 22:32

    Niedopracowane? Nie zauważyłam. Cieszy mnie natomiast, że opowiadanie tak ładnie ruszyło, wątki się rozwijają, Inkę bardzo lubię i w ogóle straszne emocje to wszystko wzbudza. Siedziałam, czytałam i trzęsły mi się ręce. Rozkminiałam w prawdzie, czy będzie w opowiadaniu historia alternatywna, ale to przecież retrospekcja do głównego wątku i chyba jednak nie, prawda? :)

    • 5.02.2011 23:25

      Rosnę, normalnie rosnę i to nie wszerz tym razem :). Znaczy jest mi bardzo miło, że wszystkie niedociągnięcia nie rzucają się w oczy, bo o pobieżności nic nie mówię – toć to tylko opowiadanie, nie powieść. Trzęsące się ręce satysfakcjonują mnie w zupełności ;).
      No i powiem to, co mówię zawsze przy okazji “Staszka” – nic nie ściemniam na bieżąco, to wszystko istniało od pierwszej sceny w bramie.
      A fabuły nie będę Ci zdradzać, jeśli pozwolisz. To jest retrospekcja, ale więcej nie powiem. Wyjaśni się niebawem, bo kolejna część już na warsztacie.

    • 9.02.2011 18:31

      A wcale nie wymagam zdradzania, chociaż przyznaję, że jestem mistrzem spoilerów ^^ W takim razie czekam na ciąg dalszy, o tak ;))

    • 9.02.2011 19:06

      Mam niestety wrodzony długi język, więc staram się pilnować, ile wlezie. Kolejne “niestety” dotyczy – niestety – Stacha i braku czasu. Utknęłam w połowie, porzuciwszy rozrywki na rzecz pracy (wypłata strasznie mobilizuje…), zatem będę informować, gdy coś się zmieni. Przypuszczam, że Bułgarzy nie będą Cię trzymać bez dostępu do sieci (toż to byłoby nieludzkie!), więc pewnie prędzej czy później dasz radę tu zajrzeć :).

  2. 6.02.2011 11:05

    Czyta się jednym tchem. Masz doskonałe pióro. Jednak mam jedną uwagę. Skupiasz się na tragicznej postaci Inki nie przykładając się do realiów politycznych.
    Stalin był wręcz maniakalnie ostrożny i wszędzie wietrzył spisek. Na pewno nie powierzyłby roli tłumacza kochance członka biura politycznego, która nie zna angielskiego. Inka z fiolką trucizny przy szklance wodza? To zbyt proste, i nierealne.

    • 6.02.2011 12:13

      True, jak mawia mój brat :). Nic dodać, nic ująć. To znaczy ktoś inny pewnie by nie dodawał, ja mam słowotok…
      Można powiedzieć, uchwyciłeś całą istotę tego tekstu – jest pisany na kolanie, jest wyłącznie bardzo zgrubnym szkicem jakiejś historii i bardzo się cieszę, że dobrze się czyta, bo przede wszystkim jest wprawką techniczną (pomijam już, że planowaną na pornosa i stąd wszechobecna Inka-pierwotnie-nimfomanka).
      Raczej nie przerodzi się w “Dzień Szakala” w sieci, ale gdyby taka podniosła chwila miała nastąpić (znaczy, gdybym wzięła się do roboty na poważnie), nie omieszkam podzielić się tekstem, choć może w jakiejś bardziej przystępnej postaci (na przykład plik .rtf na ftp).
      Na razie jednak nam to nie grozi (w przeciwieństwie do następnych niedorobionych części tego, tu), bo z poważniejszych projektów usiłuję ponownie podejść inkuba. (Pamiętasz “Strachy”? No to wiedz, że mam tego więcej, a obecnie pracuję nad przejściem w stan “lepiej”).
      Dobrze, powiem to, strasznie się cieszę, że Ci się nie spodobała ta pobieżność, bo jako człowiek próżny doszłam do wniosku, że to efekt tak zwanego niedosytu.

    • 6.02.2011 12:23

      Jak wydasz powieść, to ja poproszę egzemplarz z dedykacją i autografem.

    • 6.02.2011 12:38

      Jeśli kiedykolwiek cokolwiek wydam, to obawiam się, że wszystkie jednostki, które choćby pośrednio przyczyniły się do zaistnienia takiej katastrofy, oberwą egzemplarzem autorskim. (Potem oczywiście niczego więcej nie wydam, bo okaże się, że poprzednia książka nie sprzedała się w ogóle ;)).
      A wracając na Ziemię, najpierw muszę napisać coś do końca :).

    • 6.02.2011 22:02

      Oj tam, oj tam. :0

    • 6.02.2011 23:14

      Serio, serio. Obawiam się, że pierwszeństwo mają rękopisy ukończone ;)

  3. 7.02.2011 20:00

    Łoł. Pozmieniało się na blogu. Nowa skórka.

    • 7.02.2011 20:20

      You caught me red-handed, jak mawiają bracia Anglosasi. Robota goni, więc siedzę i się bawię. (Złe mnie podkusiło, żeby wziąć zlecenie na książkę o WordPressie, co zmusza mnie do zaglądania co chwilę do Kokpitu WP – boziu, ja już nawet nazwy tego wszystkiego znam…). No i z wrodzonego lenistwa bawię się, zamiast robić, co skutkuje częstymi zmianami wyglądu bloga. Ale nie podoba mi się tak, więc za dwie strony pewnie znowu zmienię…

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.