Staszek, cz. 2
8.12.2010
Cóż, gdyby nie to, że znam siebie już kilka ładnych lat, powiedziałabym, że mam zdolności profetyczne – niestety, to zwykłe lenistwo i wygodnictwo. Dzięki nim “Staszek” wyparł inne działania na dalszy plan i znów będzie straszyć nieprzyzwoitym zachowaniem. Może pora wprowadzić jakieś ograniczenia wiekowe…?
Tak czy inaczej, zapraszam zainteresowanych na ciąg dalszy wysoce ordynarnych zachowań duetu Staszek-Inka. I uprzedzam uczciwie: To pewnie nie koniec.
Tak czy inaczej, zapraszam zainteresowanych na ciąg dalszy wysoce ordynarnych zachowań duetu Staszek-Inka. I uprzedzam uczciwie: To pewnie nie koniec.
Berlin, 1938 r.
– Boże, Inka… – zdołał wyszeptać nim rosnący w siłę od pewnego czasu jęk wyrwał się niekontrolowanie z jego gardła.
Mięśnie napięły się, wyginając jego ciało w łuk i zmuszając do pozostania w tej pozycji przez kilkanaście sekund. Dopiero gdy nadeszło rozluźnienie, mógł znów opaść na przepoconą i wymiętą pościel.
– To „Boże” czy „Inka”? Musisz się na coś zdecydować – zaśmiała się, wysuwając rozczochraną głowę spod kołdry.
Czapiński popatrzył na nią z udawaną przyganą. Zdecydowanie nie był w nastroju do prowadzenia słownych utarczek. Po takiej pobudce mógł jedynie leżeć i rozkoszować się pięknem świata.
A jaka to była pobudka!
Obudził go bezdech. W pierwszym momencie spanikował, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje. Dopiero po chwili zidentyfikował nieznośnie irytujące, a przecież jakże upragnione napięcie mięśni. Chciał unieść kołdrę, lecz ktoś przytrzymał ją stanowczo.
A potem coś miękkiego i wilgotnego przesunęło się wzdłuż jego członka, zataczając to mniejsze, to większe kręgi, aż dotarło do samej nasady, by roztańczyć się dłużej w okolicach jąder.
Nie wytrzymał, jęknął przeciągle.
Pieszczota ustała nagle, a spod kołdry dobiegł go radosny chichot.
Już chciał zaprotestować, gdy ciągle rozgrzane snem wargi objęły główkę penisa, przyprawiając mężczyznę o zawrót głowy. Zaczęły poruszać się arytmicznie w górę i w dół, delikatnie, powoli, drażniąc, całując, prowadząc na skraj rozkoszy tylko po to, by przerwać tuż przed finałem.
Kolejna zmiana doznań zakończyła się niemal tragicznie, to znaczy z punku widzenia pułkownika w jak najbardziej pożądany sposób, lecz skryta pod kołdrą kobieta miała inne plany. Znów przestała pieścić go na chwilę, pozwalając opaść nieco jego podnieceniu.
I tym razem nie zdołał zaprotestować. Nowe, nieznane dotąd uczucie targnęło nim gwałtownie. Oto jej usta znalazły się tuż u nasady członka, a jednocześnie coś objęło ciasno jego główkę. Przedziwne doznanie zniknęło, by pojawić się znów, gdy Majewska ponownie przejechała wargami wzdłuż wyprężonego organu.
Doszedł niespodziewanie, nie wiedząc, czy bardziej podnieciła go myśl o tym, że kochanka zdołała wprowadzić członka aż do gardła, czy też niecodzienne wrażenia, jakże inne od wszystkiego, czego wcześniej doświadczył.
– Mogłabyś budzić mnie tak codziennie… – Oderwał się od wspomnień.
Tymczasem Inka przysiadła na podwiniętych nogach i przeciągnęła się z nieskrywaną rozkoszą. W złotej plamie słońca wyglądała niczym zadowolona z siebie kotka. Czapiński dałby sobie głowę uciąć, że lada chwila jego partnerka zacznie mruczeć.
Oczywiście nic takiego się nie stało. Kobieta poderwała się nagle i płynnym ruchem wyskoczyła z łóżka, pozwalając mężczyźnie przez chwilę cieszyć oko swoją nagością. Jak gdyby nigdy nic podniosła z podłogi jedwabny szlafrok i owinąwszy się nim, ruszyła w stronę łazienki. Chwilę później dobiegły stamtąd słowa skocznej piosenki, niemieckie słowa — oto Frau Inge Brückner powróciła na posterunek.
Staszek nadal nie mógł zmusić się do rozpoczęcia dnia. Pracownicy Instytutu Automatyki Politechniki Berlińskiej mogli cieszyć się wolnymi sobotami, więc dzisiejszy dzień należał do tylko do niego. Wiedział, że powinni czym prędzej zabierać się do pracy, ustalić wreszcie jakiś plan działania, gdyż przeciąganie tej maskarady dłużej niż było to konieczne, stanowiło dla obydwojga śmiertelne niebezpieczeństwo.
Ta myśl przypomniała mu wczorajszy wieczór i przerażone spojrzenie Inki wbite w bliżej nieokreślony punkt ponad jego ramieniem.
– Kochanie – rzucił spokojnym głosem, podtrzymując pozory małżeńskiej pogawędki – co cię wczoraj tak wystraszyło?
Majewska wyjrzała zza drzwi. Nie widział jej twarzy skrytej za ręcznikiem, którym wycierała energicznie mokre po kąpieli włosy, ale coś podpowiadało mu, że nie dojrzałby na niej zwyczajnego dla Inki spokoju. Odniósł wrażenie, że ruchy kobiety stały się nagle bardziej gwałtowne.
– Poczekaj chwilę – rzuciła wreszcie. – Zaraz przyjdę.
Faktycznie, przyszła kilka minut później z naręczem ubrań. Rozpoczęła poranne przygotowania, lecz dziś po raz pierwszy pozwoliła Czapińskiemu uczestniczyć w nich w pełni.
Niemalże zapomniał o zadanym pytaniu, obserwując jak Inka powoli wciąga pończochę, chwyta jej obrzeże klamerką tasiemki u pasa, potem powtarza ten rytuał z drugą nogą — jeszcze chwila, ostatnie spojrzenie w lustro na szew, by sprawdzić, czy ułożył się równo, mała poprawka… Staszek doszedł do wniosku, że mógłby obserwować ją przez całe życie.
– Słuchasz mnie? – Pytanie wyrwało go ze świata marzeń.
– Nie – przyznał z rozbrajającym uśmiechem. – Stosujesz niedozwolone środki odwracania uwagi. Konwencja genewska powinna tego zabraniać.
– Zabrania – odparła poważnie. – Nie wolno torturować jeńców.
– Nie jestem jeńcem.
– Tak ci się tylko zdaje. – Teraz ona zaśmiała się radośnie. – Gorzej nawet, straciłeś nie tylko wolność, ale nawet wolną wolę. Co też zaraz ci udowodnię — bądź tak dobry i zrób mi kawy! – rozkazała władczo.
Staszek wygramolił się niechętnie z łóżka, mrucząc z niezadowolenia. Po tysiąckroć wolałby teraz pochłaniać wzrokiem krągłości kobiecej sylwetki, wyeksponowane pięknie, gdy Majewska — w samej tylko bieliźnie i zwiewnym peniuarze — układała misterną fryzurę przed mierzącym trzy czwarte metra lustrem toaletki. Z ramionami uniesionymi nad głową, delikatnie rozchylonymi ustami, które jeszcze nie tak dawno…
Czapiński niechętnie wycofał się do kuchni, czując że za chwilę straci resztkę twarzy. Powrócił po kilku minutach z przygotowanym dla dwóch osób śniadaniem, zastając Inkę, ku swojej radości, w tej samej kreacji.
Postawił parującą filiżankę na blacie toaletki pośród niezliczonych słoiczków, tubek i przeróżnych akcesoriów niezbędnych każdej kobiecie. Nie odmówił też sobie przyjemności ucałowania smukłego karku. Gdy nachylił się, dłoń sama powędrowała na udo, przesunęła się po jego wewnętrznej stronie, Majewska westchnęła cicho.
– Miałaś mi coś opowiedzieć – szepnął jej do ucha.
Tym razem nie miał wątpliwości, kobieta naraz zesztywniała, choć szybko opanowała się.
– Pamiętam. Ogarnij się jednak najpierw i zjedzmy śniadanie, to będzie dłuższa historia.
No comments yet