„Zwą mnie Laurelin”
4.07.2010
Dokonałam niewykonalnego i poprawiłam nieco konstrukcję tego knota. Niewiele mu to pomogło, ale przynajmniej mam czyste sumienie (a ręce już idę umyć). Zatem proszę przygotować się na kicz: oto hołd dla klasycznego fantasy, przewspaniałej gry jaką jest Drakensang, a nade wszystko chwila oddechu dla mnie. Oto dzieło tak sztampowe, że aż skrzypi. Miłej lektury :)
Słońce stało wysoko na niebie, zalewając złotem mosiężne dachówki domów w najlepszej dzielnicy miasta, gdy czwórka bohaterów wjeżdżała tam w glorii i chwale przez bramę zachodnią. Takie same złociste blaski pojawiały się też na okuciach ciężkiej kapoty Fryderyka z Baskerville, dzielnego rycerza, obrońcy uciśnionych i dowódcy prześwietnej drużyny wybrańców — tak przynajmniej to senne, letnie popołudnie malowało się w niepoprawnie romantycznym umyśle szlachetnego Fryderyka.
Chłopi, zmierzający z targu w stronę głównego duktu, widzieli tylko piątkę szarych od kurzu, zmęczonych jazdą włóczęgów. Ci bardziej zorientowani szeptali między sobą, że oto nadjeżdżają „straceńcy Fryderyka” jak okrzyknięto drużynę, gdy rycerz podjął się trudnego zadania wspomożenia w walce garnizonu w Addrecht. To określenie pasowało teraz najlepiej do dziwacznej zbieraniny włóczykijów, jaka ciągnęła się za szlachcicem.
Jadący na przedzie krasnolud starał się za wszelką cenę zachować resztki dumy godnej syna podziemi, ale że podskakiwał na swoim nierychliwym mule niczym bezwładny worek, jego próby były z góry skazane na porażkę. Sytuacji nie poprawiał nijak jego nietypowy wygląd — stalowoszara, niemal sina w odcieniu, ale króciutka broda ściągała wzrok wszystkich mijających go na drodze.
Po jego obydwu stronach jechały dwie kobiety — zobojętniała elfka oraz postawna, niewiele ustępująca gabarytami Fryderykowi kobieta w pełnym rynsztunku wojowniczej amazonki, ostatnio zła jak osa.
Rana odniesiona w niedawnej potyczce — paskudne, otwarte złamanie kości przedramienia — popsuła jej nastrój doszczętnie tym bardziej, że wojowniczka mogła z powodzeniem uniknąć wszelkich późniejszych niedogodności, gdyby głupio nie zlekceważyła przeciwnika. Teraz musiała znosić w milczeniu ból — na jawne skargi nie pozwalał jej sztywny kodeks, jaki sama sobie narzuciła — oraz znacznie bardziej przykrą jej dumie, szorstką, ale skuteczną opiekę, jaką rozpostarła nad nią małomówna elfka o imieniu, którego żaden szanujący się człowiek nie był w stanie powtórzyć.
Shin, jak pozwoliła się do siebie zwracać Fryderykowi, gdy nacieszyła już uszy jego niezdarnymi próbami zmierzenia się z melodyjną elfią wymową, dołączyła do rycerza i jego kompanów niecały miesiąc wcześniej, nie pytając ich w zasadzie o zgodę. Ot, pewnego wieczora pojawiła się dosłownie znikąd, rozsiadła się bez słowa przy ognisku i nie reagowała na subtelne sugestie Fryderyka, który próbował delikatnie pozbyć się jej osoby, ani też na bezpardonowe uwagi amazonki i krasnoluda, wyjątkowo zgodnych w tej kwestii ze swoim przywódcą.
– Witajcie, zdrożeni wędrowcy! Zwą mnie Laurelin. Czy zechcecie poświęcić mi chwilę?
Fryderyk rozejrzał się wokół nieco zdezorientowany — śpiewny elfi głos wyrwał go z zadumy. Na środku niewielkiego, piaszczystego i mocno zakurzonego placu handlowego, naprzeciw budowanej w pocie czoła świątyni ku czci Bogini Matce, pojawiła się, nie wiedzieć skąd, sporych rozmiarów sterta drewna, na której siedział szczupły elf odziany w strój, w jakim zazwyczaj widywało się leśnych łowców.
Zresztą Fryderyk stwierdził natychmiast, że taki opis był zupełnie nieadekwatny do widoku, jaki ukazywał się oczom każdego, kto zawitał do miasta. Należałoby raczej powiedzieć, że oto na skraju placu pojawiła się, otoczona złocistym pyłem, misterna budowla z najszlachetniejszych dębowych bali, która wprawdzie pełniła jedynie rolę podręcznego magazynu, ale jak każde dzieło elfich rąk, zachwycała subtelnością wykonania.
Na jej szczycie przysiadł, podwijając nogi, smukły osobnik o pociągłej twarzy. Miękkie, jasnobrązowe włosy spływały swobodnie na ramiona, a złociste, piwne oczy spoglądały bystro i wesoło na otaczający świat.
Szczupła dłoń bezwiednie odgarnęła spadające na twarz pasmo włosów, zakładając je za szpiczasto zakończone ucho. Nawet nieczuła na uroki świata amazonka westchnęła cicho, widząc poezję zaklętą w gracji tego gestu. Elf płynnym, niebywale szybkim ruchem podniósł się ze swego siedziska i zeskoczył lekko na ziemię.
Magia chwili minęła bezpowrotnie, a drużyna odzyskała zdolność ruchu. Elf szybko przeszedł do sedna męczącej go sprawy. Fryderyk poczuł się mile połechtany, gdy dowiedział się, że handlarz drewnem potrzebuje pomocy w załatwieniu niezbyt przyjemnych interesów z dostawcami w porcie. W zamian oferował bardzo korzystne ceny na posiadane towary — głównie doskonałe elfie łuki i strzały.
Rycerz odruchowo odwrócił się w poszukiwaniu cichej jak zawsze Shin, jako że nikt poza nią nie parał się w tej kompanii łucznictwem, ale elfka jakby zapadła się pod ziemię.
Fryderyk, nauczony już doświadczeniem, wzruszył nieznacznie ramionami, wiedząc, że poszukiwania dzikiej towarzyszki i tak nie zdadzą się na nic. Jeśli będzie miała ochotę, odnajdzie ich w swoim czasie.
***
Letnia noc oddała miasto we władanie świerszczy. Ich miarowe cykanie komponowało się z ledwie słyszalnym szumem koła wodnego pobliskiej faktorii. W mroku na plac handlowy spływał spokój, jakiego próżno było tu szukać w ciągu skąpanych w słońcu letnich dni.
Do koncertu małych grajków dołączył jeszcze jeden głos — subtelna melodia wygrywana na fletni wplotła się delikatnie i niemal niezauważenie w dźwięki letniej nocy, szalejąc w wysokich rejestrach, niedostępnych dla owadzich koncertmistrzów.
Koło wodne obracało się leniwie, skrzypiąc co jakiś czas ze wzmożonego wysiłku. Niestrudzenie rozbryzgiwało po placu targowym mgłę kropelek wody, dzięki czemu nocne powietrze, rozgrzewane ciągle ciepłem bijącym z okolicznych murów, stawało się mile wilgotne. Coś, zapewne kot, przemknęło w głębszym cieniu jednego z budynków, dając światu znać o swojej obecności jedynie ledwie słyszalnym puknięciem w deski trotuaru, które nie przerwało jednak występu nocnej orkiestry.
Wreszcie smutna pieśń fletni dobiegła końca, oddając pole małym skrzypkom. Siedzący na składowanym przy placu drewnie elf, opuścił powoli piszczałki. Księżyc wyłowił jego rysy z otaczającego mroku i gdyby ktoś spojrzał teraz na nieruchomą postać, miałby wrażenie, że oto na placu handlowym postawiono pomnik ku czci zadumy. Elf, nie znalazłszy odpowiedzi na dręczące go pytania, potrząsnął niezadowolony głową, po czym z cichym westchnieniem ostrożnie zawinął trzymany w dłoniach instrument w irchową szmatkę.
– Witaj, N’hen – szepnął tak cicho, że jego głos zniknął w szumie strumienia.
Ciemność za nim zafalowała delikatnie, uwalniając drobną sylwetkę elfki. Kaptur naciągnięty mocno na głowę i kryjący twarz szal sprawiały, że odziana w szaro-niebieski strój postać była prawie niewidoczna w nocnym krajobrazie. Przysiadła na gładkim pniu obok zamyślonego elfa. Z głębokim westchnieniem ściągnęła z głowy kaptur, uwalniając spod niego upięte wysoko i zaplecione w warkocz włosy.
– Witaj, Laurelin – odparła po chwili. – Dobrze widzieć cię w pełnym zdrowiu.
Siedzieli przez chwilę nieruchomo, skrępowani swoją obecnością, aż nagle, wiedzieni niewidzialnym sygnałem, padli sobie w ramiona. Elfka przywarła do niego mocno, jakby bała się, że lada chwila on rozpłynie się w powietrzu.
– Siostrzyczko… – szepnął Laurelin przez łzy.
Drobna blondynka odepchnęła go gwałtownie, odskakując jednocześnie o pół metra i obrzucając go stekiem wyzwisk, jakich nie powstydziliby się bywalcy najgorszych spelun w mieście.
– Niech cię szlag, Laurelin! – zakończyła tyradę. – Coś ty sobie, do cholery, myślał, znikając tak bez słowa? Dlaczego ani razu się nie odezwałeś? Mogłeś chociaż dać znać, że żyjesz.
Ostatnie słowa przeszły w ciche siąkniecie nosem. Elfka opadła bez sił na drewniany bal. Z kolanami podciągniętymi pod brodę wyglądała jak mała, nieszczęśliwa dziewczynka, którą pozbawiono ulubionej zabawki. Laurelin podszedł do niej i niepewnie przysiadł obok. Jeszcze raz przygarnął siostrę do siebie. Tym razem nie oponowała.
– Nie chciałem jeszcze bardziej niszczyć ci życia. – Uśmiechnął się smutno, przez co jego twarz nabrała znów wyrazu melancholii. – Szukają mnie we wszystkich miastach sojuszu, nawet tu, na prowincji, znajdziesz czasami w karczmach moje podobizny. Jestem zdrajcą.
– Ja też – przypomniała cierpko.
– Co najwyżej dezerterem, mała – zaśmiał się cicho. – A jakoś nie mogę wyobrazić sobie, by Raynar ścigał cię bardzo zawzięcie…
Laurelin przerwał, słysząc gwałtownie wciągane powietrze.
– Przepraszam – odezwał się po chwili. – Nie przypuszczałem, że ty jeszcze… że to ciągle boli. Powinnaś była zostawić mnie mojemu losowi. – Zrezygnowany pokręcił głową.
– Nie, Laurelin – odezwała się dopiero wtedy, gdy miała pewność, że drżenie głosu nie zdradzi napięcia, którego nie zdołała jeszcze opanować. – Nie było innego wyjścia. Obydwoje jesteśmy Seyedar, jesteśmy z jednego klanu. Nie mogłam cię zostawić.
– Wielki mi klan – parsknął. – Ty i ja.
– Po co wróciłeś? I jak mnie znalazłeś? – spróbowała zmienić drażliwy temat.
Tym razem to on wzruszył niedbale ramionami.
– Nietrudno was znaleźć. Ten, jak mu tam, Roderyk…
– Fryderyk – poprawiła odruchowo.
– Właśnie, Fryderyk, stara się, by jego imię nie schodziło ludziom z ust, a skoro mówią o nim, to i o jego towarzyszach jest głośno. Trzeba tylko wiedzieć, czego szukać, prawda Shean’hen? Nie marnujesz sił na kamuflaż.
Nie podjęła tematu. Wiedziała, że jej nowa tożsamość nie wytrzymałaby nawet pobieżnej kontroli, ale wcale nie miała ochoty się ukrywać. Często łapała się na myśli, że chyba byłaby wdzięczna losowi, gdyby ludzie namiestnika wreszcie ją ujęli.
Tyle, że nikt jej nie ścigał.
Jej podobizna, w przeciwieństwie do mniej lub bardziej udanych portretów Laurelina, nie zdobiła ścian w karczmach i zajazdach, nie pojawiała się na słupach miejskich ani na świątynnych tablicach, żaden żądny szybkiego zarobku „hycel” nie wypytywał o nią na duktach. Mogłoby się wydawać, że dwa lata temu z wielkiej sali tronowej pałacu namiestnikowskiego wybiegł tylko jeden elf.
Nie miała pojęcia, jakich wpływów musiał użyć Raynar, by uchronić ją przed piętnem zdrajcy, ale z pewnością słono za to zapłacił. Nie lubiła tej myśli. Chciała za wszelką cenę zerwać z zamkniętym na zawsze rozdziałem życia, zapomnieć o latach spędzonych w na namiestnikowskim dworze, ale przeszłość uparcie powracała, nawet w nic nieznaczących drobiazgach.
– Dlaczego wróciłeś? – ponowiła pytanie.
Laurelin milczał.
Przygotowywał się do tej rozmowy przez wiele tygodni. Odwlekał decyzję o podroży tak długo, jak tylko mógł, ale los nie pozostawił mu wyboru. Nie potrafił przekreślić tego, co było, tak jak zrobiła to jego młodsza siostra, nie umiał uwolnić się od złudzeń. Gdyby wtedy zdołał porzucić swoje mrzonki, nie musiałby teraz żebrać o pomoc jedynej istoty na świecie, przed którą nie zdołałby nigdy ukryć kierujących nim pobudek.
Niskich i egoistycznych.
Ciągle bił się z myślami, zastanawiając się, jak prosić siostrę o narażanie własnego życia, najpewniej zaś o poświęcenie go dla przegranej sprawy w imię jego niespełnionych ambicji i pragnień.
Świerszcze umilkły już jakiś czas temu i teraz nocną ciszę zakłócał tylko szmer strumienia obracającego wytrwale koło wodne faktorii. Dwie niemal niewidoczne w ciemności sylwetki siedziały bez ruchu na drogocennych dębowych pniach. Shean’hen czekała cierpliwie na odpowiedź, choć popędliwa natura szeptała cichutko, że powinna solidnie potrząsnąć swoim durnym bratem.
W końcu elf zdecydował się odpowiedzieć.
– Oni nas potrzebują.
Jego siostra sapnęła gniewnie i obrzuciła go spojrzeniem pełnym politowania, choć tego nie mógł oczywiście zobaczyć w ciemnościach. Nie komentowała.
– Davenar jest w oblężeniu od przeszło roku – ciągnął cichym wypranym z wszelkich emocji głosem. Shean’hen mogła jedynie domyślać się, ile kosztuje go zachowanie takiego spokoju. – Nie pozostało im wiele czasu, siostrzyczko. Wewnętrzne Miasto jakoś się jeszcze trzyma, ale w Pierścieniu trwa ciągła walka. N’hen, nie masz pojęcia, jak ohydna jest wojna w mieście… To gorsze niż wszystko, czego doświadczyliśmy w górach.
Trawiła to wyznanie przez chwilę, starając się uspokoić nieco, by nie wyrzucić mu wszystkiego, co myśli o wojnie, Davenar, sojuszu państw-miast, a nade wszystko o Selenie, pani na Davenar. Gdy opanowała nieco szalejące emocje, zapytała:
– Kiedy tam wróciłeś?
– Niemal od razu – przyznał zawstydzony. – Ruszyłem w drogę tej samej nocy, gdy zostawiłem ciebie. Musiałem upewnić się, że nikt nas nie ściga, że nic ci nie grozi… Ale nie potrafiłem jej zostawić. Nadal nie potrafię.
Shean’hen przełknęła cisnące się jej na usta przekleństwa. Szczupłe dłonie mimowolnie zacisnęły się w pieści. Romantyczna natura brata irytowała ją niewymownie od zawsze, lecz tym razem Laurelin przeciągnął strunę ponad miarę.
– I dlatego samotnie próbujesz odeprzeć armię orków? – nie starała się nawet ukryć sarkazmu.
– To nie tylko orkowie – wyjaśniał niezrażony jej wrogim nastawieniem. – Pod mury podszedł cały Chaos. Gobliny, nieumarli, mroczne elfy – te słowa wypowiedział z nienawiścią, która robiła tym większe wrażenie, że pojawiła się w ciągle wypranej z innych emocji wypowiedzi. – N’hen, oni przywołali nargava.
Elfka aż drgnęła, słysząc to słowo. Wspomnienie czarnego smoka pozostającego na usługach Chaosu, którego widziała raz w życiu, były ciągle żywe nawet po wszystkich latach spędzonych na nizinach. Taka sama bestia wypaliła do gołej skały siedzibę klanu Seyedar, zabijając wszystkich jego członków z wyjątkiem Laurelina, jej i ich ojca.
– Wiesz, że można go powstrzymać – kontynuował Laurelin tym samym zmęczonym tonem. – Wtedy, z ojcem, daliśmy radę. Gdyby się udało, Davenar miałoby jakieś szanse… ale nargava nie zabija się w pojedynkę. Musisz mi pomóc.
Shean’hen milczała. Nie miała najmniejszej ochoty wracać do tego miasta, nie chciała rozdrapywać ledwie zabliźnionych ran. Nienawidziła Seleny, była wściekła na Laurelina, bała się spotkania z człowiekiem, którego zdradziła w wyjątkowo paskudny sposób…
Lecz był nargav.
Przed oczyma migały jej urywki wspomnień. Widziane z daleka płomienie, pochłaniające Seyedar, baśniowy ogród pośród górskich szczytów, miejsce, w którym przyszła na świat. Potem ostygłe już zgliszcza, niedopalone ściany, zwęglone belki, zamokłe w strugach ulewnego deszczu, ciągle śmierdzące spalenizną.
I ciała.
Powykręcane, nadpalone ciała tych, którzy nie zdołali wydostać się z twierdzy i przeszyte strzałami lub pocięte ostrzem zwłoki nielicznych, którzy wydarli się poza płonące mury.
Pamiętała też pobladłe, ściągnięte niewymownym cierpieniem twarze ojca i brata, ich milczącą determinację i podjętą niemal jednocześnie decyzję, by zniszczyć potwora, krążącego ciągle nad górami północy. Rozumiała ich, już wtedy chciała pomóc, ale dwunastoletnia dziewczynka mogła tylko czekać w zimnej i pustej grocie, wypatrując ich powrotu.
Nargava nie zabija się samotnie.
Wreszcie podniosła się powoli i lekko zeskoczyła na ziemię.
– Możemy ruszać. Mam tu wszystko, czego potrzebuję – wskazała oparty o drewniane bale pakunek.
Laurelin dołączył do niej i już szykował się do drogi, gdy ledwie wychwycony dźwięk gdzieś na skraju słyszalności sprawił, że zamarł w pół kroku.
– Nie jesteśmy sami – szepnął, rozglądając się odruchowo za czymkolwiek, czego mógłby użyć do obrony.
Shean’hen obrzuciła okolicę szybkim spojrzeniem i uspokoiła brata nieznacznym ruchem dłoni.
– Forwald, ty beko tłuszczu – odezwała się zimno. – Wyłaź. Twoje nieprane gacie czuć na kilka mil.
Pobliskie krzaki zatrzęsły się nieznacznie, zaszeleściły i wypluły z siebie z trzaskiem łamanych gałęzi najpierw pękatą sylwetkę krasnoluda uzbrojonego w potężnych rozmiarów topór, a potem postawną amazonkę z ręką na temblaku.
– Mówiłam ci, że ten śliski typek mi się nie podoba – huknęła wojowniczka wprost do ucha swojego niedużego towarzysza. – Sprytnie pozbył się Fryderyka i reszty, a teraz spiskuje tu z tą mimozą.
Shean’hen prychnęła cicho.
– Chciałaś nas opuścić bez pożegnania. Nieładnie – stwierdził bezpardonowo krasnolud, przyglądając się zimno elfce. – I to jeszcze w takim szemranym towarzystwie.
Oczy elfki zmrużyły się nieznacznie, a ciało w jednej chwili spięło do skoku. Dłoń, która opadła na jej ramię, oszczędziła krasnoludowi kilku solidnych siniaków, a elfce zapewne otwartych złamań.
– Nie trzeba, siostrzyczko – Laurelin odruchowo ostudził nerwy wybuchowej krewniaczki. – Moje towarzystwo faktycznie nie jest ostatnio w cenie.
– Kim on w ogóle jest? – ryknęła amazonka, zupełnie niezorientowana w niuansach polityki sojuszu miast zachodu.
Laurelin uśmiechnął się pod nosem. Gdyby miał choć trochę oleju w głowie, osiadłby gdzieś tu, na prowincji, gdzie ani jego imię, ani twarz nie budziły żadnych podejrzeń. Sprawy sojuszu toczyły się daleko stąd i gdy wojna pustoszyła państwa-miasta zachodu, wschód spał spokojnym snem, borykając się z własnymi, niedużymi problemami.
Krasnolud, w odróżnieniu od amazonki, doskonale orientował się w sprawach najnowszej historii dziejów i nie miał wątpliwości, kto przed nim stoi.
– To Laurelin Zdrajca – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Elf, który o mało nie doprowadził do rozbicia sojuszu na zachodzie w przededniu wielkiej wojny, bo nie potrafił powściągnąć swych chuci.
Wyciągany z pochwy miecz szczęknął cicho, a jego ostrze nie wiedzieć kiedy znalazło się pod brodą krasnoluda. Jednocześnie elfka śledziła z uwagą każdy ruch rannej amazonki, wiedząc doskonale, że nawet jeden cios zadany jej zdrową ręką może powalić przeciwnika na ziemię, szczególnie jeśli przeciwnik ten nie jest nawet w połowie tak rosły jak dzika wojowniczka.
– Możesz mnie zabić, elfko – krasnolud ani na chwilę nie stracił zimnej krwi. – Ale to nie zmieni faktów. Gdyby ten czaruś panował nad swoim popędem, Davenar nie zmagałoby się teraz z oblężeniem, bo namiestnik, zamiast pilnować sypialni małżonki, poprowadziłby armie miast zachodu do walki.
Ostrze drgnęło nieznacznie, po czym w absolutnej ciszy dotknęło końcem piaszczystego placu.
– O czym ty mówisz? – amazonka traciła cierpliwość.
– Dziewięć lat temu – rozpoczął Forwald znużonym głosem – w obliczu kolejnych klęsk na zachodzie zawiązał się sojusz niezależnych miast przeciw siłom Chaosu, nawet ty musiałaś o tym słyszeć, kochana. – Amazonka potwierdziła skinieniem głowy, nie reagując na jawną zaczepkę. – Pod broń wezwano wszystkich zdolnych do walki. Przedstawiciele najdalszych zakątków świata stawili się tłumnie w sali tronowej Davenar, oddając pokłon jego władcom. Zabrakło tylko elfów z północnych klanów.
– Daruj sobie tę lekcję historii – burknęła zniechęcona elfka.
– Dlaczego? – Forwald był wyraźnie rozbawiony. Rozsiadł się wygodnie pod stertą dębowych pni, zapraszając resztę do pójścia w jego ślady. Nie wypuszczał przy tym z ręki dwuręcznego topora, gotów użyć go, gdyby tylko zdrajca zechciał spróbować ucieczki. Zrezygnowana Shean’hen również usiadła, ostentacyjnie trzymając dystans od niedawnego kompana. Pozostała dwójka szybko poszła w ich ślady.
– Bardzo lubię tę opowieść – kontynuował krasnolud. – Znacznie bardziej niż tę drugą z sali tronowej.
***
Kapitan gwardii pałacowej stał na mocno zniszczonym tarasie pałacu, lustrując ponurym spojrzeniem rozciągający się przed nim dziedziniec. Po dawnej świetności tego miejsca nie było już śladu. Zadbane niegdyś rośliny, zdobiące otoczony arkadami plac uschły w zapomnieniu, gdy mieszkańcy miasta skupili swe siły na odpieraniu ponawianych co noc ataków sił Chaosu.
Skąpane w słońcu kamienie, rozpadające się ławki, porozrzucane tu i ówdzie kosze, połamane skrzynie i inne śmieci przywodziły na myśl raczej chłopskie obejście niż wyjście do prywatnych ogrodów władczyni Davenar. Zresztą po samych ogrodach, słynących niegdyś w sąsiednich miastach sojuszu, nie pozostał już nawet ślad. Wojna pochłaniała wszystko na swojej drodze.
Ale zmęczone oczy kapitana gwardii nie widziały teraz ani spękanych kamiennych płyt, ani suchych badyli sterczących z porozbijanych donic, ani walających się wszędzie resztek narzędzi. Znów ożyły wspomnienia innego, równie słonecznego dnia, który wtedy wydawał się być jednym z piękniejszych w jego życiu.
Dwa lata po zawiązaniu sojuszu, pierwszego dnia kolejnej z wielkich narad w Davenar, masywne drzwi sali tronowej pałacu namiestnikowskiego rozwarły się z cichym skrzypnięciem, które jednak rozniosło się po ogromnym pomieszczeniu nie dającym się pominąć echem. Zebrani w sali zamarli w pół ukłonu, jakim witali namiestnika Davenar, gospodarza tego domu i głównodowodzącego armii sprzymierzonych miast, który chwilę wcześniej zasiadł na tronie obok swej pięknej małżonki.
Blisko siedemdziesiąt głów zwróciło się w przeciwną stronę, spoglądając z zaciekawieniem na drzwi i nasłuchując dobiegających zza nich odgłosów. Raynar, dowódca gwardii pałacowej, też spojrzał w tamtym kierunku, przysuwając się jednocześnie bliżej swej pani. Po drugiej stronie podestu inny z gwardzistów wykonał identyczny ruch, gotów bronić w razie potrzeby życia namiestnika.
Wreszcie ciekawość zebranych została wynagrodzona. Na czerwonym chodniku prowadzącym przed oblicza władców, pojawiło się dwóch elfów. Wśród zebranych rozszedł się szmer niedowierzania. Sam Raynar musiał przyznać, że widok takich indywiduów w sali audiencyjnej był co najmniej niecodzienny.
Przybysze wyglądali niczym para włóczęgów. Ich szaty, kiedyś niewątpliwie piękne, teraz przedstawiały sobą widok równie żałosny, co wystające spod nich, łatane naprędce i byle czym lekkie, skórzane zbroje. Wyższy z elfów miał przewieszony przez plecy łuk i kołczan pełen strzał. Pas niższego zdobiły rękojeści dwóch smukłych, elfickich mieczy. Samo to mogło wzbudzić gorące emocje, bowiem nikt, z wyjątkiem gwardzistów, nie miał prawa nosić broni w obecności władców. Raynar zauważył, nie bez uznania, że broń przybyłych była w doskonałym stanie.
Elfy podeszły przed oblicza władców zdecydowanym, marszowym krokiem, znacząc czerwony dywan kurzem i błotem z duktów łączących miasta sojuszu. Jak na komendę oddały oszczędny, niemal żołnierski pokłon siedzącej na podwyższeniu parze, po czym wyższy przemówił donośnym, dźwięcznym głosem, czystym ludzkim, zmiękczając jedynie samogłoski elfią manierą.
– Klany północy odpowiadają na wezwanie – oświadczył z pełną powagą.
Tu i ówdzie rozległy się tłumione śmiechy, lecz namiestnik uciszył je krótkim gestem.
– Laurelin Seyedar z klanu Seyedar i Shean’hen Seyedar z klanu Seyedar oddają się pod komendę namiestnika – ciągnął niezrażony elf z tym samym kamiennym wyrazem twarzy.
Raynar dopiero teraz zauważył to, co od razu powinni byli zauważyć wszyscy. Niższy z elfów był kobietą, w zasadzie jeszcze dziewczyną, nawet według ludzkich standardów. Ubrana w podróżny strój, poruszająca się niczym mniejsza kopia swojego towarzysza, z zakurzoną twarzą i warkoczem wpuszczonym pod spływający miękko na plecy kaptur, wydała się wszystkim bardzo delikatnym młodzieńcem. Teraz rozglądała się wokół z dumą, właściwą wszystkim elfom urodzonym w rodzie stanowiącym trzon klanu.
Namiestnik przez cały czas zachował powagę godną najwyższego dowódcy sprzymierzonych sił. Nie rozbawiła go buńczuczna deklaracja elfa, nie dał poznać po sobie zaskoczenia, gdy jeden z przybyłych okazał się być jedynie kobietą. W milczeniu oceniał stojących w całkowitym bezruchu przybyłych. Wreszcie zadał pytania nurtujące wszystkich zebranych — gdzie reszta klanu Seyedar, gdzie pozostałe klany z północy?
Laurelin Seyedar milczał. Raynar nie był pewien, czy dostrzegł u jego towarzyszki lekki skurcz przebiegający drobne ciało. Elfka była młoda, więc nie panowała tak dobrze nad swoimi emocjami, jak towarzyszący jej już dojrzały mężczyzna, ale jej reakcje były dla człowieka i tak niezrozumiale ograniczone.
– Nargav – powiedział wreszcie elf, z trudem rozluźniając ściśnięte mięśnie krtani. To słowo zmroziło wszystkich zebranych. Teraz nikt nie ośmieliłby się drwić z dwójki wędrowców. – Dziesięć lat temu Chaos starł na proch trzy ostatnie klany północy, przeszło dwa tysiące elfów. My mieliśmy po prostu szczęście – dodał chłodno.
Nikt nie skomentował tego wyznania. O rozmiarach tragedii sprzed dekady najdobitniej świadczyło to, że poza tą dwójką nie przeżył nikt, kto mógłby o niej opowiedzieć.
– Co stało się z potworem? – zapytał wreszcie Hilrod, namiestnik Davenar. – Czy nadal pustoszy góry.
To żywotne pytanie nurtowało teraz wszystkich. Jeśli nargav nadal szalał na północy, taktycy Sojuszu powinni uwzględnić to w swoich planach.
– Nargav nie żyje. Zabił go nasz ojciec – wyjaśnił elf. W jego głosie nie było słychać dumy.
Stojąca obok jego siostra, poruszyła się niespokojnie, ale on uciszył ją ledwie dostrzegalnym muśnięciem dłoni. Raynar wątpił, by ktokolwiek, poza gwardzistami stale obserwującymi uzbrojoną dwójkę, w ogóle dostrzegł ten gest. Natychmiast też zaczął zastanawiać się, co takiego przemilczał przybysz z północy.
Zebrani w sali byli wyraźnie poruszeni. Nikt dotąd nie słyszał, by ktokolwiek zdołał pokonać smoczy pomiot Chaosu. Nargav odchodził dopiero wtedy, gdy zechciał tego jego pan — ten, który go przyzwał.
– Oddajemy się pod twoją komendę, panie – powtórzył elf. – Mój łuk i miecze Shean’hen mogą przydać się w czasie wojny.
Namiestnik obrzucił spojrzeniem przybyłych raz jeszcze, po czym zwrócił się do stojącego po jego prawej stronie Raynara.
– Jak sądzisz?
Uwaga obydwojga elfów przeniosła się natychmiast na wysokiego dowódcę gwardii. Trzydziestopięcioletni, będący w doskonałej formie, teraz odziany stosownie do podniosłej okazji, jaką było przybycie poselstw z sąsiednich miast, kapitan prezentował się na tle wymizerowanych, utrudzonych długą podróżą elfów niczym udzielny książę.
– Jeszcze jeden łuk w elfich rękach może nam tylko pomóc. Zgłoś się, panie, po audiencji do kwater gwardii. Zaprowadzę cię do mistrza Filvenrana, dowódcy naszych łuczników. – Laurelin skłonił się równie nieokazale, co poprzednio. – Natomiast damę – tu Raynar uśmiechnął się przyjaźnie, choć może nieco protekcjonalnie, do stojącej pięć metrów dalej blondynki – powinniśmy chyba chronić przed trudami walk. Pani, zechciałabyś… – zwrócił się do milczącej Seleny z Davenar.
Nim zdążył dokończyć pytanie, nim władczyni zdołała odpowiedzieć czy nim Laurelin zdołał powstrzymać siostrę, elfka syknęła wściekle:
– Może powinieneś, panie, sprawdzić osobiście, zanim poddasz moje umiejętności w wątpliwość?
Po sali rozszedł się szmer zdumienia zmieszanego z powątpiewaniem. Raynar był najlepszym szermierzem w Davenar. W powszechnym mniemaniu filigranowa elfka nie mogła stanowić dla niego żadnego wyzwania. On sam zresztą nie wiedział, czy ma traktować jej słowa poważnie, czy przyjąć raczej za szczeniacką butę. Wątpliwości rozwiązał namiestnik, wyraźnie dziś w lepszym humorze, więc szukający rozrywek.
– Cóż, Raynar, chyba rzucono ci wyzwanie. Ujmą dla honoru damy byłoby go nie przyjąć.
Zebrani na sali spoglądali to na kapitana gwardii, to na stojącą naprzeciw niego z zaciętą miną elfkę, starając się przewidzieć rozwój wydarzeń.
Promienny, nieco łobuzerski uśmiech rozjaśnił twarz żołnierza, sprawiając że miejsce poważnego, a nawet oschłego służbisty zajął na chwilę wesoły i całkiem przystojny mężczyzna, jakim rzadko widywano go od czasu śmierci żony. Raynar, mimo całej swojej powagi, lubił dobrą zabawę, a teraz zapowiadało się na całkiem porządne przedstawienie.
– Zapraszam na dziedziniec, pani – wskazał jej z galanterią drogę przez wielkie, sięgające podłogi okno.
Elfka mruknęła coś niezrozumiale w odpowiedzi, kierując się szybko na wykładany kamieniami plac. Jej śladem podążyli wszyscy zebrani, z parą namiestnikowską na czele. Laurelin pokręcił głową z niezadowoleniem, ale też podążył śladem ludzi. Jego nieobliczalna siostra zawsze musiała wywołać jakąś awanturę, inaczej nie byłaby sobą.
Młodsza z rodzeństwa Seyedar zrzuciła już szaro-bury kaptur, pikowaną kurtę i skórzany napierśnik. Cienka koszula, równie znoszona co reszta jej odzienia, falowała nieznacznie, poruszana jej oddechem i delikatnymi powiewami letniego wiatru.
Raynar, obserwując w milczeniu skąpaną w promieniach słońca szczupłą sylwetkę, musiał przyznać, że nawet jeśli walka będzie, jak podejrzewał, nudna i krótka, to przynajmniej bardzo estetyczna. Podszedł do przeciwległego narożnika wyłożonej kamiennymi płytami części dziedzińca i także ściągnął swój skórzany kirys. Ostatecznie pojedynek miał być przyjacielski, nikt nie chciał tu nikogo zabijać.
Namiestnik ogłosił reguły — przeciwnicy będą walczyć dopóki jeden z nich nie podda się lub nie da się rozbroić. Dał znak do rozpoczęcia starcia.
Chwycili krótkie, proste miecze gwardii — broń wskazaną przez wyzwanego Raynara — i zaczęli powoli krążyć wokół placu. Kapitan postanowił dać dzieciakowi szansę, pozostawiając mu inicjatywę, ona jednak nie kwapiła się z wyprowadzaniem ciosu. Zniecierpliwiony, wykonał najprostsze z możliwych cięć.
Elfka w jednej chwili sparowała je, przechodząc do wymyślnego kontrataku, który zmusił Raynara do oddania jej pola. Kapitan odskoczył w ostatniej chwili. Stał teraz naprzeciwko niższej o prawie dwie głowy dziewczyny, mierząc ją wzrokiem. Wiedział już, że zbyt pochopnie ocenił jej możliwości i nazbyt szybko okazał swoje lekceważenie.
Doskoczyli do siebie niemal jednocześnie. Raynar ze wszystkich sił starał się zmusić elfkę do odwrotu, ale jego przeciwnik nie pozwalał sobie na najmniejszy nawet błąd.
Dziewczyna ruszała się diablo szybko i choć jej ciosy nie były zbyt potężne, Raynar ledwo nadążał je parować. Próbował wykorzystać przewagę, jaką dawała mu siła, ale elfka nie dopuszczała do tego, by musieć przyjmować zadawane z pełnym impetem cięcia. Zamiast tego wirowała wokół kapitana w przedziwnym tańcu niemożliwych uników, mijając się z jego mieczem czasami zaledwie o kilka cali.
Doskonale się przy tym bawiła, widział w jej oczach wesołe iskierki. Była niczym mały kociak, obskakujący kłębek wełny. Starał się wzbudzić w sobie choć krztynę gniewu za ten jawny brak szacunku dla przeciwnika, ale nie był w stanie. Świetny humor elfki udzielił się także jemu i po chwili pojedynek przerodził się w niemal przyjacielskie zaczepki.
Zgromadzeni wokół dziedzińca ludzie patrzyli w osłupieniu na ten popis gracji i niezaprzeczalnych zdolności obydwojga szermierzy. Nikt nie wątpił już w umiejętności przybyłej. Nawet namiestnik, dotąd rozparty leniwie na swoim krześle, teraz nachylił się zaciekawiony i z uwagą śledził przebieg starcia.
Cała walka nie trwała dłużej niż cztery minuty. W pewnym momencie wydawało się już, że kapitan gwardii wygra jednak to starcie dzięki przewadze siły i, co tu dużo ukrywać, znacznie większemu doświadczeniu. Przyparł elfkę do muru, a w zasadzie do jednej z kolumn marmurowych arkad i wyprowadził ostateczny sztych, który miał wytrącić przeciwniczce miecz z dłoni, gdy ta wywinęła się w sposób niemal przeczący prawom natury spod ostrza kapitańskiego miecza.
Raynar, nie natrafiwszy na opór, stracił równowagę i choć po chwili gotów był stanąć znów pewnie na nogach i podjąć walkę, wąskie ostrze przystawione do gardła skłoniło go do odłożenia broni. Spojrzał w szare oczy, błyskające wesoło spod rozczochranej blond grzywki i poczuł, że poległ jednocześnie na dwóch frontach.
Obok zdeptanej dumy najlepszego szermierza w Davenar legło też niewzruszone od lat serce. Po dającym kojące bezpieczeństwo kokonie, jakim otoczył się po śmierci żony, nie pozostało nawet wspomnienie.
Raynar duszą i ciałem należał teraz do trzpiotowatej elfki.
***
– Czekaj! – ryknęła amazonka, wpadając krasnoludowi w słowo. – Skoro ten wymoczek, to, jak mówisz, ów Laurelin Zdrajca, to ona musi być…
– Shean’hen Seyedar z klanu Seyedar – podjął przerwany wątek Forwald.
– Od dawna wiesz? – spytała elfka cicho.
– Miałem swoje podejrzenia, od kiedy cię zobaczyłem. Takiego wejścia się nie zapomina. Zmylił mnie tylko ten miecz – wskazał ruchem głowy broń leżącą przy jej udzie. – Wszak Shean’hen Seyedar nie rozstawała się ze swoimi dwoma ostrzami.
– Zostały w Davenar. Nie miałam kiedy się spakować – sarknęła.
– Prawda, wyjście mieliście jeszcze bardziej spektakularne niż wejście…
– Dałbyś spokój. – Tym razem Laurelin spróbował uciszyć gadatliwego krasnoluda.
– Ani mi się śni – kontynuował niezrażony Forwald, zwracając się wyłącznie do coraz bardziej zainteresowanej jego opowieścią amazonki. – Zatem elfia kompania dołączyła do sił sojuszu pod wodzą namiestnika Davenar. Nasz prosty handlarz drewnem został wcielony do doborowego oddziału łuczników, bo musisz wiedzieć, moja droga, że to zdradzieckie nasienie nie ma sobie równych w sztuce strzelania z łuku, zaś jego siostra, na osobistą prośbę dowódcy, została jednym z gwardzistów, rzecz to niespotykana, bo przecież to jednak kobieta…
– I co z tego? – spytała chmurnie amazonka, bardzo uczulona na te sprawy.
Shean’hen parsknęła śmiechem, a Laurelin wyraźnie zainteresował się nagle rozmową, czekając na odpowiedź krasnoluda. Elfy, w przeciwieństwie do ludzi i synów gór, nie zwracały wielkiej uwagi na problem płci i podziału ról w społeczeństwie. Krasnolud zdecydował się jednak zachować roztropne milczenie.
– Przez dwa lata wszystko układało się jak w bajce – podjął przerwaną opowieść. – Coraz częściej mówiło się wprawdzie o bezpośredniej konfrontacji z wrogiem, wszyscy wiedzieli, że wojna jest nieunikniona. Sojusz był gotów na każde poświęcenie, byle tylko nie wpuścić Chaosu w głąb lądu, a to oznaczało, że Davenar nie może upaść. Niestety ostatnia narada w sali tronowej zakończyła się równie nagle, co niespodziewanie – krasnolud zawiesił dramatycznie głos. – Przywódcy sprzymierzonych miast nie wiedzieli, po co namiestnik wzywa ich ponownie do Davenar, a gdy przybyli… cóż, okazało się, że pierwszy cios w tej wojnie został zadany zdradziecko, w plecy…
– Nikogo nie zdradziłem – mruknął niechętnie Laurelin.
– Owszem, zdradziłeś – krasnolud nie miał żadnych wątpliwości i jakby chcąc poprzeć swoje racje, zacisnął pewniej dłonie na stylisku topora. – Zdrada suzerena to zdrada stanu.
– Nie zdradziłem swojego suzerena…
– Przysięgałeś mu wierność! – ryknął wściekle Frogrimm, zrywając się na równe nogi.
– Przysięgałem wierność władcy Davenar i tego słowa nigdy nie złamałem – elf nie drgnął nawet o włos.
– Uważaj, Forwald – Shean’hen zaśmiała się cichutko. – Wchodzisz na grząski grunt.
– Spokój! – huknęła swoim tubalnym głosem amazonka, osadzając krasnoluda na ziemi jednym płynnym ruchem. – Nie potrzebujemy tu tych wymoczków ze straży miejskiej. O co chodzi z tą zdradą?
– Każdy w Davenar – zaczęła wyjaśniać ze złośliwą satysfakcją w głosie elfka, zanim krasnolud zdołał odzyskać głos po gwałtownym zderzeniu z ziemią – musi złożyć przysięgę przed władcą miasta. Przed władcą, a nie jego namiestnikiem. Panią na Davenar była i jest Selena z Davenar, a że ludzie i krasnoludy są na tyle głupi, że nie odróżniają władców od namiestników… – zawiesiła znacząco głos.
– Ludzie i krasnoludy doskonale wiedzą, komu zwyczaj daje prawo rządzić w Davenar. Selena jest kobietą i nie może decydować o losach… – Forwald urwał, słysząc gniewne mruknięcia po swojej lewej stronie. – Tak czy inaczej, namiestnik odmówił opuszczenia miasta, gdy tylko dowiedział się o romansie małżonki z naszym wspaniałym Laurelinem. Na ostatniej radzie odczytano mu zarzuty i nikt nie wątpił, że zdrajcę spotka sprawiedliwa kara. Wszak na sali byli gwardziści, a on stał sam, nieuzbrojony, pośród tłumu nieprzychylnych mu osób. Zapomniano tylko o tym, że dla tych psubratów klan znaczy więcej niż wszystko inne. Nikt zresztą nie traktował ich jak elfów z klanu. Dwie osoby, dasz wiarę? Zdrajca wysłuchał zarzutów z kamienną twarzą, a my wszyscy zamarliśmy w oczekiwaniu na jego reakcję. Tymczasem pierwsza zareagowała nasza Shin. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, przyłożyła ostrze sztyletu do gardła najmłodszej z dwórek pani Seleny. Trzeba jej przyznać, że doskonale wiedziała, co robi. Mała Yanna była jedynym dzieckiem kapitana gwardii, jego oczkiem w głowie. Niewielkie ostrze unieruchomiło skutecznie wszystkich uzbrojonych ludzi na sali. Spryciula z tej Shin, nie osiągnęłaby lepszego efektu, gdyby przystawiła ten nóż do gardła samej Seleny. Zresztą wątpliwe, czy kapitan w ogóle…
– Forwald, proszę… – wpadła mu w słowo elfka.
Coś w jej głosie, rezygnacja, z jaką jeszcze się u niej nie spotkał, kazała krasnoludowi powściągnąć język. Przez chwilę jeszcze mierzył elfkę uważnie spojrzeniem, wreszcie nieco zdumiony pokręcił przez chwilę głową i podjął opowieść już w innym miejscu.
– Koniec końców zdołali wydostać się z sali i z zamku. Ludzie mówili, że przemknęli przez miasto niczym wicher i zniknęli gdzieś za horyzontem. Dziewczynkę znaleziono zapłakaną pod bramą miejską. Trzeba im oddać, że włos jej z głowy nie spadł. Potem sprawy skomplikowały się tak bardzo, że nikt nie wracał już do tej nieszczęsnej historii. Pół roku później armia Chaosu, większa niż ktokolwiek mógłby podejrzewać, dotarła pod mury Davenar. Sama teraz rozumiesz, nie możemy tego tak zostawić.
Shean’hen odruchowo odnalazła dłonią rękojeść miecza. Nim jednak zdołała powstać, krasnolud był już przygotowany.
– Nie strasz mnie, dzieciaku. – Forwald już trzymał w dłoniach topór, gotów do walki. – Widziałem, jak zabijasz, ale dwójce nie dasz rady sama. On przecież nie ma broni.
Laurelin przeklinał w myślach rozporządzenia margrabiego zabraniające obcym wstępu do miasta z bronią. Bezradnie rozglądał się za czymkolwiek, co mogłoby przydać się w walce przeciwko uzbrojonej dwójce przeciwników. Niestety los wyraźnie mu nie sprzyjał, ale też sytuacja, choć napięta, nie zmieniła się ani odrobinę. Krasnolud spoglądał gniewnie na Shean’hen, zaś elfka, choć gotowa w każdej chwili wyciągnąć broń, hamowała na razie swoje nerwy.
– Zawsze warto spróbować, prawda? – syknęła wreszcie niezadowolona, że nie udało się jej zmusić krasnoluda do ustępstw. – Co zamierzacie zrobić?
– On jest zdrajcą. Margrabia będzie wiedział, co z nim zrobić – Forwald jak zawsze nie miał wątpliwości.
– Nad Davenar lata nargav – Laurelin postanowił postawić wszystko na jedną kartę. – Skoro byłeś w mieście w dniu naszego przybycia, wiesz, że potwora można zabić. Ale sam nie dam rady tego zrobić, potrzebuję pomocy Shean’hen. Nikt nie zdoła samotnie zabić nargava – powtórzył niemal słowo w słowo myśl swojej siostry. Shean’hen tylko przytaknęła w milczeniu jego słowom.
Krasnolud i amazonka zamarli. Imię smoczego pomiotu odbierało odwagę każdemu, nawet tym, którzy nigdy nie mieli z nim do czynienia. Spokój obydwu elfów dziwnie nie dodawał im otuchy. Nieprzyjemnie przywodził na myśl rezygnację.
– Masz pewność? – spytał wreszcie Forwald.
– Widziałem go na własne oczy, krasnoludzie. Nie da się go pomylić z żadną inną istotą na świecie. Davenar potrzebuje teraz pomocy bardziej niż kiedykolwiek. Gdy nargav polegnie, armia Chaosu odstąpi.
Krasnolud siedział przez chwilę cicho, ważąc w myślach zasłyszane rewelacje. Czuł na sobie pełne napięcia spojrzenia obydwu kobiet. Nie uważał, by godziło się puszczać zdrajcę wolno, ale czy naprawdę jego obowiązkiem było dostarczać głowę elfa ludzkiemu władcy? Jeśli istniał choć cień nadziei, że dwójka szaleńców zdoła powstrzymać nargava, należało dać im szansę.
– Chodź, moja droga – zwrócił się wreszcie do amazonki. – Wrócimy do domu, napijemy się miodu i zapomnimy o tej rozmowie. Ostatecznie Fryderyk ma wystarczająco dużo problemów i bez tego.
Jego towarzyszka skinęła w milczeniu głową. Dwie sylwetki, wyższa i niższa, oddaliły się w kierunku majaczącego w oddali ciemnego frontonu starej kamienicy. Zanim zniknęły w jej bramie, krasnolud odwrócił się jeszcze i rzucił w mrok „Powodzenia”.
Odpowiedziała mu cisza.
***
Elfy biegły bez wytchnienia przez wiele nocy, nie szczędząc sił. Wiedziały, że czas na wypoczynek nadejdzie później, gdy dotrą na miejsce. Laurelin narzucił mordercze tempo i Shean’hen dopiero teraz poczuła, jak bardzo folgowała sobie ostatnimi czasy.
Płuca paliły ją żywym ogniem, a każdego dnia nad ranem miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi. Pociła się niczym ludzki mieszczuch, co wieczór zaś z trudem zmuszała obolałe mięśnie do kolejnego wysiłku. Życie na nizinach rozleniwiało.
Przemieszczali się teraz wyłącznie nocami, kryjąc w mroku przed każdym, kto mógłby rozpoznać w Laurelinie zdrajcę z Davenar, a takich osób było każdego dnia więcej, gdyż nieuchronnie zbliżali się do oblężonego miasta. Z nastaniem świtu kryli się w leśnych ostępach.
Po siedmiu dobach dotarli wreszcie na miejsce, do jaskiń rozpościerających się pod wzgórzami otaczającymi Davenar. Gdyby podróżowali konno, byliby teraz jakieś trzydzieści mil od celu, mając przed sobą do pokonania nieprzejezdną dla nikogo puszczę, porastającą podnóże bielejących w słońcu skał.
Davenar leżało na wapiennych wzniesieniach, a gruntowe wody, podmywające od wieków skały, wypłukały w nich istny labirynt jaskiń i korytarzy. Nikt nigdy nie próbował badać tego podziemnego miasta, toteż nie było do końca wiadomo, jak daleko sięgają skalne chodniki.
Nawet Laurelin, który w tych mrocznych korytarzach spotykał się niegdyś z piękną Seleną, nie poznał wszystkich sekretów rozbudowanego kompleksu jaskiń. Potrafił jedynie dotrzeć w okolice Pierścienia, zewnętrznej części Davenar, co okazało się być wiedzą cenniejszą niż jakakolwiek inna.
Stał teraz obok siostry na skalnym występie i spoglądał w milczeniu na kotłującą się w dole czerń. Tereny wokół miasta, niegdyś porośnięte bujnymi lasami lub zajęte przez pola uprawne, teraz pokryte były skórzanymi namiotami orkowych wojsk i utrzymanymi w ciemnych barwach, jedwabiami baldachimów mrocznych elfów.
Armia Chaosu przerażała swoją liczebnością. Wydawało się, że siłom oblegającym miasto nie ma końca, że namioty ciągną się także daleko poza horyzontem. Dwa elfy spoglądały z lękiem na przemieszczających się w dole zwalistych, zielonoskórych orków, powykręcane dziwacznie ciała goblinów i smukłe, powabne, pełne gracji sylwetki mrocznych elfów.
Laurelin poczuł, jak drobna dłoń siostry zaciska się mu na ramieniu, gdy po ziemi przemknął ogromny cień nargava. Potwór wydał z siebie wysoki, piskliwy skrzek, mrożący krew w żyłach wszystkim żywym istotom. Shean’hen otrząsnęła się z odrazą.
– Jak ziemia mogła wydać na świat coś tak ohydnego? – szepnęła bardziej do siebie niż do brata.
– To nie ziemia, siostrzyczko. Zrodził go Chaos.
Czarny, łuskowaty stwór zataczał coraz szersze kręgi, wznosząc się tak wysoko, że sięgał niemal pułapu chmur. Nagły zwrot i zmiana kierunku lotu zaskoczyła nawet elfy — żadna żywa istota z tego świata nie potrafiłaby dokonać takiej ewolucji. Stwór poszybował majestatycznie w stronę centralnego namiotu w obozie oblegającej armii. Laurelin nie spuszczał wzroku ze zwalistej sylwetki smoczego cielska.
Davenar konało, Laurelin nie dawał obrońcom więcej niż dziesięć, góra dwadzieścia dni. Razem z miastem umierała na jego oczach Selena, kobieta, którą kochał nad życie. Wiedział, że pani na Davenar nie zdecyduje się nigdy porzucić posterunku, że nie otworzy dobrowolnie armii Chaosu przejścia w głąb kontynentu — prędzej już da pochować się pod gruzami miasta. Chaos zaś nie pozostawiał przy życiu nikogo, kto śmiał stanąć na jego drodze.
Jedyną szansą obrońców była śmierć czarnego smoka. Armia Chaosu, pozbawiona mocy swojego demonicznego sprzymierzeńca, mogła oblegać Davenar jeszcze długo — miasto było przygotowane na taki wysiłek, więc posiłki z pewnością zdołałyby dotrzeć na czas. Nargav, poza tym, że niezwykle silny i wytrzymały, mącił zmysły i odbierał wolę życia. Prowadzenie walk pod niebem, na którym szybował mroczny cień, było zadaniem przewyższającym siły najsilniejszych nawet armii.
Sprowadzony z królestwa demonów smok, ucieleśnienie rozpaczy i braku nadziei, był niemalże nieśmiertelny. Odesłać go mógł tylko ten, kto otworzył mu wrota do świata — władca demonów. Nargav umierał jedynie wtedy, gdy władca nie mógł wesprzeć go swoją mocą, a to znaczyło, że jego pan musiał zginąć razem z bestią. Dlatego Laurelin potrzebował pomocy siostry.
Nargava nie zabija się samotnie.
Shean’hen zmrużyła oczy przed blaskiem wschodzącego słońca, przesłaniając je jednocześnie dłonią. Potwór musiał już wylądować, gdyż jego wrzask nie mącił dłużej spokoju budzącego się dnia.
– Atakuje tylko nocą? – upewniła się. Brat potwierdził skinieniem głowy. – Potrzebuję trzech dni, żeby zorientować się w terenie – powiedziała po chwili. – Musimy też jakoś wywabić stamtąd naszego przyjaciela zwierząt. Masz jakiś pomysł?
Laurelin spojrzał we wskazanym przez nią kierunku, na największy namiot w obozie wrogich wojsk. Jego twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnie drapieżnym grymasie.
– Na pewno kocha swojego pupilka. Nie wątpię, że przybędzie, gdy zwierzątku będzie działa się krzywda.
Shean’hen zdumiała się nieco ostrym tonem, tak niepodobnym do zwyczajnego, spokojnego sposobu wysławiania się brata. Z niedowierzaniem patrzyła na ściągnięte gniewem rysy, zaciśnięte mocno szczęki i drżące dłonie. Nigdy nie widziała Laurelina tak wzburzonego. Gotował się ze wściekłości, choć starał się powściągać emocje za wszelką cenę. Po raz pierwszy zrozumiała jak bardzo osobisty wymiar ma dla niego ta krucjata.
Po chwili przedłużającego się milczenia, nie wiedząc jak zareagować na dokonane właśnie odkrycie, zaczęła rozglądać się po niewielkiej skalnej grocie. Ciągle jeszcze dawało się dostrzec tu i ówdzie ślady bytności Laurelina, który przez ostatnie miesiące za dnia szukał schronienia w skalnej wnęce. Mogła nawet teraz, po kilku tygodniach, wskazać miejsce, w którym układał się do snu, zaś palenisko było ciągle zupełnie wyraźnie widoczne.
– Zostajemy tutaj? – zapytała wreszcie.
Laurelin zaprzeczył ruchem głowy.
– Północna kwarta jest opuszczona. Wieczorem poszukamy tam jakiejś kryjówki, a teraz prześpij się teraz trochę, N’hen.
Skinęła w milczeniu głową i z ulgą zabrała się do przygotowywania prowizorycznego posłania w głębi niewielkiej jaskini. Chwilę później Laurelina dobiegł jej cichy, nieco przyspieszony oddech. Przez chwilę jeszcze spoglądał w kierunku skąpanych w porannym blasku, wyszczerbionych blanek, po czym poszedł za przykładem siostry.
Mieli przed sobą długą noc.
***
Faktycznie można było powiedzieć, że północna kwarta była opuszczona, choć Shean’hen uznała, że Laurelin wyraził się wyjątkowo powściągliwie. Elfka kucała na kamiennym moście, łączącym zewnętrzny mur z akweduktem, który dostarczał niegdyś świeżą wodę do Pierścienia, a w zasadzie na szczątkach tego, co zostało z mostu w tym miejscu, i rozglądała się z niedowierzaniem.
Ta część miasta była niemal doszczętnie zrujnowana. Tętniąca niegdyś życiem dzielnica kupiecka, dziś straszyła pustymi, ziejącymi czernią otworami bezszybych okien. Spękane, nadpalone i poszczerbione ostrzałem z goblinich dział ściany budynków tworzyły makabryczny obraz siedliska upiorów, nie przypominając niczym bajecznie kolorowych domów, jakie mijała niejednokrotnie, przechadzając się niegdyś tymi ulicami.
Ulice, brukowane ulice — duma Davenar — zmieniły się w prawdziwy tor przeszkód, pełen dołów, wyrw i dziur, bo zdesperowani obrońcy, gdy zabrakło im już amunicji, rwali gołymi rękoma uliczne kamienie. Tak przynajmniej mówił Laurelin, a ona nie widziała powodu, by mu nie wierzyć.
Północna kwarta była martwa, bez dwóch zdań. Mieszkańcy opuścili ten teren blisko pół roku temu, najeźdźcy zgrabili wszystko, co dało się ukraść i zniszczyli wszystko, co dało się zniszczyć. Ruiny domów nie interesowały już nikogo. Jedynym śladem po obrońcach były szczątki barykad wznoszonych szybko, w desperacji, zbudowanych z worków z ziemią, przewróconych wozów i wynoszonych z domów mebli. Elfka patrzyła w niemym przerażeniu na niszczejące dowody niezłomności serc i woli walki mieszkańców miasta, która wszakże nie zdała się na nic. Chaos zepchnął ich z tego przyczółka, walki przeniosły się pod zachodnią i wschodnią bramę.
Panująca wokół cisza była niemal namacalna. Tu w Pierścieniu, który nigdy nie zasypiał… Czy w dzień, czy w nocy po ulicach zawsze kręcili się ludzie, w gospodach grała muzyka, sklepikarze oferowali swoje towary, a mieszkańcy miasta biegali zaaferowani swoimi sprawami.
Patrząc na martwy zaułek złotników, Shean’hen nabrała przekonania, że nawet gdyby obrońcy zdołali odeprzeć Chaos, Pierścień i tak skazany był na zagładę — w mieście zewnętrznym nie pozostało już nic, co dałoby się uratować.
Wieczorne niebo pociemniało. Elfka uniosła w górę zaniepokojone spojrzenie i wiodła wzrokiem za szybującym nad miastem czarnym cieniem.
Demon rozpaczy ruszył na łowy.
Odruch, jaki rodził się w każdej żywej istocie, oglądającej choćby z daleka sylwetkę smoka, nakazywał jej uciekać przed siebie, nie bacząc na drogę. Shean’hen pokonała tę chęć z największym trudem. Gdy tylko czarny potwór oddalił się nieco, wróciła jej jasność myślenia.
Zapragnęła już teraz rzucić się za nim w pogoń, zaatakować bestię, wyładować na niej całą swoją złość. Uspokoiła się, choć przy jej popędliwej naturze nie było to łatwe, przypominając sobie wszystkie te okazje, kiedy porywczość wpędzała ją w prawdziwe tarapaty. Wiedziała, że najpierw musi poznać ruiny Pierścienia. To była jedyna okazja, by zbadać teren, a przecież później o jej być albo nie być mogła zadecydować możliwość znalezienia odpowiedniej kryjówki na czas.
Uniosła się powoli z przykucu, w którym tkwiła na kształt makabrycznej rzeźby, poprawiła przewieszony przez ramię łuk, sprawdziła czy strzały tkwią bezpiecznie w kołczanie i czy w razie potrzeby będzie mogła dobyć na czas krótkiego miecza, po czym zeskoczyła lekko na ziemię. Pobiegła w kierunku wewnętrznej części miasta. Jej sylwetka niemal nie odcinała się na tle wieczornych cieni.
***
Barykada pod wschodnią bramą trzymała się wyłącznie siłą woli jej coraz skromniejszej obsady. Nie minęła jeszcze północ, a na posterunku pozostali już tylko ludzki czarodziej parający się magią ognia, kilku piechurów — niedobitków ze staży miejskiej, trzy elfy z liczącej niegdyś dwudziestu szermierzy drużyny i zwalisty krasnolud, który do tej pory obsługiwał działo obrotowe, cud techniki sprowadzony z gór specjalnie na życzenie namiestnika jeszcze przed rozpoczęciem walki o Davenar.
Teraz krępy strzelec w pół siedział, w pół leżał oparty o skruszony mur kamienicy, wpatrując się otępiałym wzrokiem w rosnącą z każdą chwilą plamę krwi wypływającej z kikuta, który jeszcze przed chwilą był jego ramieniem. Miał ochotę zakląć szpetnie, lecz nie starczyło mu sił. Klęczący obok elfi uzdrowiciel, mistrz Armanath, szeptał pod nosem swoje tajemnicze formuły, choć Grywan przysiągłby, że między słowami mocy trafiają się także co dosadniejsze krasnoludzkie przekleństwa — język wysokich elfów nie zawierał w sobie tak niegodnych określeń. Krasnolud po chwili zastanowienia uznał, że osłabiony upływem krwi, musiał się przesłyszeć. Elfy ze starych rodów południa nie bluźniły.
Na czole uzdrowiciela pojawiły się pierwsze krople potu. Chciał zatamować krwotok przed nadejściem kolejnego ataku, a czuł, że ta chwila zbliża się nieuchronnie. Na jego nieszczęście prowadzony zabieg należał do bardzo skomplikowanych, a Armanath jak każdy elf starego rodu, był perfekcjonistą. Nie tolerował fuszerki.
Wreszcie zdołał wygrać nierówną walkę z nasilającym się krwawieniem. Natychmiast wyprostował się jednym płynnym ruchem, by zająć się rannym paladynem z zakonu Wiecznej Chwały. O tak, postękujący i próbujący wstać niezdarnie Grywan zazdrościł elfowi sprężystości ruchów, choć przecież siwowłosy uzdrowiciel nie był już młodzieniaszkiem; ale szlachetnie urodzone elfy nigdy nie okazywały oznak znużenia.
– Na razie czysto – rzucił ze szczytu barykady mag ognia, nazywany przez towarzyszy Iskrą. – Mam nadzieję, że kapitan zdąży, inaczej wdepczą nas w ziemię.
Krasnolud zaśmiał się ponuro, zasiadając niezdarnie na stanowisku działa.
– Wolę to, niż gdyby mieli nas pojmać.
Mistrz Armanath nachylił się nad oddychającym ciężko paladynem. Wystarczyła mu chwila, by stwierdzić, że postawny rycerz osiągnął już kres swojej ziemskiej podróży. Zatrute ostrze orkowego miecza weszło gładko w szczelinę pancerza, nawet elfia magia nie mogła pomóc zakonnikowi, który spróbował samotnie odeprzeć trzech nacierających na niego wrogów.
Elf dostrzegł błysk zrozumienia w zmęczonych oczach rycerza. Choć ranny musiał potwornie cierpieć, nie uskarżał się na żrący ból. Armanath wypowiedział trzy krótkie słowa. Gdy przebrzmiała ostatnia sylaba, ze smukłych palców uzdrowiciela spłynęły drobne, srebrne iskierki, które natychmiast wniknęły pod skórę człowieka. Zakonnik westchnął cicho i zamknął oczy na zawsze.
– Sprawnie, elfie – mruknął obserwujący wszystko z wysokości stanowiska strzelniczego krasnolud. – Kto by przypuszczał, że tak lekko uśmiercasz.
– Czasami nie można zrobić nic więcej, niż skrócić cierpienia – odparł Armanath głosem zupełnie pozbawionym emocji. Wszak emocje to słabość niegodna elfa starego rodu. – Ale zawsze robię to niechę… – urwał w pół słowa, rozglądając się czujnie wokół. – Nadchodzą. Czuję ją nawet stąd.
Krasnolud i ludzie spojrzeli na niego zdumieni.
– Mroczną wiedźmę – wyjaśniła usłużnie elfka, jedna z trójki pozostałych przy życiu szermierzy. – Mistrz Armanath wyczuwa naszych parających się magią mrocznych kuzynów. Ale to znaczy, że ona też o nas wie. Ilu ich jest, mistrzu?
– Zbyt wielu – odparł bezbarwnym tonem Armanath, wygładzając jednocześnie splamioną krwią szatę. – Posiłki nie dotrą na czas.
Zwinnie wspiął się na barykadę, ustawiając się obok maga ognia.
– Powinniście, mistrzu, wrócić do lazaretu – westchnął drugi elfów, szykując broń.
– Im dłużej utrzymamy barykadę, tym większe szanse, że Raynar zdoła ocalić rannych w szpitalu – zauważył nie bez racji Iskra. – Przyda się każda pomoc.
– To z honorem, panowie – warknął złowieszczo krasnolud, obracając z trudem lufę działa w kierunku wylotu wąskiej uliczki. – Żywcem nas nie wezmą.
W prześwicie murów pojawiły się pierwsze sylwetki orków. Grywan Rudy z Gór Nowych przymierzył się do strzału, lecz nim zdążył pociągnąć za spust, w powietrzu świsnęły dwie strzały, powalając niemal w jednej chwili pierwszych atakujących.
Obrońcy barykady rozejrzeli się niepewnie, równie zdumieni, co ich wrogowie. Tymczasem kolejne dwie unieszkodliwiły szybkonogiego goblina i zmusiły do odwrotu elfią wiedźmę.
– Tam! – krzyknął bezmyślnie jeden z żołnierzy, wskazując przyczajoną na dachu sylwetkę strzelca.
Jego twarz ginęła zupełnie w cieniu naciągniętego głęboko kaptura, skryta dodatkowo zawojem szalu i jedynie białka oczu błyszczały złowrogo, gdy łucznik szykował się do oddania następnego strzału. Tyle zdołali dostrzec, nim lodowy pocisk wiedźmy nie zmusił łucznika do skrycia się za szczątkami komina.
– Idiota – skwitował Grywan, biorąc namiar.
– Zdążył się schować – zauważył nie bez satysfakcji Armanath. Jednocześnie uniósł obydwa ramiona, szykując się do osłabienia sił wroga — uzdrowiciele którzy mieli dość wyobraźni, by stosować swoją sztukę nie do końca zgodnie z kanonem, potrafili wyrządzić wiele krzywd, a mistrz Armanath, osobisty medyk pani Seleny, był najlepszym lekarzem w Davenar. Jego wrogowie mieli lada chwila odczuć na własnej skórze gniew elfa starego rodu.
– Więc jednak nie zginął. Kapitan się ucieszy – Iskra wypowiedział na głos myśl, która zrodziła się w głowach wszystkich pochodzących z Davenar obrońców barykady.
– Jeśli przeżyje ktokolwiek, by mu o tym powiedzieć – ostudził jego zapał krasnolud. – To tylko jeden łuk więcej.
Atakujący otrząsnęli się z zaskoczenia i ruszyli szturmem na barykadę, z której natychmiast spłynął na nich potok ognia. Uzdrowiciel ukończył swoje zaklęcie. Powalił na ziemię trzecią część napierających, wyostrzając ich zmysły tak, że nawet chodzenie sprowadzało na nich niewymowne męki.
Niestety, nieumarli nie czuli bólu, więc ich zastęp nie przerwał natarcia. Uzbrojeni w miecze obrońcy zajęli swoje pozycje na barykadzie. W powietrzu zaroiło się od pocisków kulomiotu i strzał zamaskowanego strzelca. Wszystkie sięgały celu.
Gdy Raynar z Davenar zdołał wreszcie przedrzeć się do barykady przy wschodniej bramie wraz z oddziałem gwardii namiestnikowskiej, zobaczył jak ostatni z atakujących dogorywa otoczony pomarańczowymi językami ognia.
Szybko ocenił straty, klnąc w duchu na wrogów, którzy sprawili, że pokonanie ćwierci obwodu Pierścienia zajęło mu niemal pół dnia. Chciał coś powiedzieć, lecz nim zdążył zebrać myśli, powstrzymała go chłodna dłoń elfiego maga. Armanath wskazał tylko odległy cień przemykający szybko po dachach zniszczonych kamienic.
Na zmęczonej twarzy kapitana pojawił się słaby uśmiech. Gdy kryjący się pod osłoną nocy strzelec zniknął z dachów Davenar blisko trzy tygodnie temu, Raynar z trudem pogodził się z myślą o jego śmierci. Nie życzył mu jej.
***
Szara postać przekradała się pomiędzy gruzami, zachowując najwyższą ostrożność. Nagle, spłoszona głośniejszym dźwiękiem, zamarła bez ruchu, zlewając się z murem zniszczonego domu. Po cichu wślizgnęła się do wnętrza ruiny.
Elf nasłuchiwał, ale nie mylił się. Za rogiem, przy którym stała jego kryjówka, toczyła się walka. Niestety nie był w stanie stwierdzić, kto wygrywa, zresztą dla banity nie miało to większego znaczenia. Orkowie czy gobliny radośnie roznieśliby strzępy jeszcze jednego elfa, a żołnierze namiestnika z chęcią doprowadziliby przed jego oblicze któregokolwiek z członków klanu Seyedar. Ani Laurelin, ani Shean’hen nie mogli czuć się tu bezpiecznie.
Spróbował dojrzeć coś przez wyłom w murze, ale resztki jednej z wielu barykad zasłaniały mu widok. Rozejrzał się wokół, szukając jakiegoś lepszego punktu obserwacyjnego. Gdy stracił już nadzieję, dostrzegł nadpaloną belkę stropową na wysokości pierwszego piętra. Uważnie zlustrował wnętrze zniszczonego domu. Żaden człowiek nie mógłby nawet marzyć o próbie dostania się na wątłą konstrukcję, ale elf miał pewne szanse. Choć oczywiście niewielkie.
Przyczajona postać spięła wszystkie swoje siły i w trzech ryzykownych susach dostała się na wypatrzony punkt. Belka skrzypnęła w cichym proteście, ale wytrzymała dodatkowe obciążenie. Elf przebiegł ostrożnie na koniec tego prowizorycznego pomostu i przykląkł na kolanie.
Przez wyrwę w murze zobaczył wreszcie nierówne starcie. Pod ścianą przeciwległego doku stał, opierając się o nią plecami, elfi szermierz. Wąskie ostrze drgało niepewnie w osłabionej dłoni, gdy wojownik próbował odeprzeć kolejne ataki przewyższającego go o głowę orka. Ramię w ramię z rannym elfem walczył rycerz zakonny.
Łucznik przez chwilę podziwiał płynne ruchy adepta słynnej szkoły Wiecznej Chwały. Nie mógł nie zauważyć ognia wiary płonącego w oczach paladyna, ani żarzącej się oślepiającym blaskiem relikwii przytroczonej do jego pasa. Wielki dwuręczny miecz zakonnika zataczał olbrzymie kręgi, nie pozwalając zbliżyć się dwóm innym orkom i goblinowi do broniącej się dwójki.
Mimo zapału i transu bitewnego, zakonnik słabł z każdą chwilą. Jego towarzysz ledwie trzymał się na nogach. Elf nie miał zbyt wiele czasu, by móc dokładnie wymierzyć, strzelał więc, licząc na łut szczęścia. Goblin i dwa orki polegli na miejscu. Trzeci, ranny, uciekł w wąskie uliczki, ginąc strzelcowi z pola widzenia.
Zakonnik dostrzegł ruch w ruinach budynku starej karczmy. Chwycił rannego towarzysza za ramię, wskazując niknącą sylwetkę.
– Nie wiedziałem, że wasi łucznicy działają w pojedynkę.
Elf popatrzył na niego nieco nieprzytomnym wzrokiem i wychrypiał niewyraźnie:
– Nie działają. To nikt z naszych.
***
… jesteśmy bezpieczni. Przyjęto nas z otwartymi ramionami i wszystkimi należnymi honorami. Wszyscy tu doceniają Wasze poświęcenie, Pani, choć nie mogą przeboleć waszej decyzji o pozostaniu w Davenar. Mnie nie opuszcza zaś nadzieja, że wkrótce będziemy mogli wrócić do domów i służyć Ci, Pani, jak dawniej…
Selena, pani na Davenar, przebiegła wzrokiem ten fragment listu nie wiedzieć który już raz. Nie musiała go czytać. Znała na pamięć każde słowo, każdą literę i każdy kleks na tej kartce. List dotarł do niej tuż przed zamknięciem miasta w kleszczach oblężenia. Teraz nie otrzymywali już żadnych wieści ze świata.
„Jesteśmy bezpieczni”. Te dwa słowa dodawały jej sił, by walczyć o ukochane Davenar. Nie zdecydowała się opuścić murów miasta razem z ostatnią falą uciekinierów. Wiedziała, że jeśli obrońcy mają wytrwać, będą potrzebować każdej możliwej formy wsparcia, również tego moralnego, wynikającego z wiary w słuszność decyzji podejmowanych przez władcę.
Selena trzymała władzę w Davenar żelazną ręka od przeszło pół roku. Podejmowała śmiałe, niejednokrotnie bardzo ryzykowne decyzje i zawsze była gotowa stawić czoła ich konsekwencjom. Panowie, zasiadający w radzie, musieli w końcu przyznać, że kobieta przygotowała się dobrze do przejęcia władzy po zmarłym ojcu i dziś niejeden z nich żałował, że dwadzieścia lat temu zmuszono młodziutką dziewczynę do poślubienia Hilroda z Trzech Wzgórz.
Ich małżeństwo nie zaliczało się do przesadnie szczęśliwych, ale przez wiele lat udawało się im zachować pozory poprawności. Selena przymykała oczy na niewierność małżonka, on zaś starał się przełknąć przykry jego dumie fakt, że nigdy nie zostanie panem na Davenar i do końca życia będzie jedynie namiestnikiem, rządzącym w imieniu niekochanej żony.
Gdy na dworze w Davenar pojawiły się dwa nieokrzesane elfy z północy, Selena poczuła się, jakby ktoś wyrwał ją z wieloletniego letargu. Bliskość Laurelina uświadomiła jej, jaką farsą było dotąd jej życie. Czuły, pełen ciepła elf był dokładnym zaprzeczeniem jej oziębłego małżonka. Laurelina nie interesowała władza, nie był zazdrosny o wysokie urodzenie Seleny, kochał ją dla niej samej.
Niespokojny czas przed spodziewaną inwazją sprzyjał ich sekretnym spotkaniom, gdyż Hilrod, korzystając z każdej nadarzającej się sposobności, wyjeżdżał z Davenar na długie tygodnie. Uczestniczył w naradach z władcami innych miast sojuszu, dowodził manewrami i odwiedzał swoją kochankę.
Jednak gdy namiestnik Davenar dowiedział się o romansie małżonki, wpadł w prawdziwy szał. Od chwili, gdy elfy z klanu Seyedar uciekły z sali audiencyjnej, życie Seleny zmieniło się w koszmar. Niejeden dzień spędziła samotnie w swoich komnatach, wstydząc się szpecących jej twarz siniaków.
Mimo to przez blisko cztery lata Selenie udawało się ukryć prawdę o swoim życiu. Sytuacja na dworze w Davenar, choć napięta, była przynajmniej stabilna. Niestety los nie sprzyjał ani miastu, ani jego władczyni. Dwa tygodnie przed wyjazdem z Davenar ostatniego konwoju uchodźców Hilrod odkrył największą, skrywaną pilnie tajemnicę swojej małżonki.
Tym razem obyło się bez szumnych zgromadzeń, bez odczytywania zarzutów zdrady. Hilrod postanowił załatwić sprawę Davenar raz na zawsze w prywatnym gronie. Siedząca na swoim tronie w pustej sali tronowej Selena wydawała się być wtedy jeszcze drobniejsza, niż była w rzeczywistości. Skulona ze strachu, słuchała groźnej tyrady męża. Żadne z nich nie zauważyło, kiedy do komnaty wkroczył kapitan gwardii, on zaś wżył w skupieniu każde słowo, jakie padło wtedy z ust namiestnika.
Selena pamiętała je wszystkie do dziś. Hilrod oznajmił, że opuszcza Davenar, a jego umyślni dotarli już na pewno do wszystkich zrzeszonych w sojuszu miast, dostarczając jego listy, zrywające wszelkie ustalenia traktatu. Prawo Davenar dawało mu taką władzę, jednocześnie niemal zupełnie pozbawiając jej Seleny tylko dlatego, że była kobietą.
Davenar było zdane na własne siły.
Hilrod skłonił się jeszcze pogardliwie i zszedł z podwyższenia, na którym stały obydwa trony, trafiając wprost na Raynara i jego sztylet. Przez krótką chwilę kapitan miał wrażenie, że ukarał winnego wszystkich swoich cierpień.
„Trzeba wezwać mistrza Armanatha. Jego wysokość chyba zasłabł”, powiedział wtedy obojętnym tonem dowódca gwardii, ścierając krew z ostrza. „Nie damy Davenar polec”, obiecał, nie spuszczając z niej wzroku.
Teraz znów spoglądała w szare, spokojne oczy dowódcy pałacowej straży. Czekała na odpowiedź.
– Tak mówią, pani – odparł w końcu. – Wśród żołnierzy obrósł już prawdziwą legendą. Gdyby wierzyć w każde ich słowo, musielibyśmy przyjąć, że Laurelin pojawił się tu w co najmniej dziesięciu osobach.
– Sądzisz, że to rzeczywiście on?
– Nie wykluczałbym tego, pani – odparł Raynar ostrożnie.
Temat ich rozmowy był mu wysoce niewygodny. Mimo że z radością przyjął wiadomość o powrocie Laurelina, starał się nie zwracać większej uwagi na rewelacje podległych mu ludzi, nie spoglądać w kierunku dachów. Nie chciał natrafić przypadkiem na znajomą sylwetkę nocnego strzelca.
Nie miał pretensji do Laurelina, choć za sprawą nierozważnych czynów elfa, trwająca dwa lata prywatna idylla gwardzisty, prysła niczym mydlana bańka. Raynar nie miał mu tego za złe. Nikomu nie miał nic za złe, wszystkich rozgrzeszał i rozumiał, a jednocześnie nie potrafił pozbyć się uczucia żalu.
Cztery lata temu w sali tronowej poczuł się, jakby jej strop zawalił mu się na głowę. Herold nie skończył jeszcze odczytywać zarzutów, a Raynar wiedział już, że namiestnik Davenar popełnia właśnie największy błąd w swoim życiu. W tamtej chwili nie dałby złamanego grosza za jego dalszy los. Oczyma duszy widział już, jak ogarnięta szałem Shean’hen wskakuje na podest, widział, jak sam próbuje ją powstrzymać i albo ginie od pierwszego ciosu, albo odbiera życie swojej ukochanej.
Gdy usłyszał pisk dwórek, niemal z ulgą spojrzał na nóż przystawiony do gardła swojej córki. W takiej sytuacji nikt nie odważył się powstrzymać elfów bez wyraźnego rozkazu dowódcy, a Raynar wiedział już, że obejdzie się bez rozlewu krwi. Shean’hen nigdy nie skrzywdziłaby Yanny, miał tego pewność. Nie mógł jedynie zrozumieć, dlaczego potrafi przyglądać się wszystkiemu z tak zimną obojętnością, zupełnie jakby zdarzenia te nie dotyczyły jego samego.
– Do czego on zmierza, Raynarze? – głos pani Seleny oderwał go od nieprzyjemnych wspomnień.
– Nie mam pojęcia, pani. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że próbuje zabić smoka, ale na razie udało mu się co najwyżej rozwścieczyć bestię. Z każdą nocą jej ataki stają się coraz bardziej zażarte.
Selena z Davenar pobladła słysząc te słowa. Dowódca jej gwardii zaniepokoił się nie na żarty. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowało teraz konające miasto, była teraz słabość władczyni.
– Głupiec… – wyszeptała. – Szalony głupiec. Sam nie da rady.
– O czym mówisz, pani? – spytał zdezorientowany Raynar.
– Nikt nie da rady zabić nargava samotnie.
Raynar nadal nic nie rozumiał.
– Ona nic ci nie mówiła? Nie opowiadała o tym, jak Laurelin ze swoim ojcem zabili bestię? – zdumiała się Selena. Raynar zaprzeczył w milczeniu. – Mnie opowiedział. Raz. Każda próba pokonania demona rozpaczy to czyste szaleństwo — szanse powodzenia są minimalne — ale nikt nie zdoła tego dokonać samotnie. Władca nargava musi umrzeć w tej samej chwili co smok. Ten głupiec zgubi i siebie, i nas.
Raynar milczał. Nagle dostrzegł wszystko w nowym świetle. Pojawienie się smoka, zniknięcie Laurelina, jego powrót po przeszło trzech tygodniach. I te niemożliwe opowieści o dokonaniach elfa, wszystkie bójki i zakłady w koszarach o to kto, kiedy i gdzie widział łucznika…
O ile Laurelin nie zaczął nagle parać się magią, musiało to znaczyć, że nie wrócił sam. Kapitan bał się sformułować mglistą myśl, która zmroziła mu krew w żyłach.
Przez ostatnie lata szukał pocieszenia w fakcie, że Shean’hen żyje bezpiecznie z dala od wojennej zawieruchy, tymczasem wszystko wskazywało na to, że musiała być w Davenar, w samym środku wojny z Chaosem.
Łamiąc wszystkie nakazy etykiety i protokołu dworskiego, Raynar wybiegł z sali audiencyjnej, pozostawiając zdumioną Selenę w wielkiej komnacie. Gnał jak oszalały przez szerokie ulice wewnętrznego miasta, chcąc jak najszybciej dotrzeć do kwater krasnoludzkiego garnizonu.
Grywan Rudy niemal nie poznał opanowanego zazwyczaj dowódcy pałacowej gwardii, gdy ten wpadł z impetem do izby zajmowanej przez celowniczych. Raynar schwycił kalekiego krasnoluda za kubrak i ledwo łapiąc oddech, wysapał:
– Dwa… dwa dni temu. Powtórz to, co opowiadałeś dwa dni temu. Przy kuchni.
Grywan nasrożył się nieco. Wszak nie uchodziło, by ktokolwiek szarpał tak bezkarnie krasnoludem, ale też Raynar nigdy dotąd nie zachowywał się jak szaleniec. Krasnolud chciał zdecydowanym ruchem oswobodzić się z chwytu kapitana.
– Mów! – w tej samej chwili Raynar uniósł głos, potrząsając postawnym strzelcem.
Pozostałe obecne w sali krasnoludy natychmiast znalazły się wokół człowieka, uzbrojone w co który miał pod ręką. Wcale nie wyglądały przy tym śmiesznie. Gdyby Raynar zwracał choć odrobinę uwagi na otoczenie, z pewnością powściągnąłby swoje nerwy.
– Błagam… – szepnął zdesperowany gwardzista.
– Spokojnie, panowie – Grywan uniósł swoją jedyną dłoń, starając się nie dopuścić do walki. – Nie wiem, co tak wzburzyło kapitana, ale sugerowałbym, żeby któryś przyniósł mu coś dla ochłody. Najlepiej nieco zimnego piwa. I mnie też! – dorzucił. – Nie lubię opowiadać o suchym gardle.
Raynar pozwolił poprowadzić się do drewnianej ławy, stojącej pod oknem dormitorium, i usadzić się na niej niczym grzeczne dziecko. Grywan próbował wprawdzie zabawiać niespodziewanego gościa rozmową, lecz nieobecny wzrok kapitana wyraźnie dawał do zrozumienia, że Raynara interesuje w tej chwili tylko jeden temat.
Wreszcie do pomieszczenia wpadł najmłodszy z krasnoludów, nieco zziajany, ale dumnie prezentujący zebranym dzban piwa, który zdołał wyprowadzić potajemnie z kuchni. Grywan uniósł dłoń w teatralnym geście, uciszając towarzystwo.
– Słuchajcie tedy, mili panowie. Kapitan zażądał opowieści i opowieść dostanie. Trzy dni temu, niecałe dwa dni po sławetnej obronie barykady przy bramie wschodniej, gdzie Laurelin Zdrajca uratował życia waszych towarzyszy, w tym uniżonego sługi waszego, Grywana…
Raynar ziewnął dyskretnie. Krasnoludy uwielbiały barwne opowieści, a Grywan był prawdziwym mistrzem w tej dziedzinie. Kapitan starał się dzielnie przeczekać przydługi wstęp do zasadniczego tematu — spotkania krasnoluda z tajemniczym strzelcem — ale ten rozrastał się ponad wszelką miarę. Mężczyzna ziewnął po raz drugi, wiercąc się coraz bardziej nerwowo. Miał wrażenie, że siedzi nie na ławie, a na nabijanej gwoździami desce.
Tymczasem Grywan rozwijał swoje zdolności krasomówcze.
– Tedy, mości panowie, nie mogąc dłużej znieść monotonii szpitalnego życia, a tym bardziej szpitalnego żarcia – krasnoludy zarechotały w tym miejscu chórem – wasz towarzysz, Grywan, udał się na zwiedzanie okolicy. Wszak mówią, że nie masz piękniejszego widoku nad wschód słońca ponad złotymi dachami Davenar.
Jeszcze rok temu nie sposób było się z tym nie zgodzić. Oczywiście teraz po złotych dachach Davenar nie zostało już nawet wspomnienie.
– Przemykałem zatem pośród zniszczonych domów, po wyludnionych ulicach, kryjąc się przed hordami orków, goblinów i nieumarłych. Zamierałem w cieniu zburzonych barykad, nieraz udawałem truchło, byle uniknąć konfrontacji z wrogiem. A nade mną mknął cichy niczym duch wiatru, szary cień. To musiał być elf! Gdybyście widzieli tylko te ruchy pełne gracji, te ewolucje w powietrzu, gdy przeskakiwał z jednej spalonej belki na drugą.
Grywan zrobił efektowną przerwę, którą natychmiast wykorzystał jeden z jego kompanów.
– Chodzi ci o taki pląs, jaki uprawia zazwyczaj Zniewieściały Jok, postrach młodzieńczej cnoty? Owszem, widzimy.
Krasnoludy, z Grywanem na czele, znów zarechotały.
– Widzę, że rozumiecie. Zatem mknął niczym wicher pustyni, gdy wtem ujrzał w oddali zło niesłychane, niesprawiedliwość krzywdzącą — nieumarłego pastwiącego się nad rannym paladynem. Elf, sprawdziwszy zapas strzał, podjął decyzję godną herosa! W kilku susach znalazł się na ziemi i zgrzytając ostrzem swojego miecza o bruk, ściągnął na się uwagę ohydy. Mikro wyglądał nasz bohater w porównaniu ze zwalistą sylwetką swego wroga. Naraz bestia ruszyła na niego. Och, jakże nierówna była to walka, panowie. Ostrze błyskało w powietrzu, szermierz wirował wokół martwiaka. Żal było niemal patrzeć na tę istotę bezrozumną, gdy Laurelin jednym czystym cięciem pozbawił bestię głowy. Ta makabryczna kula potoczyła się pod moje nogi, panowie. Nigdym nie widział niczego równie obrzydliwego. Niestety, ach, niestety dla paladyna było już za późno. Elf splunął tylko z pogardą na truchło wroga i zniknął mi z oczu w pustym budynku browaru.
Grywan zakończył opowieść, a krasnoludy nagrodziły go gromkimi brawami. Kapitan gwardii patrzył nieco zniesmaczony na ten popis, ale nie tracił nadziei, że uda mu się jednak porozmawiać z celowniczym poważnie. Gdy pozostali rozeszli się do swoich zajęć, zapytał:
– Jesteś pewien, że to był Laurelin?
– Wiesz, kapitanie, wprawdzie dla mnie wszystkie elfy są jednakowe, ale Laurelina chyba bym jednak poznał. Nawet po tylu latach. Dlaczego pytasz?
– Zastanawiałem się, czy…
Nie dokończył. Nie miał odwagi wypowiadać na głos myśli, która zrodziła się w trakcie rozmowy z panią Seleną. Nadal nie mógł zdecydować, czy wolałby spotkać Shean’hen w oblężonym mieście, czy mieć świadomość, że żyje bezpiecznie, z dala od zawieruchy wojennej. Ale wiedział już, że dziś jeszcze musi odwiedzić stary browar w północnej kwarcie.
***
Przygarbiona elfka przemykała wąskimi ulicami Pierścienia, kryjąc się pomiędzy skruszonymi murami domów, gdy ktokolwiek pojawiał się w pobliżu. Musiała zrezygnować ze sprawdzonej trasy wędrówki po dachach z tego prostego powodu, że dachy skończyły się dwie przecznice temu. Wreszcie ujrzała w oddali ostatnie zabudowania.
Za nimi rozciągał się goły pas wypalonej ziemi, niewątpliwie dzieło nargava. Zadrżała z obrzydzenia na myśl o demonicznej bestii. Nie uśmiechało się jej przecinać nieosłoniętego niczym terenu, ale nie miała wyjścia, jeśli chciała zdążyć przed świtem do kryjówki, którą znalazł Laurelin.
Była mocno znużona kolejnym nocnym rajdem, myślała już tylko o tym, by jak najszybciej dostać się do obozowiska. Puściła się biegiem przez wymarłe miasto i o mały włos nie przypłaciła swojej niecierpliwości życiem.
Ork zaatakował zupełnie znikąd. Wielkie ostrze śmigało w powietrzu z zawrotną prędkością, pchane nieposkromioną siłą orkowych ramion. Nie mogła nawet marzyć o sparowaniu takich ciosów, pozostało jej jedynie robić uniki.
Ostatni z nich był naprawdę mistrzowski. Miał wyprowadzić ją poza zasięg śmiercionośnego ostrza i dać chwilę niezbędną na zajęcie wyższej pozycji, na której mogłaby skorzystać z łuku. Plan był doskonały, realizacja niestety pozostawiała nieco do życzenia.
Ork, widząc co się dzieje, spróbował schwycić elfkę za kaptur. Ten ześlizgnął się z jej głowy, uwalniając schowany pod nim warkocz. Wielka łapa natychmiast zacisnęła się na jasnym splocie. Wyciskające łzy z oczu szarpniecie za włosy powaliło ją na ziemię.
To koniec, pomyślała, obserwując poszczerbioną stal, która opadała w kierunku jej głowy w dziwnie wolnym tempie. Nie zdążyła się nawet przestraszyć.
Nagły błysk zaskoczył ją równie mocno, co jej przeciwnika. Ork stał przez chwilę, wyraźnie zdumiony dziurą, jaka pojawiła się znikąd na jego piersi, po czym runął niczym kłoda na ziemię. Shean’hen z trudem wygrzebała się spod zwalistego cielska.
Relikwia, którą paladyn dzierżył w wyciągniętej ręce, ciągle jeszcze płonęła przyzwanym ogniem wiary. Rycerz spojrzał z pogardą na zwisający przez ramię warkocz. Walczące w elfich oddziałach kobiety zaprzeczały ustalonemu porządkowi rzeczy.
– Wojna to nie bal u namiestnika, panienko. Wracaj lepiej do domu.
Shean’hen spoglądała przez chwilę na plecy oddalającego się rycerza, po czym mruknęła do siebie:
– Masz rację, wielebny. To zdecydowanie nie bal.
Potem zdecydowanym ruchem wyciągnęła sztylet i zaczęła pracowicie odcinać jasne pasma włosów u samej nasady warkocza.
***
Gdy Laurelin dotarł do starannie zamaskowanej kryjówki w północnej kwarcie Pierścienia, zastał swoją siostrę w najdziwniejszej z możliwych w ich położeniu póz.
Shean’hen stała pochylona nad mocno powyginaną, znalezioną nie wiadomo gdzie balią i usiłowała zmyć z twarzy pot, wymieszany z zaschniętą krwią, pyłem i sadzą. Prychała przy tym gniewnie, rzucając pod nosem groźby w kierunku bliżej nieokreślonych wrogów.
– To nie ma sensu – rzuciła wreszcie zrezygnowana, odwracając się w kierunku brata.
Laurelin zaśmiał się szczerze, widząc rozmazane na jej twarzy smugi brudu, które żywo przypominały barwy wojenne orkowych wojowników.
– Skoro nie ma sensu, to zos… – umilkł w pół słowa, przyglądając się jej z niedowierzaniem. – N’hen, coś ty zrobiła z włosami! – krzyknął zdumiony.
Siostra stała naprzeciw niego w lustrzanym odbiciu jego pozy. Nigdy dotąd nie wydawali się być tak do siebie podobni. Wprawdzie Shean’hen była niższa, ale z zakurzonymi, krótko obciętymi włosami wyglądała teraz niemal identycznie jak Laurelin. Dopiero po chwili dawało się zauważyć drobne różnice — inny kolor oczu czy nieco odmienny wykrój ust.
– Obcięłam. Mało mnie przez nie nie zabili – westchnęła z żalem po utraconej ozdobie, którą hołubiła z dumą przez całe życie. – Ale ja nie o myciu… Laurelin, to co robimy, nie ma sensu. Nargav jest zbyt potężny. Udało mi się dziś dopaść go przy uliczce farmaceutów. Dobrze, że znaleźliśmy się w zasięgu tej krasnoludzkiej maszynerii, inaczej rozerwałby mnie na strzępy.
Laurelin milczał. Co miał odpowiedzieć? Że ich działania tylko rozjuszyły bestię? Że jeśli nie zabiją nargava natychmiast, miasto zginie w ciągu kilku dni? Cały czas żył nadzieją, że zdoła ocalić Davenar, że będzie mógł powrócić tu w glorii i chwale, żądając od rady Davenar ręki Seleny, że zdoła odzyskać skarb, którego los pozbawił go tak podstępnie. Teraz widział wyraźniej niż kiedykolwiek, że do pewnych rzeczy nie ma powrotu.
Tyle, że Laurelin nie potrafił porzucić nadziei.
Wrzask potwora uwolnił go od trudów udzielania wyjaśnień. Elf uniósł głowę, nadstawiając ucha. Słyszał już kiedyś ten zew.
– On dziś przybędzie. Dasz radę, N’hen? Jeszcze ten jeden raz.
– Skoro nalegasz – potarła twarz, próbując odegnać zmęczenie. – Przygotujmy się.
***
Ten sam zew dotarł do uszu Raynara, który w towarzystwie mistrza Armanatha patrolował okolice barykady przy wschodniej bramie. Obydwaj zamarli słysząc ryk bestii, wyraźnie szykującej się do lotu, mimo że słońce stało jeszcze wysoko nad horyzontem.
Wreszcie elf odzyskał zdolność ruchu. Wskoczył zwinnie na szczyt umocnień i rozejrzał się z nostalgią po okolicy. Raynar poszedł w jego ślady, choć wejście na barykadę było dla niego znacznie bardziej wyczerpujące. Powiódł wzrokiem w kierunku, w którym spoglądał mag — na rozciągające się aż po horyzont namioty wrogiej armii.
– Mimo wszystko świat jest piękny – odezwał się wreszcie elf. – Dobrze było móc oglądać go przez tyle lat.
– Więc to dziś – bardziej stwierdził niż zapytał Raynar.
– Owszem. Nasz przyjaciel poczynał sobie zbyt odważnie. Pan demonów jest wściekły i dziś zawita do nas osobiście.
Kilka godzin później rozpętało się piekło. Orkowie wspomagani mroczną mocą władcy demonów siali większe niż kiedykolwiek dotąd spustoszenie w szeregach obrońców. Nie pomagała ani krasnoludzka technika, ani ludzkie modły, zawodziła magia.
Raynar przyłapał się na tym, że coraz częściej zerka na dachy w obawie, że zobaczy tam znajomą sylwetkę lub co gorsza dwie.
***
Nargav, demon rozpaczy, ruszył na łowy wcześniej niż zazwyczaj. Wielkie niczym kamienica cielsko z trudem wzbiło się w powietrze. Ogromne błoniaste skrzydła z łoskotem młóciły powietrze, wprawiając w ruch toporny kształt smoczego ciała. Jednak gdy ta urągająca prawom natury istota osiągnęła odpowiednią prędkość, zniknęło gdzieś wrażenie ociężałości. Nargav, tak niezdarny na ziemi, w powietrzu stawał się śmiertelnie niebezpieczną i nieopisanie sprawną bronią — prawdziwą machiną do zabijania.
Rozłożysty cień przemknął nad murami miasta, zalewając okolicę rozdzierającym wrzaskiem. Z jego paszczy buchnął ogień, zadając nowe rany martwej, północnej części Pierścienia.
Nargav mimo całej swojej potęgi, był stworzeniem pozbawionym wyższej inteligencji. Przejawiał zachowania typowe dla drapieżnych mieszkańców demonicznego wymiaru — kierował się chęcią zadawania cierpienia, łaknął strachu i łatwego łupu. Jego świat był nieskomplikowany — istniał tylko niosący lęk nargav i bezbronne, pozbawione chęci walki żałosne ofiary. Tak było zawsze, tam miało być i tym razem.
Jednak los zgotował mu okrutną niespodziankę. Miasto broniło się zaciekle. W swoim nieskomplikowanym, zwierzęcym mózgu nargav nie umiał znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego te niepozorne istoty, biegające w panice po ziemi, nie chcą poddać się i umrzeć jak tyle setek przed nimi. Skąd czerpały siłę, by stawiać odpór aurze rozpaczy, jaką smok roztaczał nad miastem?
Z dnia na dzień jego zadanie stawało się coraz trudniejsze. Władca demonów, elfi mag, który umożliwił mu łowy, żądał zwycięstwa, lecz nargav wszędzie napotykał opór. Zadania nie ułatwiały mu te uciążliwe istoty, atakujące go z ukrycia, szarpiące błoniaste skrzydła ostrymi grotami strzał, raniące ciało, które pozostawało poza zasięgiem innych broni.
Nie było nocy, by ohydni strzelcy nie uprzykrzali mu życia. Ale dość tego — dziś władca obiecał dopomóc demonowi rozpaczy. Dziś śmiertelnicy mieli poznać prawdziwe oblicze gniewu Chaosu i pożałować, że dotąd pozostali przy życiu.
Nargav wydał kolejny złowieszczy ryk.
***
Elfy niecierpliwie wypatrywały nadejścia wieczoru. Obydwoje wiedzieli, że nie mogą pozwolić sobie, by czekać na zapadnięcie zupełnego zmroku, ale żadne z nich nie odważyło się wyjść z kryjówki w biały dzień.
Nargav krążył nad miastem już od dobrych dwóch godzin. Bojowe okrzyki orków docierały nawet do wypalonej rudery, w której skryli się po opuszczeniu starego browaru. Odgłosy walki sugerowały, że tym razem natarcie jest znacznie bardziej zaciekłe niż wszystkie poprzednie ataki.
Laurelin nie miał wątpliwości, co to oznacza — pan demonów ruszył do boju na czele swojej armii. Nargav, wspomagany jego magią, siał spustoszenie w szeregach obrońców, niewrażliwy na ostrzał z krasnoludzkich szybkostrzelnych dział, nieczuły na elfie strzały.
Jego wrzaski odbierały obrońcom resztki woli walki, mąciły zmysły i siały panikę w ich szeregach. Tak prowadzony atak stanowił doskonałe przedpole dla hord piechurów Chaosu, którzy bez trudu dziesiątkowali przypartych do muru obrońców.
Wreszcie zapadł na tyle głęboki zmierzch, by elfy mogły podjąć próbę przedostania się w obszar objęty najzacieklejszymi walkami tam, gdzie jak podejrzewały, przebywał kontrolujący nargava mag. Tylko jego śmierć mogła zasiać w szeregach najeźdźców zwątpienie w zwycięstwo, ale mag, którego moc zapewniała demonowi rozpaczy niemalże nieśmiertelność, sam nie wahał się czerpać z energii życiowej potwora, gdy zachodziła taka potrzeba.
Na nieszczęście w tych dniach przypadała pełnia księżyca, który już teraz wisiał wysoko na niebie, zapowiadając pogodną i jasną noc. Znalezienie dogodnego miejsca do oddania strzału — jednego celnego strzału, któremu nie przeszkodzi żaden z orków, goblinów czy mrocznych elfów — stawało się w tych warunkach niezwykle trudnym zadaniem.
Bliźniaczo podobne sylwetki przemykały bezszelestnie niczym wiatr po dachach opuszczonych domów, nie zwracając uwagi na drobniejsze potyczki toczące się pod ich stopami. W pobliżu bramy wschodniej rozdzieliły się. Jedna zakapturzona postać pomknęła w stronę najbardziej zażartych walk, druga przecięła akwedukt i pognała w stronę zewnętrznego muru, nad jezioro w starym kamieniołomie tam, gdzie krążył nargav.
Strzelec, który pognał w kierunku walk toczących się coraz bliżej Wewnętrznego Miasta, poruszał się coraz wolniej. Światło księżyca bezlitośnie wyławiało jego sylwetkę na tle nocnego nieba. Co i rusz musiał kryć się w obawie, że ruch przyciągnie uwagę niebezpiecznie celnych orkowych kuszników lub nie mniej niebezpiecznych magów Chaosu. Za wszelką cenę starał się uniknąć przedwczesnego zdemaskowania. Na razie nie myślał, jak przyjdzie mu uciekać po oddaniu strzału.
Wreszcie dostrzegł smukłą postać na karym koniu siejącą wokół siebie zniszczenie i śmierć na skalę nie podobną do żadnej, z jaką miało do tej pory do czynienia Davenar. Władca demonów, elfi mag o wyjątkowo zaciętej twarzy, z okrucieństwem płonącym w stalowoszarych oczach, wycinał w pień atakujących go rycerzy zakonu Wiecznej Chwały. Choć paladyni przywoływali całą moc swojego boga, choć ich dusze płonęły szczerym ogniem wiary, nie mogli przełamać niszczących zaklęć pana demonów, który wysysał magią życie ze wszystkich znajdujących się w pobliżu istot.
Strzelec przyczaił się za na wpół ukruszonym kominem i zamarł w oczekiwaniu.
Mogłoby się wydawać, że drugi z elfów ma dużo łatwiejsze zadanie. Nargav z upodobaniem nękał obrońców zewnętrznych murów, gdzie, nie napotkawszy prawie żadnego oporu, poczynał sobie wyjątkowo okrutnie. Pochłonięty bez reszty walką ze zdesperowanym oddziałem ludzkich rycerzy, nie zwracał żadnej uwagi na przemykającą po dachach postać. Elf nie był też niepokojony przez najeźdźców, gdyż słudzy Chaosu nie kwapili się dostać w zasięg twardych niczym granit szponów nargava ani znaleźć się w polu płomieni buchających z jego paszczy. Smok nie znał pojęcia sojuszów czy towarzyszy broni.
A przecież drugi z elfów nie mógł pozwolić sobie na choćby chwilę nieuwagi, jeśli nie chciał zginąć zmieciony z dachu zamaszystym ciosem smoczego ogona, rozerwany na strzępy pazurami bestii czy zwęglony w jęzorach płomieni. Jego zadanie wymagało równie wielkiej precyzji, gdyż niewiele było miejsc na smoczym ciele, które mogły zostać ugodzone strzałą, a on musiał utrzymać ostrzał na tyle długo, by jego kompan zdołał uśmiercić władcę demonów.
***
Księżyc bezdusznie oświetlał nocne walki w Davenar. Iskra w podnieceniu obserwował od pewnego czasu przyczajoną na dachu sylwetkę. Elf, zdołał dotrzeć niezauważony niemal dokładnie nad teren, na którym trwała walka z panem demonów. Strzelec tkwił na obranej pozycji w zupełnym bezruchu i nikt, kto nie widział jego przybycia, nie zdołałby teraz dostrzec szarej sylwetki na tle burego muru. Iskra widział, że elf nie spuszcza wzroku z masakrującego magią swoich wrogów, władcy demonów.
Mag zaczynał powoli rozumieć zamysł strzelca. Z niemałym trudem wycofał się nieco w stronę murów oddzielających Pierścień od Wewnętrznego Miasta. Biegł w kierunku nieczynnej farbiarni w dystrykcie tkackim, w której magazynach powinny nadal znajdować się ingrediencje pozwalające barwić sukno i utrwalać kolory. Iskra doskonale wiedział, jaki efekt osiągnie, podpalając zawartość magazynu. Wieczorny wiatr powinien szybko przenieść ogień na sąsiednie zabudowania i przepchnąć chmurę żrącego dymu w stronę kryjówki nocnego strzelca. Mag zastanawiał się, czy strzelec zdoła wykorzystać krótką chwilę, w jakiej chmura dymu przesłoni księżycowy blask, i czy zdoła oddać ceny strzał, mimo duszących kłębów czarnego oparu.
Kula ognia, którą rudowłosy posłał w stronę drewnianych zabudowań, rozpętała istne piekło. Ci z obrońców, którzy widzieli dumną sylwetkę na tle szalejących płomieni, byli przekonani, że przerażenie odebrało czarodziejowi zmysły. Przycupnięty za kominem elfi strzelec nie wiedział, co skąd napłynęły czarne, lepkie i duszące chmury pyłu, kryjące na krótkie chwile pole walki przed srebrnymi promieniami, ale nie zaprzepaścił szansy, jaką zesłał mu mag ognia.
Sylwetka o ton jaśniejsza od cuchnących kłębów dymu wystrzeliła w jednej chwili ponad poziom dachu. Strzelec potrzebował zaledwie ułamka sekundy, by posłać strzałę wprost w gardło pewnego swojej nietykalności władcy demonów.
Czarnoksiężnik, przeszyty strzałą, zamarł na sekundę z dłońmi uniesionymi ciągle w geście zaklęcia, po czym osunął się z wierzchowca na ziemię, wydając z siebie tylko cichy charkot. W ferworze walk jego agonię dostrzegli tylko stojący najbliżej wrogowie.
Daleko nad starym kamieniołomem nargav szarpnął się raniony kolejną strzałą. Wściekłość rozsadzała jego serce i odbierała mu zmysły. Lewe skrzydło potwora zszarpały krasnoludzkie kule, a samotny elfi łucznik nękał smoka strzałami z coraz trudniej dostępnych zakątków ruin. Bestia dwukrotnie zdołała niemalże sięgnąć pazurzastą łapą drobnej sylwetki, ale strzelec zawsze umykał na czas.
Smok zawył wściekle i już miał poderwać swoje masywne cielsko wyżej, gdy poczuł jak nagle opuszczają go wszystkie siły. Jego pan, jedyny, który miał nad nim władzę, bez skrupułów pozbawiał bestię życia, by ratować własne.
Nargav zawył. Atakujący go elf, zareagował natychmiast. Nie zważając na brak schronienia, zatrzymał się na dłuższy moment, starannie wymierzył i posłał pocisk prosto w żarzące się pomarańczowym blaskiem smocze ślepie. Smok szarpnął się w agonii. Ostatkiem sił wyciągnął szponiastą łapę w stronę łucznika.
***
Echa wrzasku umierającego potwora rozeszły się wśród wapiennych skał i nawet bitewny zgiełk nie zdołał zagłuszyć tego ryku. Dwie mile dalej konał władca demonów, elfi mag, który swoją mocą sprowadził nad Davenar czarnego smoka.
Raynar nie mógł oderwać wzroku od masywnej sylwetki pikującej w dół, wprost do jeziora utworzonego w starym kamieniołomie. Choć bardzo pragnął, nie mógł znaleźć sił, by nie śledzić lotu maleńkiej sylwetki uwięzionej w szponach potwora.
Klan Seyedar, gdyby jeszcze istniał, mógłby dopisać do swoich annałów kolejny chwalebny czyn. Oto drugi z jego członków zabił nargava, choć tym razem śmiałek zapłacił za to życiem. Nikt nie mógł przeżyć upadku z takiej wysokości. Kapitan gwardii długo jeszcze spoglądał w punkt, w którym smok zniknął za horyzontem. Potem, nie zważając na entuzjastyczne okrzyki swoich podkomendnych, zszedł z barykady.
Wizyta w starym browarze przyniosła mu jedynie rozczarowanie. Nawet jeśli elf, czy elfy, mieszkały tam, wyniosły się gdzieś, nie pozostawiając żadnych wskazówek dla tropiącego ich człowieka. Ostatni trop urwał się nim Raynar zdążył w ogóle ruszyć jego ulotnym śladem. Kapitan nie miał pojęcia, czy w szponach nargava zginął Laurelin, czy jego siostra, lecz w tej chwili nie miało to już znaczenia. Nie istniał żaden sposób, by poznać prawdę, gdyż nad ciałem bestii i jej pogromcy zamknęła się toń bezdennego jeziora.
Zobojętniały na wszystko Raynar z Davenar przekazał dowództwo jednemu z poruczników. Wprawdzie szala zwycięstwa przechyliła się nieznacznie na korzyść oblężonych, ale do ostatecznego zwycięstwa wiodła nadal daleka droga i wątpliwe było, by obrońcy zdołali pokonać ją samodzielnie. Ktoś musiał podjąć ryzyko przedarcia się przez pierścień oblężenia, by sprowadzić posiłki teraz, gdy nad miastem nie ciążyła już klątwa demona rozpaczy.
***
Nie tylko Raynar śledził w skupieniu ostatni lot nargava. Cztery pary innych oczu starały się nie utracić ani sekundy z tego makabrycznego widowiska.
Mistrz Armanath odwrócił w ostatniej chwili wzrok, by nie widzieć, jak wielki gad zderza się z taflą wody. Wiedział, że na jego kuzynie z północy ciążyły ciężkie zarzuty, ale miał też w pamięci tę straszną noc pod wschodnią bramą, gdy strzały Laurelina uratowały im wszystkim życie. Armanath, którego zawsze cechowała wielka łagodność, uważał że nikt — nawet zdrajca — nie zasłużył sobie na tak ohydną śmierć.
Nim czarne, łuskowate cielsko zniknęło pod lustrzaną powierzchnią, końce włosów Iskry zapłonęły żywym ogniem, zmieniając jego niesforną czuprynę w prawdziwą pochodnię. Mag ognia wrzasnął coś niezrozumiale i ze zdwojonym zapałem rzucił się w wir walki, zmieniając w popiół wszystko i wszystkich, którzy stanęli na jego drodze.
Grywan patrzył oniemiały na śmierć potwora ze swojego stanowiska strzelniczego. Myśli wręcz wrzały mu pod czaszką. Od wczorajszej rozmowy z kapitanem gwardii nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś mu umknęło, że ciągle umyka. Pozostając nadal pod wrażeniem tragicznego i niespodziewanego końca nocnego strzelca, z trudem zmuszał się do skupienia na swoich obowiązkach.
Celowniczy nie wątpił, że Raynar mógłby jednym słowem rozwiązać tę zagadkę, lecz od kapitana dzieliło go teraz kilkanaście przecznic ogarniętych walkami terenów Pierścienia. Zdesperowani atakujący, pozbawieni wsparcia swojego demonicznego sojusznika, ze wszelkich sił starali się złamać opór obsady twierdzy, póki jeszcze mieli szansę.
Ledwie przebrzmiał ryk umierającego smoka, uszu krasnoluda doleciał pełen złości i rozpaczy okrzyk. Towarzyszył mu syk powietrza rozcinanego lotkami strzały.
Ponownie.
I jeszcze raz.
Strzały śmigały jedna za drugą. Przynajmniej połowa z nich nie docierała do celu, o ile strzelec w ogóle do czegoś mierzył. Oświetlona jasnym światłem księżyca sylwetka odcinała się wyraźnie na tle nocnego nieba — wiatr zmienił kierunek, przepychając chmurę czarnego, żrącego dymu nad zachodnie fragmenty Davenar. Elf nie trudził się jednak, by znaleźć jakiekolwiek schronienie, tylko wysyłał swoje niecelne pociski jeden za drugim w stronę wszystkiego, co ruszało się po ulicach.
Grywan schronił się szybko pod rozpadającym się balkonem, zaskoczony prostotą rozwiązania zagadki, które dotąd skutecznie się mu wymykało. Nagle wszystkie pozornie sprzeczne doniesienia o działaniach nocnego łucznika, które słyszał w ciągu ostatnich dni, nabrały sensu.
Krasnolud ze zdumieniem stwierdził, że w mieście grasowały dwa elfy, a w zasadzie z dwójka elfów, bo nie miał najmniejszych wątpliwości, że drugim z nich musiała być mała Seyedar. Pozostawało tylko dowiedzieć się, które z rodzeństwa padło ofiarą szponów nargava.
Strzelec nie zważał na własne bezpieczeństwo. Strzelał jak opętany, nie przejmując się próbami, jakie podejmowali orkowi kusznicy, by pozbyć się zagrożenia z jego strony. Grywan był przekonany, że to przedstawienie zakończy się zanim szaleńcowi zabraknie strzał.
W istocie chwilę później któryś z potężnych bełtów sięgnął celu. Szara sylwetka, pchnięta siłą uderzenia, zachwiała się i zniknęła po drugiej stronie dachu.
Krasnolud rzucił się biegiem w kierunku zaułka, w którym musiał wylądować elfi strzelec. Chciał dotrzeć do niego, choćby ten miał być już martwy, nim zrobią to orkowie. Tyle przynajmniej był winien szalonemu elfowi.
Gdy wypadł zza rogu, jego oczom ukazała się pusta uliczka. Szare, odrapane mury opuszczonych domów spoglądały w milczeniu na pusty bruk. Po elfie nie było śladu. Krasnolud odruchowo zadarł głowę w górę, szukając smukłej sylwetki na dachach, lecz dachy były równie martwe jak ten zaułek. Dopiero po chwili dostrzegł plamę krwi na chodnikowej kostce i leżącą nieopodal lotkę ułamanego bełtu.
Teraz poszło już łatwo. Szybko wychwycił następne czerwone plamy na murze, tam gdzie elf opierał się ramieniem, tracąc równowagę, i na ziemi, gdzie padały krople krwi z jego rany. Idąc tym tropem, krasnolud trafił wreszcie do piwnicy jednego z opuszczonych domów.
Początkowo pomyślał, że uległ złudzeniu, że zaszła jakaś koszmarna pomyłka, gdyż piwnica była pusta, ale krwawy ślad wyraźnie prowadził do wnętrza obskurnego pomieszczenia. Dopiero po chwili zrozumiał, że coś, co na początku wziął za kupkę szmat, jest zwiniętym w kłębek ciałem.
Krasnolud podszedł niepewnie do zamaskowanej postaci i ostrożnie odwinął szal skrywający głowę i twarz strzelca. Ciemne włosy rozsypały się bezładnie wokół umorusanej twarzy elfa. W mroku z trudem rozpoznawał jego rysy, ale wiedział przecież, kogo spodziewał się tu znaleźć.
Panującą ciszę przerywał czasami świszczący oddech rannego.
Grywan zerwał się i pognał w kierunku lazaretu.
– Armanath! – wrzasnął z progu, gdy dotarł wreszcie do budynku, w którym umieszczono szpital polowy. – Pędem!
Zdumiony uzdrowiciel spoglądał w ślad za niknącym w drzwiach krasnoludem.
Elfy starych rodów nie pędzą, to nie przystoi, pomyślał jeszcze zanim rzucił się w pogoń za podskakującym dziwacznie w parodii biegu Grywanem. Szybko dogonił krótkonogiego towarzysza i spojrzał na niego wymownie, ani na chwilę nie zwalniając tempa.
– By… było ich dwóch, rozumiesz? – wysapał Grywan, tocząc nierówną walkę z bezdechem. – Dwo…je – poprawił się natychmiast.
Zaskoczony Armanath zatrzymał się na chwilę, nie rozumiejąc, o czym mówi krasnolud.
– Strzelców. Było ich dwoje. Laurelin i jego siostra. – Grywan wyraźnie tracił cierpliwość. – Jej już nie pomożemy, ale on ciągle żyje.
Uzdrowiciel musiał oddać honor kapitanowi gwardii. Raynar zdołał doprowadzić do tego, że prawie nikt w Davenar ważył się wspomnieć imienia młodej Shean’hen i dziś już mało kto pamiętał w ogóle o jej istnieniu. Gdy zmęczony całonocną pracą w szpitalu umysł elfa skojarzył wreszcie fakty, Armanath natychmiast poczuł przypływ nowych sił.
– Pośpiesz się! – ryknął zniecierpliwiony krasnolud.
Poprowadził uzdrowiciela do ciemnej piwnicy. Z progu uderzyła ich woń tak obrzydliwa, że Grywan poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Uzdrowiciel skrzywił się jedynie nieznacznie, zupełnie jakby ten mdły, duszący odór nie robił na nim większego wrażenia. Natychmiast podszedł do rannego elfa i ostrożnie obrócił ciało na plecy.
Smród buchnął ze zdwojoną siłą. Tym razem żołądek krasnoluda zaprotestował bardziej gwałtownie.
– Co to, u licha wielkiego, jest? – zapytał Grywan, gdy doszedł już nieco do siebie.
– My nazywamy to krwią smoka – odparł elfi mag. – To bardzo silna, błyskawicznie działająca trucizna. Nie wiem, czy nie jest za późno.
To rzekłszy, Armanath zajął się badaniem stanu rannego elfa. Smukłe palce przemykały nad ciałem nieprzytomnego, ledwie muskając powierzchnię kryjącej go odzieży. Uzdrowiciel zamarł na chwilę, jakby zdumiony nagłym odkryciem, spojrzał na krasnoluda z niezrozumieniem, lecz nie powiedział nic. Na czubkach jego palców rozbłysły iskry mocy.
Krasnolud chwycił go gwałtownie za ramię, odciągając jego dłonie od leżącego na ziemi ciała.
– Spróbuj mu najpierw pomóc, magu – warknął wściekły strzelec. – Zabić zawsze zdążysz.
– Uspokój się, popędliwy skrzacie – odparł lodowatym tonem Armanath. – Rzeczywistość nie zawsze jest taka, jaką ci się wydaje. Wzrok cię mami, Grywanie. To nie Laurelin, tylko jego siostra, a ja wcale nie mam zamiaru jej zabijać.
Mag pochylił się znów nad ranną. Z jego palców spłynęła moc, tym razem pod postacią błękitnych iskier. Ciało elfki szarpnęło się lekko, lecz już po chwili jej mięśnie rozluźniły się i ranna pogrążyła się w niespokojnym śnie.
– Zamiast się tak gapić, znajdź mi jakiś transport – mruknął mag.
Grywan otworzył oczy jeszcze szerzej, choć nie sądził, że jest to w ogóle możliwe. Skąd, u licha jasnego, miał znaleźć sprawny wóz w środku trwających walk? Ponaglający wzrok elfiego maga nie pozostawił mu jednak wielkiego wyboru. Grywan prychnął niezadowolony, ale wymknął się chyłkiem z ciemnej piwnicy i ruszył na poszukiwania.
***
Młoda kobieta stała u wezgłowia wielkiego łoża i spoglądała na wychudzoną postać, która zdawała się ginąć w odmętach pierzyny. Woskowożółta skóra chorej przypominała wyglądem stary pergamin. Kobieta westchnęła ciężko i zabrała się do wykonywania swoich obowiązków.
Drzwi do komnaty otworzyły się cicho, niemal bezszelestnie. Stojący w nich Armanath odchrząknął, by nie wystraszyć swojej pomocnicy — ludzie rzadko słyszeli ciche kroki elfa.
– Poczekaj chwilę, zaraz kończę – odezwała się znużonym tonem.
Armanath usiadł w głębokim fotelu, stojącym przy kominku i z fascynacją obserwował jej staranne, wprawne ruchy. Yanna nie była postawną kobietą, ale uniesienie wyniszczonego działaniem trucizny ciała nie stanowiło dla niej żadnego wyzwania. Jednak tym razem nie zdołała dotrzeć nawet do połowy codziennego rytuału.
Pacjentka szarpnęła się gwałtownie. Panna służąca zajęta wymiataniem popiołu z wygasłego paleniska, na którą żadne z dwójki opiekunów chorej nie zwróciło dotąd uwagi, podskoczyła nerwowo, słysząc głuchy, nieludzki jęk, jaki wydobył się z ust rannej. Metalowa szufla wypadła jej z dłoni, uderzając o podłogę z głośnym brzękiem. Przerażona dziewka uciekła w popłochu.
Uzdrowiciel poderwał się błyskawicznie i natychmiast znalazł się przy posłaniu chorej. Coraz bardziej chrapliwym głosem szeptał słowa pełne mocy, a z każdą chwilą jego dłonie drżały coraz mocniej. Yanna przyglądała się znieruchomiała tym działaniom, ciągle trzymając w dłoni wilgotną szmatkę, którą przed chwilą myła ranną.
Wreszcie atak minął, a elfka znieruchomiała na posłaniu, otumaniona magicznym snem.
– Znów ją uśpiłeś – stwierdziła z niezadowoleniem pomocnica uzdrowiciela.
Armanath opuścił głowę zupełnie zrezygnowany.
– A co innego mi pozostaje? – westchnął. – Zrobiłem wszystko, co mogłem. Powinna była odzyskać przytomność co najmniej tydzień temu.
– Wybudź ją – powiedziała Yanna bez wahania. – Wyrwij ją z kokonu, w który się wbiła.
– To może ją zabić – odparł niepewnie. – Prawie na pewno ją zabije.
– A uważasz, że to powolne więdnięcie jest lepsze? – spytała.
Nie odpowiedział.
Yanna pokręciła niezadowolona głową i wzruszyła ramionami.
– Muszę już iść, mam jeszcze inne zajęcia. Przemyśl to, mistrzu uzdrowień. Zastanów się, jaką decyzję podjęłaby twoja pacjentka.
Armanath zamarł w pół kroku, zdumiony takim postawieniem sprawy, lecz po chwili właściwy mu spokój i pewność siebie powróciły, więc korzystając z okazji, przystąpił do zmieniania opatrunku. Uśmiechnął się mimowolnie na myśl, że zdołał jednak uratować prawe ramię elfki.
Rana goiła się wolno, ale przyzwoicie. Niestety trucizna krążyła w organizmie na tyle długo, że zdążyła poważnie nadwątlić jego siły. Armanath wiedział doskonale, jakie spustoszenia poczyniła, i dlatego czuł się tak bardzo bezradny. Prawie każda z dostępnych mu metod leczenia była zbyt obciążająca dla wycieńczonej elfki.
Przedłużający się brak świadomości rannej niepokoił go równie mocno, jak powtarzające się regularnie napady drgawek. Pierwszy z nich był tak silny, że drobne ciało zdołało wyrwać się dwójce trzymających je opiekunów. Puściły prawie wszystkie założone szwy i uzdrowiciel musiał szyć ranę ponownie.
Wtedy zaczął regularnie usypiać ranną. Była to ryzykowna decyzja, która mogła kosztować ją życie — uzdrowiciel nie wiedział, jak osłabione serce elfki zareaguje na taką kurację — ale wtedy wydawało mu się, że nie ma innego wyboru.
Dziś, mając w pamięci wypowiedziane przed chwilą słowa swojej pomocnicy, nie był już tak pewien słuszności tamtej decyzji. Chora szybko przyzwyczaiła się do złudnego komfortu, jaki niosły ze sobą zaklęcia uspokajające. Armanath obawiał się, że szok spowodowany próbą wyrwania jej z letargu, mógł okazać się zabójczy dla wycieńczonego organizmu.
***
Ciemność dawała schronienie, była sprzymierzeńcem. Nie wiedziała, jak do niej trafiła, ale trzymała się kurczowo kryjówki, która koiła nieznośny ból. Z rozkoszą zapadała się w jej nieskończonej pustce, byle tylko nie dać się wypchnąć w stronę mgły.
Mgła mamiła obrazami, kusiła znajomymi dźwiękami. W mgle żyły wspomnienia o tych, którzy odeszli z jej życia. Laurelin, śmiejący się wesoło, jak za czasów świetności Seyedar, ojciec, który pochylał się nad nią z troską zawsze, gdy budziła się w nocy z płaczem, Raynar… Ale w mgle czaił się też ból, pojawiające się znienacka rwanie, którego nie sposób było znieść.
Początkowo sądziła, że głosy, które pojawiły się znikąd na pograniczu białej mgły i ciemności, są kolejnymi majakami, choć tym razem ich nie rozpoznawała. Chciała znów wbić się w kojący mrok, zapomnieć o bólu i świecie, z którym nic już jej nie łączyło, coś jednak pchało ją w stronę znienawidzonej białej mgły. Jednocześnie ta sama siła oddalała od jej wyciągniętych w rozpaczliwym geście dłoni, skraj jej azylu.
Powrót do świadomości był nieprzyjemny. Pierwszy chwycony przytomnie haust powietrza palił płuca, a niechętne powieki nie miały ochoty się unieść. Gdy zdołała w końcu otworzyć oczy, oślepił ją niemożliwy do zniesienia blask. Czuła się, jakby ktoś wypchnął ją z ciemnicy wprost na skąpany w słońcu świat.
Zalewające ją zewsząd dźwięki w niczym nie przypominały żadnej znanej jej mowy. Ostre, piskliwe tony wbijały się w niezupełnie jeszcze przytomny umysł. Powoli, niezauważenie zaczęła znów osuwać się w mrok.
Moc schwyciła ją w swoje kleszcze i szarpnęła tak gwałtownie, że odczuła to niemal fizycznie. Świat stał się nagle przeraźliwie wyraźny, dźwięki ucichły nieco, zmieniając niezrozumiały bełkot w słowa. Otworzyła znów oczy, tym razem przygotowana na nieprzyjemne doznania, które na szczęście nie nastąpiły. Rozejrzała się wokół nieprzytomnie.
Leżała w ogromnym, olbrzymim łożu, które zajmowało centralne miejsce wysokiej komnaty. Naprzeciw łoża, w kamiennym kominku, płonął ogień, który wcale nie podnosił nadto temperatury wyziębionych murów. Jasne, rażące promienie słońca wpadały do komnaty przez strzeliste okna znajdujące się po obydwu stronach posłania, malując na kamiennej podłodze złote wzory. Jeden z nich sięgał aż do rzeźbionej nogi okrągłego stolika.
Wzrok Shean’hen wspiął się od imitującej trzy lwie łapy podstawy, przez skręcony wzór wyryty w drewnie do ciemnego blatu. Na blacie leżała otwarta księga przytrzymywana nieruchomą szczupłą kobiecą dłonią. Elfka przesunęła spojrzenie na właścicielkę dłoni. Młoda kobieta siedziała w głębokim fotelu, przyglądając się jej ciekawie.
Shean’hen miała wrażenie, że zna te rysy twarzy, lecz nie mogła skojarzyć imienia ani sytuacji, w której mogłaby spotkać siedzącą tu damę. Jednocześnie nabrała przekonania, że cały wystrój komnaty jest dziwnie znajomy, że kiedyś widziała już podobne wnętrza, ale ciągle zamroczony umysł nie chciał podsunąć żadnej odpowiedzi.
Spróbowała z niemałym trudem unieść się na puchowych poduchach. Jęknęła cicho, gdy rwący ból, promieniujący z okolic prawego obojczyka, rozpłynął się falą po całym ciele.
– Ostrożnie – powiedział siedzący na brzegu łoża siwy elf starego rodu. Pamięć mogła płatać jej figle, ale wygląd kuzynów z południa był tak charakterystyczny, że nie sposób było pomylić się w tej kwestii. – Powinnaś jeszcze leżeć.
Nie usłuchała jego słów, ale nie wyglądał na zaskoczonego tym faktem. Pomógł jej usiąść i poprawił poduchy tak, by mogła oprzeć się na nich wygodnie. Ta prosta czynność wyczerpała cały zapas jej sił.
– Gdzie jestem? – spytała wreszcie, gdy zdołała przypomnieć sobie kilka słów w dawno nieużywanej mowie południowych rodów.
Elf przyglądał się jej w zdumieniu, wyraźnie zaskoczony jej pytaniem. Spodziewał się zupełnie innej reakcji i teraz zastanawiał się, czy w ogóle powinien jej odpowiadać.
– Na zamku Davenar, w gościnie u pani Seleny. – W komnacie zabrzmiał pewny, dźwięczny głos kobiety siedzącej przy kominku.
Słysząc to, Shean’hen zaczęła wygrzebywać się niezdarnie z posłania, ignorując rwanie w ledwie zabliźnionym ramieniu. Zdołała wreszcie oswobodzić się z kokonu pledów i odepchnąć ręce próbującego powstrzymać ją elfa. Stanęła niepewnie na zimnych kamieniach tylko po to, by chwilę później runąć na nie z impetem, gdy ugięły się pod nią osłabione nogi.
– Naprawdę powinnaś jeszcze leżeć – powtórzył elf niewzruszonym tonem, okrążając nieśpiesznie łoże, żeby pomóc jej wstać.
Uczepiona kurczowo jego ramienia, zdołała w końcu stanąć w miarę prosto i złapać bardzo niepewną równowagę.
– Nie mogę… – zaczęła. – Muszę…
– Musisz wrócić do łóżka – zawyrokowała kobieta w fotelu. – Nic ponadto.
– Rozkaz namiestnika… – spróbowała znów Shean’hen, ciągle starając się oswobodzić z trzymających ją ramion elfa.
– Mistrzu Armanath, widziałeś kiedyś kogoś równie upartego? – zirytowana kobieta aż uniosła się ze swojego miejsca.
– Owszem – uśmiechnął się półgębkiem elf – ale pamiętaj, że ostatnio przebywałem dużo z twoim ojcem.
Słysząc to, kobieta wyraźnie spochmurniała, a Armanath zawstydził się bezmyślnych słów.
– Połóż się wreszcie, uparta dziewucho! – rzuciła pod adresem Shean’hen. – Namiestnik nie żyje od przeszło półtora roku, a jego rozkazy są warte tyle, co jego truchło. Skup się raczej na tym, by jak najszybciej powrócić do zdrowia. Pani Selena pragnie cię widzieć, ale mistrz Armanath nie dopuści do ciebie nikogo, dopóki nie nabierzesz sił, a wierz mi, w twoim własnym interesie jest zobaczyć się z nią jak najszybciej!
Shean’hen wysłuchała tej przemowy w zupełnym osłupieniu. Powoli docierały do niej słowa tej znanej-nieznanej kobiety.
Namiestnik. Martwy. Półtora roku.
– Laurelin… – szepnęła przerażona, łapiąc się kurczowo podtrzymującego ją ramienia.
Tym razem bez oporów pozwoliła ułożyć się na posłaniu. Grzecznie zjadła przyniesiony posiłek, zupełnie nie czując smaku potraw. W głowie kołatała jej tylko jedna myśl — gdyby tylko wiedzieli, nie musieliby działać z ukrycia, a Laurelin zapewne by żył.
Mówili coś do niej, ale ich słowa nie docierały do świadomości Shean’hen. Widząc bezcelowość swoich działań, zostawili ją wreszcie samą. Długo leżała w absolutnym milczeniu, niezdolna nawet do płaczu, wsłuchując się w szyderczy śmiech losu.
Następne tygodnie upływały jej niczym we śnie. Mistrz Armanath odwiedzał ją codziennie, objaśniał szczegółowo implikacje działania orkowej trucizny, przestrzegał do znudzenia, powtarzał, by unikać wysiłku, zabraniał wzmożonych emocji.
Shean’hen słyszała go wprawdzie, lecz nie słuchała. W tej chwili nie widziała przed sobą przyszłości. Dotąd sądziła, że przywykła do życia bez Laurelina, teraz zaś dotarło do niej, że zawsze traktowała ich rozłąkę jako chwilową przypadłość. Świadomość, że Laurelin odszedł na zawsze, paraliżowała ją zupełnie.
Armanath zaprzestał wreszcie prób wyrwania jej z apatii, wkładając całe siły w przygotowania do zbliżającego się spotkania z Seleną z Davenar. Miał nadzieję, że rewelacje władczyni przywrócą elfce chęć do życia.
***
Pewnego dnia w komnacie Shean’hen zamiast Armanatha pojawiły się dwie pokojówki zbrojne w wytworną suknię i wszystkie akcesoria niezbędne prawdziwej damie. Z biegłością świadczącą o wieloletniej wprawie, odziewały Shean’hen w kolejne warstwy halek, spodnich i wierzchnich sukien, układały fałdy materii tak starannie, że elfka nie śmiała drgnąć choćby o cal, by nie zrujnować dzieła sztuki, jakim stała się elegancka kreacja.
Suknia była prawdziwie urzekająca. Stalowoszary materiał zdobiony błękitnym haftem i takimi też wstawkami mieniącej się satyny, spływał gładko wzdłuż smukłej sylwetki, podkreślając jej figurę dopasowanym stanem, który rozszerzał się delikatnie od linii bioder. Jedynym odstępstwem od obowiązującej mody był srebrzysty szal, którym służki okryły ramiona elfki tak, by ukryć opatrunki, wystające spod półokrągłego dekoltu. Trochę więcej wysiłku kosztowało je upięcie niestarannie przyciętych włosów, ale w końcu, przy użyciu kilku klamer, zdołały okiełznać niesforne kosmyki.
Tak wyszykowana Shean’hen została usadzona ostrożnie na stołku pośrodku komnaty i pozostawiona samej sobie. Nim zdołała otrząsnąć się z zaskoczenia spowodowanego tym nagłym najściem, usłyszała ciche pukanie do drzwi.
– Proszę – rzuciła nieco zdezorientowana w swojej ojczystej mowie.
– Wątpię, by cokolwiek tu zrozumiał – odparł niepewnie i niezupełnie poprawnie Armanath, który słabo władał dialektem północnych klanów. – Wyglądasz olśniewająco, pani – dodał z przesadną kurtuazją już we własnej mowie.
Shean’hen uśmiechnęła się blado.
– Kłamiesz ujmująco, panie, ale zapominasz, że ostatnie dwie godziny spędziłam przed lustrem. Cóż, widać ten cudowny ekstrakt ze smoczej krwi nie posłużył mi tak, jak mnie zapewniano – odpowiedziała, przyjmując dworską manierę maga.
Kącik ust Armanatha drgnął nieznacznie.
– Widziałam. – Elfka nie mogła powstrzymać się od delikatnego przytyku.
– Zbyt wiele lat na ludzkim dworze – przyznał skruszony elfi arystokrata. – Ale nasza gospodyni już czeka cię w ogrodach. Nie powinniśmy wystawiać jej cierpliwości na większą próbę.
Shean’hen ujęła podane jej ramię i pozwoliła poprowadzić się w kierunku tego, co zostało z pysznych niegdyś ogrodów Davenar.
Armanath wiódł ją powoli po żwirowych alejach biegnących pośród zaniedbanych krzewów i kwietników. Ogrody Davenar zmieniły się w ciągu minionych czterech lat w dziki, nieokiełznany gąszcz zieleni i dziś cały zastęp ogrodników dwoił się i troił, by przywrócić im dawny kształt.
Tereny położone bliżej siedziby władczyni miasta powoli powracały do stanu sprzed zawieruchy wojennej, lecz dalsze partie ogrodów nadal przypominały bardziej dziki las niż przemyślane dzieło ludzkich rąk. Nawet elficcy mistrzowie sztuki ogrodniczej, zaproszeni tu specjalnie z południa kontynentu, nie mogli przyspieszyć czasu, jakiego potrzebowała roślinność, by przyjąć nadawany jej siłą kształt.
Pani Selena siedziała w altanie, w oddalonej od głównej alei części ogrodów. Krzewy i drzewa wybujały tu wyjątkowo mocno, przez co zakątek ów stał się prawie niewidoczny z innych części kompleksu pałacowego. Było wielce nieprawdopodobne, by ktokolwiek zawędrował tu nieproszony. Wybór miejsca spotkania nie umknął uwadze mistrza Armanatha, który w skrytości ducha pochwalał decyzję swojej pani. Domyślał się, jakie rewelacje zamierza przekazać jego pacjentce władczyni Davenar i doceniał roztropność, która nakazała Selenie zapewnić swojemu gościowi jak największe poczucie prywatności.
Przez całą długą i powolną drogę szeptał pacjentce nieustające ostrzeżenia, zakazywał, nakazywał, sekretnie wzmacniał jej umysł magią, lecz widział wyraźnie, że elfka nie poświęca prawie żadnej uwagi jego słowom. Od kiedy w zasięgu ich wzroku znalazła się altana, w której zasiadła Selena z Davenar wraz ze swoją służką, Shean’hen nie spuszczała z nich bacznego spojrzenia.
Obydwie prezentowały się tak okazale, że elfka poczuła się przy nich niczym uboga krewna. Wprawdzie nigdy nie przykładała znacznej miary do swojej aparycji, jednak przy szczerze nielubianej Selenie z Davenar chciała wypaść jak najlepiej. Na próżno.
Pani na Davenar zachwycała dojrzałą urodą, która po śmierci Hilroda z Trzech Wzgórz rozkwitła niczym pierwsze kwiaty w jej ogrodach po czasie wojny. Shean’hen, która miała ciągle w pamięci niewyraźny obraz zastraszonej, niemal niewidzialnej, towarzyszącej namiestnikowi niby cień damy, którą widywała czasami w sali tronowej, omal nie rozpoznała teraz władczyni. W ostatniej chwili przypomniała sobie, by oddać należny jej pokłon, który w tej sytuacji wypadł niczym wyjątkowo niewprawne dygnięcie zastraszonej pokojówki.
Siedząca na ławce obok swojej pani kobieta przyglądała się elfce z nieskrywaną ciekawością. Była to ta sama dama, którą Shean’hen zobaczyła w swojej komnacie zaraz po przebudzeniu. Nadal nie mogła skojarzyć, dlaczego twarz młodej, zapewne nie starszej niż dwadzieścia lat damy dworu tak bardzo zaprząta jej uwagę. Coś w układzie ciemnych brwi, przebiegający czasami jej usta nieznaczny grymas, budziły w duszy niespokojne nuty. Młoda kobieta uśmiechnęła się niemal porozumiewawczo, czym doszczętnie zburzyła i tak nikły spokój elfki.
– Dzięki ci, mistrzu Armanath, za sprowadzenie tu Shean’hen Seyedar z klanu Seyedar – Selena dała znak rozpoczęcia audiencji. – A nade wszystko dziękujemy ci za uratowanie jej życia, które jest nam teraz wyjątkowo drogie. Czy wyświadczysz nam jeszcze jedną przysługę i pozostawisz nas same, byśmy mogły omówić sprawy bardzo prywatnej natury?
Elf skłonił się z gracją zupełnie nieosiągalną dla Shean’hen, po czym odezwał się z równie wykwintną manierą.
– Do usług, pani. Pozwolisz, że zaczekam w pobliżu na wypadek, gdyby nasz miły gość potrzebował znów mojej pomocy?
Selena skinęła nieznacznie. Gdy uzdrowiciel oddalił się nieco, władczyni zaprosiła gestem elfkę do altany. Shean’hen przysiadła, mocno onieśmielona, na wskazanym jej miejscu, nie wiedząc zupełnie, jakie to prywatne sprawy mogłaby omawiać z panią na Davenar. Czy raczej, jakich wyroków przyjdzie jej teraz wysłuchać.
– Dziękuję, pani Seyedar, że zechciałaś poświęcić mi to popołudnie – Selena znów zaskoczyła swojego gościa, odzywając się czystym dialektem klanów północy.
– To ja dziękuję, pani, za okazany mi zaszczyt i to zaproszenie – odparła nieco niezręcznie Shean’hen, która nigdy nie czuła się komfortowo w czasie oficjalnych posłuchań. – Doskonale władasz moją mową – pochwaliła odruchowo, nie zastanawiając się, czy w dobrym tonie leży ocenianie goszczącej jej władczyni.
Selena uśmiechnęła się smutno, nie bacząc na ten nietakt.
– Miałam cierpliwego nauczyciela.
Nagłe ukłucie żalu sprawiło, że elfka skuliła się w sobie. Dopiero wychwycone kątem oka poruszenie w niedalekim sąsiedztwie altany przypomniało jej, że Armanath prawdopodobnie cały czas ma ją na oku. Zaczerpnęła głęboki wdech, by uspokoić nieco nerwy.
– Tak, Laurelin był doskonałym nauczycielem – przyznała.
Zapadło niezręczne milczenie. Elfka była pewna, że powinna podtrzymać jakoś rozmowę, ale nie mogła zebrać myśli. Wreszcie Selena zlitowała się nad swoim zdziczałym gościem.
– Całe Davenar ma wobec ciebie ogromy dług. Bez pomocy twojej i twojego brata – tu głos Seleny zadrżał nieco – miasto byłoby już tylko wspomnieniem.
– To Laurelin… – zaczęła Shean’hen, urywając natychmiast, gdyż nie wiedziała, jak powiedzieć siedzącej obok kobiecie, że przez myśl nigdy jej nie przeszło powracać w te strony i że, prawdę powiedziawszy, gdyby nie namowy brata, unikałaby Davenar niczym siedliska zarazy. Teraz też chciała jak najszybciej oddalić się stąd, by nie kusić dłużej losu i nie narażać się na spotkania z dawnymi znajomymi. Szczególnie z jednym.
– Domyślam się – odparła niespodziewanie ciepło Selena. – Tym bardziej jestem ci wdzięczna, że nie mając wobec mnie żadnych zobowiązań, a może wręcz mając powody do osobistej niechęci – Shean’hen zarumieniła się słysząc te słowa – zdecydowałaś się nam pomóc. Ale dość o tym. Na pewno zastanawiasz się dlaczego chciałam widzieć się z tobą tak szybko. – Elfka przytaknęła w milczeniu. – Uważam, że powinnaś kogoś poznać. Yanno, czy będziesz tak dobra?
Młoda dwórka oddaliła się szybko. Widać była wtajemniczona w zamysły swojej pani, gdyż nawet jednym słowem nie zdradziła, że potrzebne jej są dodatkowe wytyczne.
– Yanna? – przeraziła się Shean’hen.
Wreszcie zrozumiała, dlaczego twarz kobiety wydawała się jej tak znajoma. Przez dwa lata widywała ją niemal codziennie, ale od tamtej pory upłynęło wiele dni, w czasie których podlotek zdążył zmienić się w kobietę. Niemniej powinna była rozpoznać to drobne skrzywienie ust…
– Tak – przyznała Selena. – To córka Raynara. Z wiekiem stała się bardziej podobna do matki, poza tym dzieci mocno się zmieniają. A skoro o dzieciach mowa, oto młody człowiek, którego chciałam ci przedstawić.
Shean’hen odwróciła się we wskazanym przez Selenę kierunku. Na ścieżce stała Yanna, za która chował się niepewnie niespełna czteroletni chłopiec.
– Poznaj Varandana Magnusa Benedykta Seyedar z klanu Seyedar, syna Laurelina i następcę tronu Davenar – powiedziała cicho Selena. – Varandan, przywitaj się z ciocią.
Chłopczyk mierzył elfkę zaciekawionym wzrokiem zza bezpiecznego schronienia, jakie stanowiła spódnica Yanny.
Miał ciemne włosy, które kręciły się niesfornie wokół okrągłej twarzyczki — znacznie ciemniejsze niż włosy ojca, ale też o ton jaśniejsze od czarnych pukli Seleny. Usta i nos zdecydowanie odziedziczył po swoich ludzkich przodkach, natomiast z orzechowych oczu błyskały na Shean’hen dobrze znane jej wesołe iskierki.
Powoli, żeby nie wystraszyć małego, podniosła się z ławki i ruszyła w jego kierunku. Kucnęła na ścieżce w rozsądnej odległości od chłopca i wyciągnęła dłoń, by zwabić go tak, jak przywołuje się dzikie zwierzątko. Malec zaskoczył wszystkich, bo choć z natury nieśmiały, odważnie podszedł do nieznanej sobie osoby.
– Witaj, Varandan – powiedziała ciepło.
Chłopczyk przyglądał się jej zaciekawiony. Zwyczajem małych dzieci dotknął jej twarzy, włosów, jakby upewniając się, że oto w jego świecie znalazł się następny prawdziwy człowiek.
– Dlaczego płaczesz? – zapytał wreszcie z pełną powagą. – Uderzyłaś się?
Shean’hen usiłowała niezdarnie powstrzymać łzy spływające jej po policzkach i kapiące po brodzie. Uniosła małego z niejakim trudem, ucałowała go serdecznie, po czym oddała matce w ramiona.
– Pani, dziękuję ci za tę chwilę. Idź do mamy Varadanie Magnusie Benedykcie Seyedar, synu Laurelina, przyszły władco Davenar.
– Nie zapominaj o klanie – wtrąciła ze śmiechem Yanna.
– Nie ma już klanu Seyedar – Shean’hen pokręciła głową z namysłem. – Nie ostał się już nikt, kto mógłby podważyć moją decyzję. Niniejszym zwalniam syna Laurelina z powinności wobec klanu. Dość już było problemów przez nasze szaleństwo… – nie dokończyła. W głowie wirowało jej tysiąc myśli, czuła że lada moment straci resztę kontroli nad sobą, więc postanowiła oddalić się teraz, póki jeszcze jako tako panowała nad własnymi emocjami. – Wybacz, pani – skłoniła się Selenie – to chyba nieco zbyt wiele wrażeń, jak na jeden dzień. Mistrz Armanath uprzedzał…
Znów przerwała w pół słowa, tym razem słysząc chrzęst żwiru ogrodowej alejki. Wszystkie trzy spojrzały odruchowo w tamtą stronę, jednocześnie przesłaniając oczy przed ostrymi promieniami słońca, padającymi dokładnie z kierunku, z którego dobiegł je dźwięk kroków.
– Pani… – zaczął powitanie przybyły, urywając jednak na widok zebranych. – N’hen?
Tego głosu nie pomyliłaby z żadnym innym. Nagłe ukłucie w piersi pozbawiło ją tchu. Pamiętała jeszcze własne zdumienie, gdy poczuła rwanie w lewym ramieniu. Przecież strzała utkwiła nieco poniżej prawego obojczyka. To była ostatnia świadoma myśl, nim świat zaczął wirować z zawrotną prędkością i zapadł się w mrok.
***
Na początku było ciepło. Rozchodziło się po całym… właśnie, po czym? Przez chwilę istniało tylko źródło ciepła, dopiero potem dołączyły do niego inne doznania.
Czyjaś dłoń przyłożona do piersi.
Nieznośne kłucie przy próbie zaczerpnięcia oddechu.
Zagłuszający wszystko szum w uszach.
Ale kolejne fale rozkosznego ciepła, promieniujące z dziwnie chłodnej w ich obliczu dłoni, zmywały wszystkie nieprzyjemne doznania. Powoli otworzyła oczy.
– I po co się tak emocjonować? – napomniał ją rzeczowym tonem klęczący przy ławce uzdrowiciel. – Mówiłem ci przecież tyle razy, zachowaj spokój.
Shean’hen chciała odpowiedzieć, ale zaciśnięte gardło nie wypuściło z siebie nawet najcichszego dźwięku. Armanath zmarszczył brwi i wyszeptał słowa kolejnej magicznej formuły. Tym razem nie poczuła niczego, a o mocy zaklęcia świadczyły tylko krople potu perlące się na czole uzdrowiciela — zaklęcia wzmacniające były niezwykle skuteczne, ale wymagały pełnej koncentracji.
– Spróbuj teraz – zaproponował. – Jak się czujesz?
– Do… dobrze – skłamała.
Odważyła się wreszcie oderwać wzrok od twarzy elfiego maga i rozejrzeć wokół.
Wszyscy ciągle tu byli. Pani Selena i przytulony do jej nogi mały Varandan stali tuż przy ławce, na której usadził ją Armanath. Nieco dalej, w bezpiecznej odległości, dostrzegła Yannę wspartą na ramieniu postawnego mężczyzny.
Postarzał się przez te cztery lata znacznie bardziej niż powinien, pomyślała. Czarne niegdyś włosy były teraz w najlepszym razie szpakowate. Głębokie cienie pod oczami i zapadnięta, pobrużdżona twarz dodawały mu co najmniej dziesięć lat, a mimo to poznałaby go wszędzie, choć nie była wcale przekonana, czy naprawdę chciała wystawiać się na próbę, jaką było to spotkanie.
Raynar z Davenar patrzył na nią z wyraźnym niedowierzaniem i zupełnie nieskrywanym niepokojem. Nie spodziewał się zastać jej tutaj. Wyruszył z Davenar jeszcze tej samej nocy, której zginął nargav, by sprowadzić pomoc dla broniącego się resztkami sił miasta. Miał cichą nadzieję, że los oszczędzi mu drogi powrotnej, niestety bogowie zadrwili z niego, pozwalając mu dotrzeć bezpiecznie do sąsiedniego Wydlingen.
Wycieńczony przeprawą, pozostał tam przez klika tygodni i zaledwie kilkanaście dni temu ruszył w podróż powrotną. Nie śpieszył się — nie wiedział, że umyślny, którego pchnął z wieściami do córki, nigdy nie dotarł do Davenar. Teraz zaś, gdy przybył wreszcie do miasta, skierował swoje kroki od razu do ogrodów, gdzie jak mu powiedziano, miał zastać swoje dziecko.
Zaiste, dostrzegł Yannę od razu, lecz zupełnie nie spodziewał się towarzystwa, w jakim przyjdzie mu ją spotkać.
– Pewnie chcielibyście zostać sami – stwierdził Armanath, nie przejmując się przerażoną miną swojej podopiecznej. – Macie sobie sporo do wyjaśnienia, jak sądzę. Postaraj się nadmiernie nie emocjonować, moja droga, to nie przystoi.
– My, na północy, nie kastrujemy się z uczuć – zdołała wychrypieć, nim uzdrowiciel odszedł, prowadząc za sobą władczynię Davenar i jej potomka.
Yanna, widząc niezdecydowanie swojego ojca, pchnęła go lekko w stronę ławki, szepcząc coś groźnym, stanowczym tonem. Kapitan gwardii pałacowej, strofowany przez córkę, zdecydował się w końcu wykonać dwa niewielkie kroki. Yanna westchnęła zrezygnowana, po czym poszła w ślady swojej pani i nadwornego uzdrowiciela.
Zostali sami.
Dawniej za wszelką cenę dążyli do takich sytuacji, teraz żadne z nich nie wiedziało jak się zachować. Shean’hen siedziała nieruchomo na ławce, obserwując w skupieniu czubki swoich butów, Raynar tkwił ciągle na środku ścieżki, bojąc się podejść a jednocześnie nie mogąc oderwać wzroku od postaci na ławce.
– Witaj, panie – odezwała się w końcu tak cicho, że ledwie usłyszał jej głos.
Zdecydował się podejść.
– Witaj, pani. – Skłonił się przed nią oficjalnie, czego nie mogła zobaczyć, gdyż nadal z uwagą przyglądała się żwirowej ścieżce. – Racz przyjąć moje kondolencje z powodu śmierci brata.
– Dziękuję. Ty, panie, bądź zaś łaskaw wybaczyć mi wszystkie kłopoty, których ci przysporzyłam…
***
Yanna, skryta za przerośniętym żywopłotem, była tak zajęta obserwowaniem pary nieporadnych kochanków, że zupełnie nie zwróciła uwagi na nadejście elfiego uzdrowiciela.
– Czy to przystoi tak podglądać? – spytał ją tuż za uchem.
Dziewczyna nie drgnęła nawet o milimetr, zupełnie ignorując kpinę w głosie maga.
– To mój ojciec – odparła, jakby to miało wyjaśniać wszystko. – Nie uważasz, mistrzu, że to naturalne, że się o niego martwię?
Armanath nie skomentował.
– Zachowują się zupełnie jak dzieci – Yanna kontynuowała swój wywód. – Nawet na chwilę nie można spuścić ich z oczu, bo zaraz coś popsują.
– A co robią teraz? – spytał pozornie obojętnym tonem jej towarzysz.
– Och, wszystko w porządku – odparła radośnie. – Całują się.
– Na wszystkie demony Chaosu! – Armanath zaklął z emfazą, udając szczere oburzenie. – Jakie „w porządku”? Czy zastanowiłaś się, kto będzie potem musiał stawiać ją na nogi?
2 komentarzy
leave one →
doczytałam, oczywiście musiałam zacząć od początku, by “wejść” w opowieść. Teraz drobiazg – wyczyścić i wysłać na konkurs – jest jakiś organizowany przez verbum – nie pozwól zlec w szufladzie. wszelkie szczegóły – jeśli chcesz – możemy załatwić e-mailem.
Gratuluję – zamknięta opowieść to ogromna satysfakcja, nieprawdaż?
:D – Na razie nie jestem zdolna do bardziej elokwentnych wypowiedzi. Jak mi “mowa” wróci, napiszę maila. Teraz, obawiam się, byłby nieco chaotyczny. Dziękuję, że zechciałaś przedzierać się przez kolejny mój tekst.