Przeskocz do treści

Strachy

19.02.2010
Ten fragment tekstu może wydawać się nieco wyrwany z kontekstu. Głównie dlatego, że został wyrwany z kontekstu. Mam tego więcej, ale jeszcze nie dojechałam do końca.

Najgorsze były samotne noce na zimnym, pustym strychu. Wtedy najbardziej odczuwał pustkę po utraconym spokoju i trawiący go głód. Jeszcze jakiś czas temu próbował walczyć, starał się przywrócić sprawom bieg, do którego przywykł. Teraz zatracił wszelką nadzieję, zaniechał jakichkolwiek wysiłków i w całkowitej apatii czekał końca. Nie miał już nawet sił, by czuć żal za przemijającym istnieniem. Nieuchronność wyroku najpierw go zaskoczyła, potem wywołała falę gniewu i bezsilnej złości, lecz od dawna już nie robiła na nim absolutnie żadnego wrażenia.
Wiosenne przedpołudniowe światło zadawało się szydzić z jego upadku. Świat budził się do życia po kolejnej, przetrwanej pod grubą otuliną śniegu, zimie. Wiedział, że o tej porze pojawiały się już pierwsze ptaki. Nie słyszał ich teraz, ale w pamięci obudziły się wspomnienia ich wysokich treli. Bezduszny, nieczuły czas płynął niewzruszenie, nie zważając na agonię samotnej duszy, która z braku sił mogła już tylko zatracić się w oczekiwaniu na śmierć.
Nie rozmyślał o tym, co będzie dalej, bo z nieznanych sobie przyczyn, wiedział że koniec będzie ostateczny. Obejmie go zimna, czarna nicość, a gdy świadomość rozpadnie się na miriady części, nie będzie już niczego. Przyjął swój los, choć szczerze nienawidził świata, który skazał go na tak nędzne dokonanie żywota.
Wtedy skrzypnęły schody.

***

Już któryś raz z rzędu zbudziła się w środku nocy. Słuchała przez chwilę w skupieniu, starając się odkryć, co tym razem przerwało jej sen. Przez chwilę nie działo się nic, a potem nagle usłyszała, jak wibrujący, wysoki jęk tnie ciszę panującą w pogrążonym w śnie domu. A przynajmniej tak się jej wydawało.
Kamienica, w której mieszkała, była stara, jednak nie na tyle stara, by miało w niej straszyć. Najpierw zrzuciła hałasy na karb szalejących w nocy sąsiadów, młodego małżeństwa, które dopiero co wprowadziło się do mieszkania obok, potem na swoją wybujałą wyobraźnię. No bo, czy ściany w prawie dwustuletnim budynku mogą być tak cienkie, by dało się przez nie słyszeć pojękiwania kochanków? Niepokoiło też to, że dobiegające ją dźwięki niczym nie przypominały ekstatycznych odgłosów spełnienia. Przywodziły raczej na myśl rozdzierający ból lub żal za czymś nieskończenie drogim i bezpowrotnie utraconym.
Początkowo, mając jeszcze nadzieję, że to jednak sąsiedzi, starała się te odgłosy ignorować, jednak z nocy na noc stawały się one bardziej natarczywe, coraz bardziej drażniły i wywoływały z pamięci wspomnienia, które dawno powinny już umrzeć — obrazy dawno minionych dni i uczucia, których nawet nie potrafiła już nazwać. Instynkty, skrywane głęboko pod fasadą kultury, budziły się gwałtownie do życia, coraz bardziej utrudniając jej normalne funkcjonowanie. Świat stał się zamglony, niewyraźny, a na tle tej odstręczającej szarości pulsowało pełne uczuć, bólu i strachu miejsce.
Za dnia było jeszcze gorzej; dom pustoszał, ludzkie myśli, lęki, nadzieje odchodziły razem z mieszkańcami, którzy udawali się do swoich zajęć. Ostatnimi czasu uciekała z własnego mieszkania, szukając schronienia wśród gwaru miasta, wśród ludzi, choć zazwyczaj stroniła od ich towarzystwa. Tym razem jednak pilne zlecenie przykuło ją do biurka, ale myśli nieprzerwanie krążyły wokół miejsca, które odwiedziła dotąd może ze dwa razy.
Strych.
Mimo że jej noga nie stanęła tam od kilku lat, miała przed oczyma dokładny układ ścian jego pomieszczeń, niemal czuła nieco stęchłe, przesiąknięte kurzem powietrze poddasza i prawie słyszała skrzypienie wypaczonych desek podłogi. Dawne potrzeby wróciły ze zdwojoną mocą, a natura pchała ją na najwyższą kondygnację kamienicy. Zdecydowała, że pora rozwiązać zagadkę i wreszcie zakończyć nieprzyjemności raz na zawsze.
Zbliżało się południe. W kamienicy nie było prawie nikogo — ludzie siedzieli w pracy, w szkołach lub cieszyli się pierwszymi promieniami wiosennego słońca. Panował niezmącony spokój. Po cichu wysunęła się na klatkę schodową, spoglądając trochę z trwogą, trochę z ciekawością na ciemny prostokąt drzwi prowadzących na strych.
 – Nie idź tam, kochanieńka – głos sąsiadki mieszkającej naprzeciwko, nieco pomylonej starszej pani, sprawił, że aż podskoczyła.
 – Nie idź tam – jej głos brzmiał dobrotliwie, lecz jej sucha dłoń zacisnęła się na nadgarstku kobiety z niebywałą siłą a błękit starczych oczu płonął intensywnie szaleństwem. – On tam siedzi. Sam nie wyjdzie, ale jest groźny. Nie wypuszczaj go, nie idź do niego. To pożeracz dusz, zginiesz! – niski zazwyczaj głos starszej pani wszedł na nieprzyjemnie piskliwe rejestry.
 – Niech się pani nie martwi, pani Sierakowska – odparła uspokajająco, kierując się w stronę schodów. – Tam nie ma nic, poza moim praniem.
 – Będę się za ciebie modlić – szepnęła starsza pani.
Kobieta uśmiechnęła się do siebie. Cóż, efekty mogły być zaiste ciekawe, wszak powiadają, że wariaci cieszą się szczególnymi łaskami Boga. Niemniej nie należało lekceważyć ostrzeżeń szalonej staruszki. Bliżej Boga, czy nie, szaleńcy na pewno byli bardziej wyczuleni na wszystkie fenomeny natury duchowej, a to znaczyło, że jej własny niepokój nie był pozbawiony podstaw.
Ostrożnie, zupełnie nie wiedząc, czego może się spodziewać, rozpoczęła wspinaczkę po starych drewnianych schodach.

***

Najpierw pomyślał, że to umysł zmęczony ciągłą złością, poczuciem bezsilności, a nade wszystko wyczerpany głodem, płata mu figle. Jednak po pierwszym skrzypnięciu pojawiło się następne, a potem jeszcze jedno. Ktoś szedł na strych. Irracjonalnie, bo przecież obecność żadnego człowieka nie mogła już zmienić jego położenia, poczuł przypływ nadziei.
Drzwi powoli uchyliły się, wpuszczając do ciemnego i dusznego pomieszczenia strychu mdłe światło czterdziestowatowej żarówki. Wpatrywał się w przejęciu, jak skrzydło sunie powoli nad podłogą, jak stopniowo zwiększa się trapez żółtego blasku. Trwał w skupieniu, w napięciu, które dotąd towarzyszyło wyłącznie łowom. Bał się, że umknie mu moment, w którym ktoś wreszcie zawita do miejsca jego agonii. Nie widział wyraźnie, kto stanął w otwartych drzwiach; na tle jasnego prostokąta zamajaczył jedynie zarys sylwetki.

***

Weszła na strych. Początkowo nie widziała nic w ciemności, która ją ogarnęła. Czuła jedynie zapach kurzu i duchotę dawno nie wietrzonego pomieszczenia. Powoli jednak wzrok przyzwyczaił się do zmiany oświetlenia. Przez niewielkie okienko znajdujące się daleko, na przeciwległej ścianie wpadało tyle światła, by ledwie dało się rozróżnić zarysy gratów znoszonych tu przez kolejne pokolenia mieszkańców kamienicy.
Po chwili poczuła delikatny ślad czyjejś świadomości. Kierowana instynktem — a może już głodem — spojrzała pod ścianę. Poczuła, co kuli się w najciemniejszym kącie piwnicy. Zaskoczenie było zupełne i tak obezwładniające, że słowa same wyrwały się jej z ust.

***

Postać ostrożnie, z wahaniem przekroczyła próg. Przez chwilę rozglądała się niepewnie we wszystkie strony, jakby nie wiedząc, po co tu przyszła. W tej chwili zdawało mu się, że spojrzała prosto na niego, to jednak było przecież niemożliwe. Nie w południe. Nie w stanie, w jakim się znajdował. Uśmiechnął się do siebie smutno, bo widział już, że do jego królestwa zawitała kobieta. Przyszła dobrowolnie, lecz natychmiast skarcił się w myślach — cóż z tego, głupcze, że kobieta, że sama przyszła do ciebie, skoro cię nie poczuje, nie masz szans. Nawet gdyby jakimś cudem… Odruch był silniejszy, przygotował się do wtargnięcia w jej umysł.
To, co stało się chwilę później, było dla niego zupełnie niezrozumiałe.
Incubus! – powietrze strychu niespodziewanie rozbrzmiało językiem martwym od wielu lat. – Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś spotkam inkuba – jej głos zabrzmiał już spokojniej. – Niech ci się przyjrzę.
Jak chcesz mi się przyjrzeć, pragnął zapytać. Przecież nie możesz nic widzieć. Nie masz prawa mnie widzieć. Kim jesteś?!? Myśli goniły w szaleńczym pędzie. Dostrzegał ironię całej sytuacji. Był tu sam na sam z kobietą, która mogła zobaczyć go nawet mimo braku namiastki materialności, a on sam nie był w stanie uczynić nic, by wyrwać się z niebytu. Brakowało mu sił, by podjąć choćby najmniejszą próbę. Tak bardzo chciał poczuć raz jeszcze rozpędzone wokół siebie marzenia i lęki — kobiece myśli — jednak wiedział, że nawet gdyby było to możliwe, nie zdołałby teraz przełamać barier jej świadomości.

***

Patrzyła w zdumieniu na leżącą przed nią srebrzystą sylwetkę, przypominającą zarysem ludzkie ciało. Przykucnęła przy niej i zamyśliła się. Inkub… Nie miała pojęcia, co znajdzie na strychu starej kamienicy, ale z pewnością nie spodziewała się inkuba. One nie zwykły nawiedzać konkretnych miejsc, choć potrafiły prześladować kobiety całymi latami, aż do utraty przez ofiarę zmysłów lub życia.
A jednak leżał przed nią inkub w swojej prawdziwej, niematerialnej postaci. Ciężko powiedzieć, by go widziała, raczej odczuwała jego obecność. Wolna od ludzkich ograniczeń część jej istoty pozwoliłaby zapewne dojrzeć go takim, jakim był, ale mózg człowieka, przyjmował tylko racjonalne i znane obrazy. Widziała zatem świetlistą postać o kształtach dorosłego człowieka, jednak bez żadnych szczegółów, bez cech charakterystycznych.
Czuła, że wpatrywał się w nią intensywnie, choć przecież nie miał oczu. Na ile potrafiła ocenić mając przed sobą sylwetkę zupełnie niematerialną, śledził wyjątkowo czujnie każdy jej ruch. Jednakże, mimo napięcia uwagi, które wyczuwała całą sobą, nie dawał żadnego znaku życia czy przytomności… Czy w takim stanie mógł w ogóle jakkolwiek zareagować na jej obecność? Ta myśl zrodziła się zupełnie niespodziewanie. Może brak ciała uniemożliwia mu podejmowanie jakichkolwiek działań? Czy w takim razie w ogóle myśli, czy może obserwuje ją kierowany instynktem, niczym zwierzę? Ta idea wcale nie przypadła jej do gustu. To wykluczałoby szansę na jakiekolwiek porozumienie się z nim, a więc również na pozbycie się go. Wiedziała, że musi przekonać go do odejścia. O innych rozwiązaniach starała się na razie nie myśleć.
 – Pora dowiedzieć się czegoś o tobie, mój przyjacielu – powiedziała bardziej do siebie niż do leżącej pod ścianą sylwetki. – Sprawdźmy, czy w tej twojej srebrnej główce w ogóle dzieje się coś godnego uwagi.
Powoli, jakby z namaszczeniem, otworzyła swój umysł na jego myśli. Miała nadzieję, że w ten sposób zdoła nawiązać z nim jakiś kontakt. Wcześniej jednak zepchnęła w cień tę część jaźni, o której nikt nie miał prawa wiedzieć.

***

Dziewczyna, a w zasadzie młoda kobieta, mówiła coś. Widział, jak porusza ustami, jednak nie zarejestrował ani jednego dźwięku. Zbyt był przejęty, zbyt zaskoczony, by reagować na dodatkowe bodźce zewnętrzne, nagle bowiem, zupełnie niespodziewanie poczuł, że znów opływają go ludzkie myśli. Kobiece myśli. Nie zastanawiał się, jak to możliwe, wszak cała jego wiedza zaprzeczała obecnemu stanowi rzeczy. A przecież jakimś cudem znalazł się w tak dobrze znanym sobie miejscu, na granicy świadomości i podświadomości, skąd tylko krok dzielił go od wytęsknionej wizji.
Nadal mówiła coś, odniósł nawet wrażenie, że podniosła głos, gdyż szum stał się nagle bardziej natarczywy. Zignorował rozpraszające go sygnały i z pewnym wahaniem przesunął się w upragnionym kierunku.
Łatwość, z jaką osiągnął swój cel, zaskoczyła go tak bardzo, że niemal dał zepchnąć się z powrotem w niebyt. Jednak utrzymał się w podświadomości i tym razem bez problemów przedostał się do dziedziny marzeń i lęków, a te były wyjątkowo bujne, bogate i niespotykane. Dziś czeka go uczta będąca swoistym zadośćuczynieniem za wszystkie jego cierpienia. Momentalnie zmaterializował się, przyjmując postać wydobytą z zakamarków umysłu kobiety, postać, która napawała ją wyjątkowym niepokojem pomieszanym z odrazą. Nowo otrzymana twarz skrzywiła się w bolesnym grymasie wywołanym bólem nieodłącznie towarzyszącym przemianie.

***

Bez trudu nawiązała z nim kontakt. Na szczęście bliżej było mu do człowieka niż zwierzęcia. Próbowała dowiedzieć się, dlaczego tak gwałtownie zakłócał jej spokój, jednak myśli, które posyłała w jego kierunku, pozostawały bez odzewu. A mimo to była pewna, że jest świadomy jej obecności, czuła go bez przerwy w swoim umyśle. Była przekonana, że gdyby tylko zechciał, zdołałby odpowiedzieć na jej wezwanie. Nie zaskoczył go przecież kształt jej myśli. Zaistniała sytuacja niepokoiła go, ale nie obawiał się jej myśli.
Zmiana nastąpiła tak nagle, że nie była potem w stanie przypomnieć sobie, w którym momencie inkub przyjął postać jak najbardziej materialną. Nie, jednak nie zupełnie materialną. Ciało, które w jednej chwili pojawiło się przed nią sprawiało wrażenie niedokończonego. Odnosiła nieodparte wrażenie, że światło bez trudu przesącza się przez sylwetkę stojącego przed nią nagiego mężczyzny.
Do skoku spiął się błyskawicznie i wybijając się niemal z miejsca, jednym susem dopadł jej i pchnął na podłogę. Straciła równowagę i zanim minęło zaskoczenie ciężkie ciało mężczyzny przygniotło ją do twardych desek. W myślach czuła jego głód i pulsującą żądzę. Mocował się przez chwilę z jej ubraniem, niewiele robiąc sobie z prób oswobodzenia się i odepchnięcia go, jakie podejmowała. On walczy o życie, uświadomiła sobie z przerażeniem.
W starciu z szalejącym z głodu i rozpaczy demonem żaden człowiek nie ma szans.

***

Zaskoczyło go, z jaką łatwością zdołał dopiąć swego. Czuł jej opór, czuł przepływającą przez siebie ożywcza falę nienawiści, odrazę, jaką do niego czuła. Wszystko to tylko dodawało mu sił, przepełniało energią. Gdzieś na skraju jej myśli czaiło się coś potężnego, obca inkubowi siła, którą musnął przelotnie w nadziei na nowe doznania. Nic jednak nie nastąpiło. Niezrażony nadal parł do celu, pławiąc się w lękach kobiety.
Ona ciągle jeszcze walczyła starając się wyrwać z jego uścisku, lecz wiedział już, że nie zdoła tego zrobić. Wreszcie udało mu się podsunąć w górę jej spódnicę. Jeszcze tylko chwila…
Ogień, który ogarnął go w jednej chwili nie miał nic wspólnego z płonącą w nim żądzą. Z równą łatwością palił jego pseudomaterialną postać, co zupełnie bezcielesną jaźń. Zadawał mu torturę tysiąckrotnie gorszą od wszystkiego, czego doznał do tej pory zdychając w niebycie. Przez chwilę wydawało mu się, że płomienie kierują się własną wolą, że starają się sprawić mu jak największy ból. Przerażony zaczął wić się po podłodze w nadziei, że ugasi pochłaniające go inferno. Zapomniał już o swojej niedoszłej ofierze, teraz liczył się tylko ogień, który, o dziwo, nie objął ani kobiety, ani desek podłogi, po których tarzał się inkub.
Gdy jego przerażenie sięgnęło zenitu, płomienie przestały agresywnie napierać na jego umysł, osłabło także wrażenie żaru. Osiągnąwszy stały poziom, nadal paliły go niemiłosiernie, lecz nie budziły już strachu. Ogień, choć krzywdził, nie zabijał; stał się czynnikiem bardziej określonym.
Przez pełzające po nim pomarańczowo-niebieskie jęzory dostrzegł postać kobiety — obcej, mrocznej i przerażającej istoty nie mającej nic wspólnego z osobą, którą tak nierozsądnie zaatakował. Przemówiła niespodziewanie, a w jej głosie dźwięczał obcy, przyprawiający o mdłości ton. Przysiągłby, że wcześniej nie wyczuwał w jej myślach niczego podobnego.
 – Posmakuj piekła inkubie i dobrze je sobie zapamiętaj.
Płomienie momentalnie buchnęły znów pełną mocą, po czym, gdy z jego gardła wydarł się rozdzierający krzyk, skurczyły się, pozostawiając po sobie jedynie niemiłe pieczenie. Ulga, jaką odczuł w tym momencie, przyćmiła wszystkie inne doznania. Jej głos przedarł się do niego z największym trudem.
 – Następnym razem nie będę miała litości.

***

Nietrudno jest rozpętać piekło, przynajmniej w pewnych warunkach. Problem polega na tym, by potem wyciszyć rozszalały umysł.
Widziała przed sobą płonącego inkuba, czuła jego przerażenie, czuła narastającą panikę, wiedziała, że ogień pochłania jego fizyczną postać, jakkolwiek nie była ona ciałem, zadając jednocześnie cierpienia tej namiastce duszy, którą przecież był każdy demon. Zafascynowana patrzyła na wijącą się na podłodze postać, syciła się jej cierpieniem, strachem i bezradnością. Ekstaza stawała się z każdą chwilą coraz potężniejsza; z każdą też chwilą ogień płonął intensywniej. Co ciekawe, wydawało się, że inkub, choć niewątpliwie cierpiał, nie zbliżał się ani o krok do osiągnięcia kresu istnienia. Zadrżała z rozkoszy. Jego męka będzie trwać przez wieki, ku uciesze demona. Z trudem oparła się tej wizji.
 – Dość już – wychrypiała z trudem a jej głos zabrzmiał obco i odlegle. – Nie chcę tego.
Walka z własną naturą jest zawsze najtrudniejsza. W końcu, z niejakim trudem, zdołała opanować ogarniające ją szaleństwo. Mroczna część jej jestestwa schwyciła jeszcze aurę cierpienia ofiary, po czym dała zepchnąć się w niedostępne zakamarki umysłu. Przyszła pora, by zająć się niechcianym gościem.
Spojrzała na niego przelotnie, coś jednak nie dawało jej spokoju. Długo badała wzrokiem leżącą na podłodze postać, nie do końca materialną, choć już wyraźnie udającą człowieka. Wreszcie znalazła źródło swego niepokoju i aż pobladła z przerażenia. Demon zmieniał się. Jego fałszywa ludzka powłoka stawała się coraz wyraźniejsza, coraz bardziej przypominał istotę z krwi i kości.
Wreszcie transformacja dobiegła końca. Miała przed sobą ludzkie ciało z zamkniętym w nim szalejącym ze strachu demonem — czuła to aż nazbyt dobrze. Nie wiedziała, co dokładnie miało miejsce, lecz kiełkujące już podejrzenia wcale nie napawały jej optymizmem. Teraz jednak nie mogła zrobić nic innego, jak zająć się niespodziewanie powołaną do życia istotą. Miała nadzieję, że chociaż uda się jakoś z nim porozumieć, pozbyć jego niechcianych emocji. Jakoś.

***

Poczuł ból rozrywający go na miliardy fragmentów, wdzierający się w każdą komórkę jego ciała, transformujący ból narodzin. I po raz pierwszy w czasie swojego istnienia znalazł się w zwyczajnym ludzkim ciele. W pełni widoczny dla wszystkich, leżał nagi na twardej podłodze, próbując nazwać nowe uczucie, które pojawiło się natychmiast z metamorfozą. Dojmujące uczucie cielesnego zimna.
Kobieta podeszła do niego teraz już znacznie ostrożniej. Kucnęła, wyciągając rękę.
 – Chodź. Nie możesz tu zostać – tym razem nie słyszał w jej tonie groźby. Pobrzmiewała w nim wyłącznie chłodna obojętność.
Otworzył powoli oczy, które, nie zdając sobie z tego sprawy, zaciskał aż do bólu, i pierwszy raz przyjrzał się jej dokładnie. Była wyjątkowo drobna, prawie krucha. Z jasnego owalu twarzy spoglądały na niego zaciekawione szare oczy. Włosy opadały na jej ramiona grubymi, miedzianymi puklami, układając się w miękkie fale. W tej chwili wydała mu się nieskończenie bezbronna. Wiedział już jednak, że to pozory.
Żył, lecz ciągle odczuwał głód. Nagła zmiana sytuacji sprawiła, że stał się zupełnie zdany na łaskę i niełaskę kobiety. Zupełnie nie wiedział, co począć z tak niespodziewanie otrzymaną materialną powłoką. Pozwolił poprowadzić się do drzwi strychu i ostrożnie sprowadzić na dół.
Gdyby ktoś ujrzał ich teraz, zdumiałby się niepomiernie. Wszakże nie co dzień widuje się nagiego mężczyznę wspartego na ramieniu młodej kobiety. Na szczęście pani Sierakowska tkwiła sztywna ze strachu na swojej wersalce i nie miała najmniejszego zamiaru sprawdzać, kto właśnie schodzi ze strychu. Nie chciała zajrzeć w oczy swej młodej sąsiadki, by przekonać się, że zamknięta w ciele dusza nie należy już do człowieka.
Schodzili po schodach ostrożnie. On, ledwie trzymając się na nogach, stawiał kroki powoli, jakby każde oparcie bosej stopy o drewniane schody sprawiało mu ból. Prawda była znacznie bardziej banalna. Bał się. Bał się jak nigdy dotąd. Nigdy wcześniej nie był w pełni człowiekiem. Teraz zresztą też chyba nie do końca, ale po raz pierwszy tak mocno odczuwał wpływ materialnego świata. I bał się tego wpływu bardziej nawet niż palących go przed chwilą płomieni, które przecież nie pozostawiły po sobie żadnego śladu.
Starał się stąpać tak, by mieć jak najmniejszy kontakt z obcą mu powierzchnią. Jedyne oparcie znajdował w trzymanej w ręce małej dłoni. Napawał się jej ciepłem i miękkością delikatnej skóry. Spośród wszystkich zupełnie nowych mu doznań, dotyk ludzkiej skóry był mu najbardziej znany, dawał więc jakieś oparcie. Nawet jednak to pozornie znajome uczucie było znacznie bardziej intensywne. Po raz pierwszy odczuwał kontakt z człowiekiem w pełni, a nie jak dotąd, łapiąc jedynie jego ulotny cień.
Kobieta mieszkała na najwyższym piętrze starej kamienicy, więc szczęśliwie dla inkuba droga na dół skończyła się bardzo szybko. Weszli do małego, urządzonego ze smakiem mieszkania.
 – Poczekaj tu – powiedziała, sadzając go na pokrytej kolorową narzutą kanapie. – Przygotuję ci kąpiel.
Usiadł posłusznie, chłonąc w skupieniu swoim nagim ciałem dotyk przyjemnie szorstkiej narzuty. Kąpiel. Smakował w myślach to słowo. Wodził wzrokiem po całym pokoju, lustrując w skupieniu rzędy książek na półkach, ciesząc wzrok soczystą zielenią roślin rosnących w kolorowych doniczkach. Meble były nieco zużyte i zdecydowanie nie należały do jednego kompletu. Były natomiast wygodne, co nowe ciało inkuba powitało z nieskrywaną radością. Miękka kanapa był miłą odmianą po deskach strychu.
Zapomniał na chwilę o gniewie, strachu i głodzie. Pozwolił, by umysł wpadł w słodki stan otępienia i wsłuchiwał się w szum płynącej w oddali wody. Kobieta pojawiła się ponownie i znów ujęła go za dłonie. Zaprowadziła go do innego pomieszczenia, całkowicie wyłożonego połyskującymi, śliskimi płytkami i wskazała wypełnioną wodą kadź.
 – Wchodź do wanny. Wszystko przygotowałam. Tu masz gąbkę – dodała, wręczając mu trochę szorstki, choć miękki, podłużny przedmiot. Inkub zaczynał wreszcie pojmować, co zaszło na strychu. Otwierał się przed nim świat nowych doznań, świat spraw zarezerwowanych dotąd wyłącznie dla ludzi. Znał ich obyczaje, od wieków podglądał ich życie, a teraz sam miał stać się jego częścią. Konsekwencje płynące z tego wniosku przytłoczyły go swoim ciężarem. Wszystko to wykraczało poza jego zdolność pojmowania.
Kąpiel faktycznie miała na niego zbawienny wpływ. Wyszedł z wanny odświeżony i wypoczęty. Prawie zupełnie zapomniał o porażającym bólu i ohydzie doznań sprzed niecałej godziny. Gdy ponownie pojawił się w pokoju, zastał na stole przygotowany posiłek. Rozejrzał się niepewnie w poszukiwaniu właścicielki mieszkania, ale nie odnalazłszy jej nigdzie, uznał że nie oczekuje się od niego, by czekał na nią z jedzeniem. Był już dobrze w połowie posiłku, gdy w zamku zazgrzytał klucz. Kobieta weszła od razu do pokoju i rzuciła na kanapę kilka pakunków. Spojrzała na niego krytycznie.
 – Kupiłam ci ubrania, mam nadzieję, że będą pasować. Idź się przebrać, bo w moim szlafroku jest ci wyjątkowo nie do twarzy.
Posłusznie poszedł do łazienki. Przez chwilę przyglądał się z niejakim zdumieniem przyniesionym przez nią rzeczom. Przypomniał sobie jednak ludzi, których widywał na ulicach i w końcu, choć nie bez problemów, udało się mu skompletować strój.
Czekała na niego w pokoju. Przelotnie zlustrowała wzrokiem całą jego postać i uśmiechnęła się pod nosem.
 – Mam niezły gust – powiedziała z zadowoleniem. – A teraz inkubie musimy poważnie porozmawiać.
Patrzył na nią, nic nie rozumiejąc. Nigdy dotąd nie czuł potrzeby porozumiewania się z nikim. Żył w izolacji, w towarzystwie kobiecych myśli i urywków ich wspomnień. Świat składał się dla niego wyłącznie z kobiet, jego ofiar, i nic nieznaczących elementów — przedmiotów, roślin, zwierząt, mężczyzn… Nigdy wcześniej nie znalazł się w towarzystwie osoby, która byłaby świadoma jego obecności. Teraz oczywiście nie miał wyjścia, musiał przyzwyczaić się do takiego stanu rzeczy, ale nie rozumiał, czego się od niego oczekuje. Widać miał wyjątkowo zagubiony wyraz twarzy, gdyż kobieta wybuchnęła śmiechem.
Poczuł narastający w głębi bunt. Krzyk, który zupełnie niekontrolowanie wydobył się z jego gardła, zaskoczył go tak, że inkub natychmiast zamilkł. Dźwięk własnego głosu był mu zupełnie obcy, ohydny.
Kobieta przyglądała mu się uważnie, ważąc coś w myślach. Gdy minęło już pierwsze zdumienie, odezwała się:
 – No, to pierwsze koty za płoty. Masz jakieś imię? – nie dawała za wygraną, próbując wyciągnąć z niego choć urywek zdania.
Imię. Każda z jego ofiar miała imię. Miały je zwierzęta, mieli je ludzie. Ale istota, która spędza całe życie samotnie nie potrzebuje imienia. Pokręcił przecząco głową.
 – Będziemy musieli później nad tym pomyśleć – odparła. – Na początek spróbuj coś powiedzieć. Spróbuj przekazać na głos swoje myśli – uściśliła, widząc panikę w jego spojrzeniu.
Jak miał się do tego zabrać? Wzorem kobiety otworzył usta, lecz nie dobiegł z nich żaden dźwięk. Nie stało się nic. Przypomniał sobie własny, wydany przed chwilą krzyk i ból, który temu towarzyszył. Spróbował zmusić swoje, a przecież ciągle obce, ciało do współpracy. Tym razem osiągnął sukces, przynajmniej połowiczny. Skrzek, który z siebie wydał ciężko było uznać za głos. Nie poddał się jednak.
 – Kim… kim jees –teś – dźwięki nadal brzmiały w jego uszach niepewnie i obco.
 – Możesz mi mówić Mona – odparła.
 – To.. imię.
 – Owszem. To moje imię. – Domyśliła się, że pozbawiona jakiejkolwiek intonacji wypowiedź miała być pytaniem.
 – Co znaczy?
 – Nic. Imiona dawno straciły swoje znaczenie. – Starała się dobierać możliwie proste słowa i mówić na tyle wolno, by nie miał problemów z jej zrozumieniem.
 – Kim jesteś? – powtórzył swoje pytanie, tym razem znacznie pewniej.
Zwlekała chwilę z odpowiedzią.
 – Kim? – nalegał.
 – Na razie nie musisz tego wiedzieć. – Chcąc jak najszybciej zakończyć niewygodny temat, spytała – Dlaczego zmieniłeś się tak nagle?
Przekrzywił nieco głowę i spojrzał okrągłymi ze zdumienia oczyma.
 – Ciało – podpowiedziała. – Skąd wziąłeś ciało?
 – Od ciebie. Z mroku. – odparł z rozbrajającą szczerością.
Zaklęła cicho. Spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi, mimo to myśl, że przyczyną tej niewygodnej sytuacji jest właśnie niechciana część jej dziedzictwa, napawała ją złością. Pierwiastek stwórczy, diabli nadali, pomyślała. Dobrze chociaż, że inkub nie okazał się jednym z tych żałosnych stworzeń pozbawionych zdolności myślenia, goniących jedynie od jednej ofiary do drugiej. Istniała nikła szansa, że uda się nauczyć go życia wśród ludzi. Miała tylko nadzieję, że zdoła też znaleźć sposób, by pozbawić go instynktu polowania, bo wiedziała doskonale, że nie potrafi cofnąć dokonanego bezwiednie aktu stworzenia.
Od tego, czy się jej uda, zależało równiej jej życie.
 – Posłuchaj – powiedziała – nauczę cię, jak żyć w tej postaci.
Milczenie.
 – To nie takie trudne. Przekażę ci całą moją wiedzę o świecie, o ludziach, ich zwyczajach… o wszystkim. Nie twierdzę, że pójdzie nam łatwo. Przypuszczalnie będzie to proces bolesny, może nawet bardzo. Nie sądzę, by jakikolwiek człowiek był w stanie przyswoić taką ilość informacji na raz i nie oszaleć, ale ty nie jesteś człowiekiem. O tym musisz pamiętać już zawsze. Wyglądasz jak oni, będziesz zachowywać się jak oni, ale nie jesteś jednym z nich.
Starała się przekonać go, że nie ma innego wyjścia. Starała się przekonać siebie, że zdoła w kilka chwil ukształtować dojrzały umysł.
 – Nigdy wcześniej nie próbowałam robić niczego na taką skalę, ale nie mam wyboru. Nie mogę zostawić cię w tym stanie. Nie mogę pozwolić, żebyś krzywdził ludzi. Nie, nie pytaj. To akurat nie ma z tobą nic wspólnego. Teraz usiądź wygodnie i staraj się nie krzyczeć zbyt głośno – dodała cicho.
Tamte dni były prawdziwym piekłem. Pierwsza sesja zakończyła się bardzo szybko. Wbrew przewidywaniom Mony, nie okazał się zbyt odporny na zalew informacji i zwyczajnie stracił przytomność. Ocknął się dopiero późnym wieczorem. Leżał na kanapie w większym pokoju. Kobieta siedziała przy stole pogrążona w lekturze wyjątkowo opasłego i starego tomiska. Ledwie uniósł się nieco na łóżku, spojrzała na niego przelotnie, bez większego zainteresowania.
 – A więc ciągle żyjesz – raczej stwierdziła niż spytała. – Odpocznij. Jutro ciąg dalszy.
Nie kłamała. Następne dni wcale nie były lepsze, choć z czasem przyzwyczaił się do bólu. Nie stracił też więcej przytomności, czego niejednokrotnie żałował. Przyswajanie cudzych wspomnień było ohydne. Czasem miał wrażenie, że przytłaczające informacje lada chwila zaduszą go, czasami zaś wydawało mu się, że rozsadzą mu głowę. Nie miał gdzie ani jak uciec przed wszechobecnymi, migającymi gdzieś na granicy pola widzenia obrazami i ledwo słyszalnymi dźwiękami.
Mona atakowała go nie tylko słowami i obrazami. Zalewały go także wspomnienia zapachów, dotyku, wrażeń i odczuć. Przez wszystkie nabyte doznania przebijał się też coraz wyraźniej głód. Co prawda, dzięki materialnej powłoce, wizja bliskiej śmierci odsunęła się nieco — ciało odżywiał dobrze — jednak istota natury inkuba domagała się ofiary. Potrzebował kobiety, jak nigdy dotąd.
Brakowało mu sił, by okazać swą frustrację, próbował więc buntować się biernie przed napływem wiedzy. Im bardziej starał się osłonić przed zalewem wiedzy, tym brutalniej wdzierała się do jego mózgu. Był przekonany, że kobieta czuje jego opór, miał też niejasne przeczucie, że jego cierpienia dają jej niemałą satysfakcję.
Upływ czasu stracił znaczenie, dni zlały się w jedno. Monotonia, brak zajęć i ciągła udręka doprowadzały go do rozpaczy. Chciał wyjść wreszcie z tego mieszkania, chciał uciec od przymusowego towarzystwa tej kobiety, lecz każda próba przejścia przez drzwi wejściowe kończyła się fiaskiem. Mona pokryła futrynę nie mówiącymi mu nic, zapisanymi zwykłą kredą, symbolami, ale zapora okazała się być nadzwyczaj skuteczna. Takie same znaki zdobiły futrynę drzwi prowadzących do mniejszego pokoju, jej sanktuarium, w którym chowała się między książkami.
Ze zdumieniem stwierdził potem, że jego nauka nie trwała całych stuleci a zaledwie kilka dni. Spoglądał nieraz w ciemne oczy kobiety — kiedyś wydawały mu się szare, lecz widać musiał się pomylić — i nie mógł doszukać się tej łagodności, którą wyczuł w jej umyśle w czasie ich pierwszego spotkania.
Przez cały ten czas nie rozmawiała z nim prawie wcale. Później, choć dzięki jej staraniom, nie miał już problemów z wyrażaniem swoich myśli, za to w głowie rodziły mu się setki pytań, zupełnie przestał ją widywać. Nie wiedział nawet, czy i kiedy wracała do domu na noc. Zawsze zasypiał wcześniej. Miał wrażenie, że kobieta unika kontaktu z nim.
Gdy zatem pewnego dnia obudził się, nie czując rozsadzającego bólu głowy, a z kuchni dobiegły go wesołe dźwięki, wpadł w panikę. Zerwał się szybko na równe nogi i wpadł do przedpokoju. Znaki na futrynie wejściowej zniknęły.
Mona przygotowywała w kuchni śniadanie, cicho przy tym podśpiewując. W chwili gdy pojawił się na progu, odwróciła się szybko i obdarzyła go promiennym uśmiechem.
 – Dzień dobry, śpiochu. Siadaj – powiedziała, podsuwając mu talerz z posiłkiem.
Jedli przez chwilę w milczeniu, gdy wreszcie oznajmiła najspokojniej w świecie:
 – Koniec nauki.
W pierwszym momencie w ogóle nie zrozumiał, co do niego mówi.
 – Jak to? – spytał niepewnie.
Nadal nie był przyzwyczajony do brzmienia swojego głosu.
 – Po prostu. Przekazałam ci wszystko, co wiem o ludziach i świecie. Reszty dowiesz się sam. Czytaj, rozmawiaj, chodź do teatru, do kina, rób co chcesz. Żyj.
Jej głos był przyjazny, choć może nieco przygaszony. Inkub nie wyczuwał w niej już tej agresji, która towarzyszyła mu przez ostatni czas. Teraz nie był nawet pewien, czy nie wymyślił sobie tego pod wpływem nieprzyjemnych doznań. Patrzył w jej szare, spokojne oczy i zastanawiał się, jak poruszyć ostatni niepokojący go temat.
 – Żyj – powtórzył w zamyśleniu. Przez chwilę ważył to słowo i zastanawiał się nad wszystkimi jego implikacjami. Czy ona naprawdę uważa, że to tak proste? Inkub czuł, że jego prawdziwa natura nieustannie domaga się łowów. Pomimo zaspokajania potrzeb nowo nabytej postaci, trawił go, znacznie gorszy od fizycznego, dojmujący głód kobiecych lęków i nienawiści, głód ekstazy towarzyszący aktowi seksualnemu. W umyśle inkuba zawirowały miliony obrazów. Powróciły świeże wspomnienia samotnych dni powolnej agonii mieszające się z delikatnym śladem zapachu kobiecych snów.
 – Jest jeszcze coś… – zaczął cicho.
 – Owszem – przyznała. – Jest jeszcze coś. Jesteś inkubem i nic tego nie zmieni. Co prawda masz teraz normalne ciało, ale to nie wpływa na prawa, którym podlega twoje istnienie. Musisz nauczyć się, jak żyć w nowych warunkach.
 – Czuję głód – powiedział w końcu szczerze.
 – Wiem. Myślę, że znalazłam rozwiązanie, które pozwoli ci normalnie egzystować obok ludzi.
 – Normalnie? – spytał zdumiony.
 – Bez atakowania kobiet – uściśliła.
Zaproponowała spacer do miasta. Dzień był wyjątkowo pogodny, więc z radością przystał na tę propozycję.
Poprowadziła go w kierunku parku. Sobotnie wiosenne przedpołudnie nastrajało do przechadzek, więc ludzie tłumnie wylegli na ulice miasta. Inkub i jego towarzyszka bez trudu wmieszali się w rzeszę spacerowiczów. Weszli między pary zakochanych, matki prowadzące dzieci na spacer i staruszków szukających odpoczynku we wczesnych promieniach słońca. Ot, jeszcze jedna para, szukające wytchnienia po męczącym tygodniu.
Przez jakiś czas szli w milczeniu, ciesząc się spokojem wiosennego dnia. Pozornie nic nie mąciło ich radości płynącej ze spędzania czasu w swoim towarzystwie. Wyglądali jak para dobrych znajomych, ale uważny obserwator zauważyłby niechybnie, że kobieta cały czas trzyma swego towarzysza na dystans. Inkub chciał zacząć rozmowę, dowiedzieć się czegoś więcej, ale brakowało mu odwagi. Nadal obawiał się jej gniewu. Poza tym jej dziwne zachowanie, ciągłe unikanie kontaktu, nieco go dezorientowało.
 – Czytałam o was. O inkubach – wyręczyła go.
 – Te wszystkie książki…? – spytał, wracając myślami do dziwnych, bardzo starych manuskryptów, które wertowała w skupieniu wieczorami.
 – Większość – sprostowała. – Można powiedzieć, że demonologia to mój konik. Niewiele się dowiedziałam, bo i niewiele o was wiadomo, ale coś jednak znalazłam.
 – Wiesz jak mam się żywić? – spytał natarczywie.
 – Powoli, inkubie – przystopowała jego zapędy. – Najpierw opowiedz mi, jak działasz. Co dokładnie stało się wtedy na strychu?
Przełknął głośno ślinę. Starał się zapomnieć o tamtym zdarzeniu.
 – Wpuściłaś mnie do swoich myśli – powiedział w końcu niemalże szeptem. – Tak żyję… żyłem – poprawił się. – Wkradałem się do kobiecej podświadomości, kradłem kształt, zaspokajałem swój głód złością kobiety, jej nienawiścią i strachem.
Mona pokiwała głową w zamyśleniu.
 – Tak podejrzewałam. Wtedy musiałam… chciałam jakoś się z tobą porozumieć. Twoje cierpienia, lęk, twoja złość… – zawiesiła głos i przez chwilę ważyła w myślach dalszą wypowiedź – odczuwałam je bardzo intensywnie, drażniły mnie, burzyły mój spokój.
 – Byłem głodny.
 – Tak, teraz już wiem.
Przez chwilę znów szli w milczeniu. Inkub czekał cierpliwie, aż kobieta zechce podzielić się z nim swoimi przemyśleniami.
 – Mam pewien pomysł – powiedziała w końcu. Zrobiła krótką pauzę, zastanawiając się, jak najlepiej ubrać w słowa dziwny temat ich rozmowy. – Wszystkie demony żerują na ludziach. Niektóre, nieliczne, żywią się ciałem, ale większość żyje dzięki emocjom, najczęściej tym negatywnym. Przeciętny demon zdobywa pożywienie dręcząc swoją ofiarę, sprowadzając na nią cierpienie, ale w zasadzie sposób wywoływania interesujących go reakcji jest dowolny.
Słuchał jej w skupieniu i patrzył zafascynowany. Nigdy nie zastanawiał się nad własną naturą, nie wspominając już o próbach analizowania zachowań innych demonów. Wiedział oczywiście o ich istnieniu, widywał je nawet czasem, lecz nigdy nie próbował dowiadywać się czegokolwiek na ich temat. Żył w swoim własnym świecie wypełnionym poszukiwaniem nowych ofiar.
Mona sprawiała wrażenie osoby doskonale zorientowanej w temacie życia różnych istot nadnaturalnych. Opowiadała o ich zwyczajach tonem rzeczowym, zupełnie jakby tematem ich rozmowy były codzienne ludzkie sprawy. Inkub zastanawiał się, jaki człowiek mógłby poświęcić swój ograniczony przecież czas na studiowanie i zgłębianie zwyczajów demonów. Który z nich w ogóle przyjmował do wiadomości istnienie takich istot? Nieodparcie nasuwała się jedna odpowiedź. Żaden.
Nie zwracając uwagi na jego zmieszanie, ciągnęła dalej.
 – Jedynym znanym mi ograniczeniem jest rodzaj uczuć, którymi się żywi się demon. Inkuby, jak mi się zdaje, są pod tym względem wyjątkowe. Żerujecie tylko w czasie aktu płciowego. Nigdzie nie znalazłam informacji, by jakikolwiek inkub czy sukub, skoro już o tym mowa, czerpał z ludzkich emocji w innych sytuacjach. – Spojrzała na niego i dostrzegając wreszcie jego zdumienie, uściśliła. – By jeść, musisz odbyć stosunek z kobietą. To twoje ograniczenie.
Przytaknął w roztargnieniu. Jego myśli pędziły w zawrotnym tempie, w zupełnie innym kierunku. Widziała go na strychu, gdy ciągle pozostawał w niebycie. Dotąd nie udało się to żadnej innej kobiecie. Jego towarzyszka, mimo pozorów normalności, różniła się od innych kobiet, z którymi miał dotąd do czynienia — wiedział o tym od chwili ich pierwszego, bolesnego spotkania. Nie rozumiał jednak, jakim cudem zdołał zaczerpnąć kształt z jej myśli, jak mógł żywić się jej strachem. Kim jesteś? Wcisnęłaś mnie w materialne ciało, przekazałaś wiedzę, której zgromadzenie zabiera ludziom przynajmniej trzecią część życia… Co jeszcze potrafisz? Te pytania głucho dudniły mu w myślach.
 – Inkubie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – ostro brzmiący głos wyrwał go z zamyślenia.
 – Przepraszam – powiedział cicho. – Starałem się przypomnieć sobie, jakie to wrażenie, jak to wszytko działa – skłamał.
 – Wydaje mi się, że to dość proste. Zakradasz… zakradałeś się do umysłu kobiety, by zdobyć ludzką postać, prawda? – Potwierdził skinieniem. – Ten etap nie jest ci już konieczny. Odbywałeś z nią stosunek, gwałciłeś, by móc żywić się emocjami. Sądzę – kontynuowała po chwili namysłu – że mógłbyś równie dobrze żywić się emocjami pozytywnymi.
 – Słucham? – zdumiał się.
 – Spróbuj uwodzić kobiety – powiedziała wprost. – Jestem przekonana, że twoja natura pozwoli ci idealnie odpowiadać na ich potrzeby.
 – Nie rozumiem… – zaczął niepewnie.
 – Uważam, że potrafisz bezbłędnie wyczuwać pragnienia kobiet, dostosować do nich swoje zachowanie, a nawet do pewnego stopnia swój wygląd – umilkła gwałtownie.
Przyglądał się jej bacznie spod zmrużonych powiek. Przywołał w pamięci jej zachowanie w ciągu ostatnich dni, przypomniał sobie jej rezerwę, dystans, jaki usilnie starała się utrzymać. Przez chwilę ważył w myślach swoje spostrzeżenia i to, co właśnie mu powiedziała.
 – Skąd to przypuszczenie? – zapytał w końcu.
Nie odpowiedziała od razu. Szli w milczeniu odsunięci od siebie na bezpieczną odległość. Zdawało mu się, czy faktycznie zwiększyła ją jeszcze? Gdy wreszcie zdecydowała się odpowiedzieć, jej głos był dziwnie cichy, nieco schrypnięty, jakby mówienie nagle stało się zbyt trudne a słowa nieporęczne.
 – Bo mimo wszystko jestem kobietą. Bo wiem, jak wyglądałeś jeszcze tydzień temu. Wiem, jaki kształt miały twoje myśli, gdy się poznaliśmy i znam ich wygląd teraz. Widzę zmiany, bardzo subtelne zmiany, w twoim zachowaniu. Robisz to nieświadomie, zapewne instynktownie, ale z każdym dniem stajesz się dla mnie bardziej atrakcyjny. Fizycznie.
Chciał coś powiedzieć, zrobić wytłumaczyć, nie pozwoliła mu jednak.
 – Nie – powiedziała, gwałtownie uprzedzając jakąkolwiek jego reakcję. – Nie zbliżaj się, nie dotykaj mnie. Nie wolno ci na mnie żerować.
 – Nie miałem zamiaru… – starał się wyjaśnić, ale nie pozwoliła mu skończyć.
 – To nie zależy od ciebie, przynajmniej jeszcze nie, a ja nie życzę sobie być przekąską dla inkuba.
Zapadła krępująca cisza. Mona mierzyła niewidzącym wzrokiem bliżej nieokreślony punkt na horyzoncie, inkub zastanawiał się, jak załagodzić niezręczną sytuację. Chciał wyjaśnić, że nie miał złych zamiarów, że w istocie nie miał żadnych zamiarów. Nie zdążył jednak nic powiedzieć.
 – Myślę, że z czasem nauczysz się to kontrolować, przynajmniej częściowo. I jestem przekonana, że kluczem do zaspokojenia twoich potrzeb jest seks a nie przemoc. Możesz to nazwać przeczuciem – uśmiechnęła się w nieco wymuszony sposób. – W każdym razie sądzę, że nie zaszkodzi spróbować. Znalazłam ci mieszkanie, ale zanim będziesz mógł przenieść się do niego, trzeba jeszcze załatwić nieco formalności. Będziemy musieli jakoś przemęczyć się przez te kilka dni.
Czuł wyraźnie, że kobieta chce powiedzieć coś jeszcze, lecz nie doczekał się dalszych komentarzy. Przyglądał się jej uważnie, starając się odnaleźć w jej zachowaniu czy spojrzeniu jakąś wskazówkę. Wreszcie zrozumiał.
 – Postaram się trzymać z daleka – obiecał.
 – Przynajmniej przez jakiś czas – poprosiła. – Tak będzie bezpieczniej dla nas obojga.
W milczeniu wrócili do jej mieszkania. Pod domem zatrzymała go, dając mu klucz.
 – Idź sam, ja pójdę jeszcze do miasta.
Chciał zaooponować, powiedzieć, że to raczej on powinien usunąć się jej z drogi, lecz znów nie dała mu dojść do słowa.
 – Nie, inkubie – powiedziała niemal czytając mu w myślach — może zresztą tak właśnie było – nie możesz na razie włóczyć się po świecie. Przynajmniej dopóki nie nauczysz się radzić sobie ze swoją naturą. Zresztą i tak mam do załatwienia kilka spraw. Jeżeli chcesz mi pomóc, wybierz sobie jakieś imię.
Powiedziawszy to, obróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem zostawiając go w stanie osłupienia.
Kilka dni później wsadziła go w taksówkę i zawiozła do nowo wybudowanej kamienicy.
 – Od teraz jesteś zdany na siebie – powiedziała, wręczając mu klucze do mieszkania i wypełnioną banknotami kopertę. – To powinno wystarczyć ci na początek.
 – Dziękuję ci – powiedział cicho – choć nie rozumiem, dlaczego to robisz.
 – Dla własnego spokoju – odparła z rozbrajającą szczerością. – Dość bezpardonowo pozbawiłam cię dotychczasowego kształtu. Przeze mnie stałeś się zagrożeniem dla ludzi, a dawno temu dałam komuś słowo, że nie będę sprawiać im żadnych kłopotów. A poza tym – wyczuł w jej słowach niezgrabnie skrywane zdumienie – chyba zrobiło mi się ciebie żal. Kto wie, czy nie jesteś jednym z ostatnich inkubów na świecie.
 – Jak to? – zdumiał się.
 – Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego nie możesz już polować? – tym razem ona nie kryła zdziwienia.
 – Niejedną noc – wykrzywił usta w niemiłym grymasie. – Wiem, że coś się zmieniło, ale nie mam pojęcia co.
 – Coś? – prychnęła. – Wszystko, inkubie, wszystko uległo zmianie. Kobiety, świat… Ludzie mają coraz mniej czasu, są coraz bardziej zmęczeni i znużeni. Nie mają już chęci ani sił, by marzyć, tracą duszę. Na świecie nie ma już miejsca dla inkubów.
 – Przecież nie dadzą rady żyć bez marzeń – zaprotestował.
 – Istotnie – zgodziła się smutno.
 – Więc co z nimi będzie? – zapytał, choć domyślał się już odpowiedzi.
 – Zginą. Jak inkuby.
 – A ty?
 – Jak każdy – wzruszyła ramionami – umrę. – Widząc jego zdumienie dodała – Och, nie teraz oczywiście. Mam jeszcze sporo czasu i postaram się nie stracić przy tym duszy.
 – Kim jesteś? – odważył się wreszcie zadać ponownie to pytanie.
Zaśmiała się serdecznie i po chwili odparła:
 – Jestem Mona. Więcej wiedzieć nie musisz. A propos, wybrałeś już sobie imię?
 – Chyba mam pewien pomysł – powiedział powoli.
 – Zamieniam się w słuch – uśmiechnęła się zachęcająco.
 – Julian Meisner? – ni to zapytał, ni to stwierdził. – Co o tym sądzisz?
 – Witaj w świecie ludzi, Julianie – odparła ciepło, wyciągając ku niemu ręce.
No comments yet

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.