Śpij, kochanie, śpij…
13.02.2010
To w miarę świeża praca, choć kiedy dziś na nią patrzę, wydaje mi się, że mogłaby być lepsza. Niemniej postanowiłam ją opublikować. Dodam jeszcze, że temat nieco się rozwinął i na bazie krótkiego opowiadania-scenki powstaje coś znacznie większego. W zasadzie to prawie już powstało. Miłej lektury.
Zapada wieczór. Ludzie jeszcze krążą po uliczkach, ale coraz częściej znikają w drzwiach swoich domów. Tu i ówdzie słychać oddalające się głosy i towarzyszący im nieprzyjemny dźwięk błota, gdy ktoś usiłuje uwolnić z niego stopę. Wszyscy starają się zdążyć przed zmrokiem i wreszcie zasiąść spokojnie i bezpiecznie przed wesoło płonącym ogniem kominka. Bezpiecznie…
Naiwni głupcy.
Żaden z nich nie zwraca uwagi na mnie, obserwującego ich bezładną krzątaninę z azylu zacienionej bramy. Unikanie ich spojrzeń nie jest wcale takie trudne. Ludzie chętnie odsuwają od siebie nieprzyjemne myśli, również te dotyczące mnie. Oczywiście wiedzą o moim istnieniu, znamy się przecież od dawna i spotykamy nader często. Ale wolą mnie nie zauważać. Cóż, jeśli dzięki temu czują się lepiej… Mnie nie robi to żadnej różnicy. Zresztą cóż mieliby poradzić na moją obecność?
Noc zbliża się coraz większymi krokami. Słońce opada nieubłaganie i niedługo schowa się zupełnie za murami miasta. To moja pora. Ulice są już prawie puste. Ludzie pouciekali od świata, schowali się w swych norach i ufni w schronienie, jakie mają dać im te śmieszne chatki, zajęli się swoimi sprawami. Gdy tylko blask dnia zgaśnie zupełnie, udadzą się na spoczynek. Pierwsze zawsze zasypiają dzieci. Już teraz, jeśli wytężę słuch, zdołam wychwycić rytm ich niespiesznych oddechów. Sen dziecka ma specyficzny aromat. Czuję ten kwaskowy posmak rozchodzący się w chłodnym, wieczornym powietrzu. Jakże nieskomplikowane są ich sny! Rządzą się prostymi, klarownymi regułami, są tak łatwe do opanowania, tak wygodnie byłoby je kontrolować. Jednak to nie o nie mi chodzi.
Muszę uważać. Tylko poświata na ciemniejącym niebie wskazuje, że jeszcze niedawno świat należał do ludzi. Miasto powoli osuwa się w senne zapomnienie. Nadal nie znalazłem swej wybranki, tej, która przyjmie mnie dziś z wizytą. Mijało mnie wiele kobiet, ale wiem, że żadna z nich nie zaspokoiłaby dziś mojego głodu. Tak, jestem wybredny, choć wolę myśleć o sobie raczej jak o koneserze. Zbieram tylko najwspanialsze okazy i czuję, że lada chwila cierpliwość zostanie mi wynagrodzona.
Widzę ją. Tam, w końcu uliczki migocze jej sylwetka, gdy drobnymi kroczkami pędzi do domu. To wcielenie marzeń wielu mężczyzn, dziewczę delikatne niczym kwiat, niewinne i kruche. Ty staniesz się moją wybranką dzisiejszej nocy. A kto wie, jeśli spodoba mi się u ciebie, może spotkamy się ponownie.
***
Sen nie spada na ludzi niczym słodka kurtyna zapomnienia. Morfeusz zakrada się powoli biorąc w panowanie coraz szersze połacie ich myśli. Muszę teraz uważać, by moja luba nie wpadła niepostrzeżenie w jego ramiona. Czuję już rozkoszną, słodką woń, która pojawia się zawsze, gdy myśli i marzenia zlewają się w jedno w kobiecej głowie.
Teraz muszę działać szybko, lecz z najwyższą ostrożnością, bo każdy błąd może zniweczyć moje starania. Bezszelestnie przenikam do jej sypialni, przesączam się przez szybę wraz ze srebrnym blaskiem promieni księżyca. Młoda kobieta, nieledwie dziewczę, nie śpi jeszcze; na razie powoli osuwa się w błogi stan nieświadomości. Nagle porusza się niespokojnie. Podświadomie czuje moją obecność, zamieram więc na chwilę w bezruchu; zawisam w powietrzu i czekam aż jej oddech wyrówna się a myśli z powrotem wytracą prędkość i zaczną leniwie sunąć w niebyt. To właściwa chwila. Delikatnie wkradam się do jej głowy, widzę zaczątki snów. Staram się poczuć ten rytm, szukam oparcia. Moja wybranka odpływa tymczasem powoli w swoje marzenia. Jednak teraz, gdy jesteśmy już razem, nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.
Wreszcie znajduję to, czego szukałem — odpowiedni kształt. W jednej chwili materializuję się w jej alkowie, przytłaczając ją uzyskanym dopiero co ciężarem. To trudny moment. Gwałtowne uzyskanie pozorów materialności jest zawsze nieprzyjemne, wręcz bolesne. Dziewczyna szarpie się, bezskutecznie usiłuje zrzucić mój ciężar, broni się. Nie wie, co się dzieje, oczywiście nie widzi mnie, choć księżyc świeci dziś jasno. Niewielu ludzi potrafi spojrzeć przez jego blask a tylko w nim jestem widoczny. Zresztą nawet gdyby mnie zobaczyła, nie byłaby w stanie niczego już zmienić. Jestem zbyt blisko celu. Chwytam ją za nadgarstki i jeszcze mocniej przyciskam do łóżka. Wyrwana ze snu, nie do końca wie, co się dzieje, choć w jej głowie rodzą się pewne podejrzenia. Jest całkiem bystra, ale przerażenie mąci jej myśli. Smak strachu tylko pobudza mój apetyt.
Zadziwiające, ta pozornie bezsilna istotka stara się stawiać mi opór. Szamocze się w moim uścisku, próbując oswobodzić ręce, choć z każdą chwilą robi to coraz słabiej.
Urocze.
Przez chwilę nie robię nic. Pozwalam jej odzyskać nadzieję. Niech cieszy się tą chwilą. Niech myśli, że właśnie zbudziła się z koszmaru. Jej oddech z wolna uspokaja się, choć pierś jeszcze faluje w przyspieszonym rytmie. Jej umysł znów zanurza się w krainie snów. Delektuję się jeszcze przez chwilę jej widokiem — włosy rozrzucone na poduszce okalają jasny owal twarzy, zamknięte oczy i rozchylone, wilgotne usta nadają jej wyraz bezbronności, bardzo kuszącej bezbronności. W myślach wyczuwam jeszcze dalekie echo strachu, cudownej przyprawy mego posiłku. Wszystko to podnieca mnie coraz bardziej. Wsuwam się pod lekką kołdrę, by uderzyć ponownie.
Opadam na nią całym swym ciężarem — znów próbuje się szarpać a jej strach wybucha niczym wulkan — wtedy wchodzę w nią po raz pierwszy, brutalnie, odbierając wszelką nadzieję. Próbuje krzyczeć, lecz moja dłoń zatyka jej usta. Wolną ręką wodzę po tych uroczych krągłościach, zapadam się w nią raz po raz, czuję niechęć, z jaką jej kobiecość reaguje na moją obecność. Rozkosz, którą czerpię z jej ciała jest nie do opisania, lecz blaknie w zderzeniu z falą jej emocji zalewającą mnie w jednej chwili. Sycę się jej ciałem, próbami podejmowanej obrony i stawiania oporu, ale nade wszystko strachem, nienawiścią, obrzydzeniem i poczuciem bezsilności. Słyszę jej rozwrzeszczane myśli, czuję zagubienie. Dziewczyna odchodzi od zmysłów. Nie widzi mnie, lecz dojmująco mocno odczuwa moją obecność. Krucha, jakże krucha jest równowaga kobiecego umysłu. Jakże łatwo zniszczyć ją na zawsze. Nie przypuszczałem nawet, że w tak delikatnej osóbce kryło się tyle energii.
Nasycam swój głód i odchodzę równie nagle, jak się pojawiłem. Rozpływam się w nicość, pozostawiając ją niezdolną do jakichkolwiek reakcji. Jeszcze długo będzie zastanawiać się, czy to, co przeżyła tej nocy naprawdę miało miejsce. Moje wizyty nie pozostawiają śladów.
Jestem inkubem.
Tymczasem, bywaj moja słodka. Może niebawem odwiedzę Cię ponownie…
***
Nie wiem, co się dzieje. Coś się zmieniło. Krążę po ulicach kolejną noc i nie mogę znaleźć ukochanej — tej, która zapewni mi przetrwanie.
Ciemność już dawno ogarnęła świat, ludzie jednak wcale nie udają się na spoczynek. Mają coraz więcej zajęć, coraz więcej pilnych spraw. Tylko dzieci zasypiają niezmiennie z nadejściem mroku.
Widzę jak gasną światła w kolejnych oknach. Zaczynam się niepokoić. Boję się, że znów umknie mi ta ulotna chwila, gdy kobieta powoli zapada w sen. A przecież wiem, że śpią. Słyszę ich sny! Wyczuwam rytm spokojnych oddechów, lecz wtedy jest już przecież za późno. Muszę uchwycić moment, w którym sen zniewala ich umysły, bo tylko w tej jednej chwili stają one dla mnie otworem. Tylko będąc zanurzonym w myślach kobiety mogę nabrać realnych kształtów. Inkub rodzi się z marzeń i lęków swojej kochanki. To z jej podświadomości wypływa moja moc. Za dnia, gdy kobieta zajmuje się swoimi sprawami, nie mam dostępu do jej pragnień, skrywanych głęboko poza zasięgiem świadomych myśli. Gdy zapadnie w mocny sen, po prostu mnie nie zauważa. Muszę dowiedzieć się, kiedy one zasypiają. Inaczej… zginę?
Znowu porażka. Nie rozumiem, co się dzieje. Odnoszę wrażenie, że wszystko to zaczęło się już dość dawno; czasami nie udawało mi się znaleźć kochanki. Teraz jednak w ogóle nie mogę jej spotkać. Co sprawia, że kobiety zmieniły się tak bardzo? Nowe obyczaje? A może nie mają już czasu ani ochoty na marzenia senne? Nie wiem…
Nie miałem kobiety od wielu, wielu dni. Nie potrafię nawet powiedzieć od jak dawna. Coraz bardziej brakuje mi sił. Nie zdołam szukać już dłużej. Tkwię w niebycie i czekam na swój koniec. Do tej chwili nie wierzyłem, że inkub może umrzeć. Nie chciałem wierzyć.
***
Żyję. To niesamowite uczucie, ale znów jestem sobą. Choć nie do końca. Przeszedłem metamorfozę. Musiałem dostosować się do zmian, jakie zgotowali mi ludzie. Wskazano mi drogę, a ja nauczyłem się nią podążać.
Dziś chodzę w blasku słońca, wyglądam jak każdy z was. Nauczyłem się żyć w materialnej postaci, choć nauka ta nie była ani łatwa, ani przyjemna. Jednak efekt jest więcej niż zadowalający. Kobiety widzą mnie, czują moją obecność, gdy tylko zjawiam się w ich pobliżu. Ich pragnienia są dla mnie na wyciągnięcie ręki, wiem o jakim mężczyźnie marzą i zmieniam się, reagując na ich nieme prośby. Żadna nie może mi się oprzeć. Nadal mogę cieszyć się ich pięknem, ich ciałami, ich żądzami.
Przyznaję, że nie byłem gotów na takie doznania. Pożądanie kobiety jest znacznie bardziej… pożywne niż jej strach. Kobiety potrafią być tak wyrafinowane, że zaskakują nawet mnie. Marzenia skryte głęboko na dnie duszy sprawiają, że kobieta dysponuje ogromną mocą. Wystarczy je odnaleźć, dać cień zaspokojenia a wyrywają się na wolność nieokiełznane niczym fale rwącej rzeki. Mnie pozostaje jedynie czekać i czerpać z tych nieskończonych pokładów siły. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę żywić się kobietą dając jej jednocześnie spełnienie.
Teraz pozostaje mi spłacić dług, jaki zaciągnąłem wkraczając na tę ścieżkę. Tylko czy kiedykolwiek będę miał okazję?
No comments yet